czwartek, 3 września 2020

Witaj szkoło!

 Jak po rozpoczęciu nowego roku szkolnego?

Jak to u Was wyglądało?

U nas, tzn. w przedszkolu u córki, to jakaś tragedia i paranoja. Faustynka 1-go września stała w kolejce na kilkadziesiąt osób w deszczu i ciągle dochodziły nowe. W końcu się rozpłakała i nie chciała iść. Dobrze że syn miał rozpoczęcie dopiero na 9:30. Przyjaciółka mojej córki przyszła trochę później i stała pod przedszkolem aż 45 minut jak nie dłużej. Rodzicowi oczywiście nie wolno wejść do środka, jednak musi mieć rękawiczki i maseczkę. W drzwiach mierzą dziecku temperaturę i je zabierają. Przecież te procedury są durne. Jeśli rodzice będą chorzy, to i dziecko najprawdopodobniej będzie zarażone. 

Dlaczego wchodzi się tylko jednym wejściem? Przecież gdyby otworzyli drugie i jednym by wchodziły grupy młodsze, a drugim starszaki, to by sprawniej wszystko poszło. Z odbieraniem dziecka to samo. Poszłam po młodą i stałam aż w bramie, taka była  kolejka. Wczoraj trochę sprawniej to szło, ale i tak kolejki są. Rodzice się wściekają, bo spieszą się do pracy, bo inne dzieci muszą odwieźć do szkoły.

Musieliśmy porządnie przemyśleć logistykę biorąc poprawkę na te kolejki. Inaczej to miało wyglądać, bo ja miałam odstawiać dzieci, a mąż odbierać, ale jeśli utkniemy w kolejce z Faustynką, to nie zdążę z synem dojechać do szkoły. A kawałek drogi niestety mamy. Też nie chcieliśmy żeby Maciek od 7 rano siedział na świetlicy, przynajmniej nie na początek. Dla niego już sama zmiana otoczenia to mega wyzwanie. Kombinujemy. Wszystko się zmienia na bieżąco.  

Ten reżim sanitarny, to i tak fikcja. Dzieci w przedszkolu się przytulają, całują. Córka się żali, że na placu zabaw ustawiają ich w kolejki, że jest ich strasznie dużo, bo wszystkie grupy idą o tej samej porze. To po co ta kolejka do drabinek, skoro nikt ich nie dezynfekuje między jedną grupą, a drugą? To głupie jest. Nie można każdej grupy wziąć na dwór o innej godzinie? Co to za udawane procedury, które i tak nic nie dają?  Albo żyjmy normalnie, przechorujmy to gówno, skoro i tak ma z nami zostać jak grypa albo wprowadzajmy sensowne obostrzenia, a nie że do sklepu można wejść w byle majtkach na mordzie. 

Higiena niby też taka ważna, ale nikt mycia rąk nie kontroluje. Dzieci chodzą do łazienki w grupach 3-osobowych, ale bez nauczyciela. No i niestety niektóre z nich puszczają tylko wodę, zakręcają i mają już "umyte" rączki nawet ich nie mocząc.

Córki nie mogę odebrać z przedszkola wcześniej niż o 14.30. Dlaczego? Co to ma na celu?

Jednak żeby ją o tej porze odebrać muszę pod przedszkolem koczować już pół godziny wcześniej, żeby sobie zająć kolejkę. No cyrk.

 

W terapeutycznej szkole syna to trochę lepiej wygląda. Klasy są 8-osobowe. Miały być po 15 dzieciaków, ale z powodu epidemii podzielili jeszcze na pół i dobrze. W mniej licznej grupie może się prędzej skupi i czegoś nauczy. 

Dziecko normalnie wchodzi z jednym rodzicem (rodzic ma maseczkę), ma zmierzoną temperaturę,  dezynfekują ręce. Wszystko idzie sprawnie, bo rodzic pomaga dziecku się przebrać. Przychodzi Pani, prowadzi dziecko na górę. Ot cała filozofia. Po lekcjach też normalnie rodzic przychodzi do szatni, dzwoni domofonem, sprowadzają dziecko i już. Obiad każda klasa ma o innej porze, więc na stołówce  uczniowie z różnych klas także się nie spotykają. Dziecko można normalnie odebrać po obiedzie o 13 godzinie. Jeszcze nie mamy rozpiski z zajęciami pedagogiczno-psychologicznymi, które będą realizowane w szkole po lekcjach. Cieszę się bardzo, bo myślałam, że będę jeździć z synem na te zajęcia na drugi koniec miasta, jednak okazało się, że psycholog, logopeda, pedagog, fizjoterapeuta IS będą mieć dyżury w szkole, a  będzie to dla nas bardzo wygodne. 

Maciek zadowolony. Nie wierzę, że tak łatwo poszło. Szkołę już trochę znał, bo jeździliśmy tam na rehabilitację w ubiegłym roku. Było mu na początku bardzo przykro, że jego przyjaciel z przedszkola, również z autyzmem, nie idzie z nim do tej szkoły. A gdy dowiedział się, że będzie w klasie  z taką dziewczynką, którą znał dużo, dużo wcześniej jeszcze z przedszkola specjalnego, do którego chodził, zanim przenieśliśmy go do integracyjnego, mówił, że on nie chce się z nią przyjaźnić, bo to dziewczynka. Wszystko zmieniło się w dniu rozpoczęcia roku szkolnego, gdy się razem pobawili, podczas gdy rodzice wypełniali, podpisywali stosy dokumentów. Wczoraj po szkole oznajmił, że Kingusia jest jego przyjaciółką i że jest bardzo fajna i grzeczna i razem siedzą w ławce. 

Szkoda, że Faustyna tak rano przeżywa i nie bardzo chce chodzić do przedszkola. No przerwę miała długą. Pół roku w domu i jest teraz problem. 

 

Za to z Maćkiem mamy inny problem. Już bardzo ładnie chodził na spacery. Na luzie i nawet bez trzymania go za rękę. Sygnalizacja świetlna opanowana. Zielone, czerwone, wszystko wie.  Nawet na przejściach dla pieszych bez świateł się rozglądał i potrafił ocenić właściwie sytuację.   A nie powiem, pracowaliśmy nad tym długo. 

Jeden incydent zrujnował naszą długoletnią pracę. 

Z miesiąc temu wybrałam się z synem na spacer. Szliśmy sobie elegancko chodnikiem dla pieszych. W pewnym momencie Maciek odwrócił się i zobaczył, że po naszym chodniku jedzie rowerzysta, mimo iż obok miał swoją, pustą ścieżkę dla rowerów. Syn tak się zestresował. Wybiegł na ścieżkę i próbował mnie też na nią odciągnąć. Ja go z powrotem na chodnik, bo wiem, że rower nas ominie. Ten się wyrywa, płacze, krzyczy. Prawie wpadł pod ten rower.  Rowerzysta nas ominął, myśląc sobie że pewnie jakieś wariaty i sobie pojechał, a my do dziś mamy tak zajebisty problem, że jakbym mogła cofnąć czas do tego incydentu, to bym temu gościowi na rowerze "siodełko" skopała. Maciek tak zdziczał na drodze, że sobie nie wyobrażacie. Panicznie boi się rowerów. Muszę go mocno trzymać gdy jakiś się zbliża, bo nie wiadomo kiedy i gdzie mi odskoczy. Mało tego. Wariuje na przejściach dla pieszych. Jestem w mega strachu gdy z nim idę, bo boję się, że wyskoczy wprost pod samochód. I wszystko zaczynamy od początku.

 

Teraz lecę, bo muszę się zbierać po Maćka. Hejka!

wtorek, 25 sierpnia 2020

Wyprawka

Jak wiecie, Maciuś wkracza w  nowy etap, rozpoczyna edukację w  szkole  podstawowej  w  klasie  terapeutycznej.

Dostałam  na mail informacje o przedmiotach jakie należy przygotować w ramach  wyprawki szkolnej. Większość już zakupiona, ale białych spodenek na chłopca, to jak na razie nie spotkałam.


Swoją  drogą  to  nie wiem czy dojdzie do rozpoczęcia przez nas roku szkolnego. Zachorowania na covid lecą jak domino, to tylko kwestia czasu kiedy i my wlądujmy na kwarantannie. 

Przez pół roku się jakoś udało nie zachorować i nie mieć kontaktu z chorym i bardzo się cieszę,  jednak myślę że nie unikniemy zarażenia. Oby tylko Faustynka  przeszła łagodnie, bo ona ma taką niską odporność. 

Ja już miałam raz powikłania po grypie i wylądowałam z zapaleniem  mięśnia sercowego w szpitalu, a później bujałam się latami z arytmią  po kardiologach. Nie chciałabym powtórki. 


Jak zdrówko? Czy ktoś z Was  miał kwarantannę?

piątek, 14 sierpnia 2020

Fotorelacja - 34 urodziny męża

W tym tygodniu mąż obchodził 34 urodziny.

Świętowaliśmy kameralnie. Upiekłam tort owocowy. 

Wrzucam kilka fotek:


Tort


 

 

I manewrowanie tortem, żeby wydostać się z kuchni 😅

Brakuje tylko dla uatrakcyjnienia opowiadania, trzeciego zdjęcia na którym np. potykam się, a tort leeeci śmietaną w dół 🤣




  


środa, 5 sierpnia 2020

Chwilowy kryzys

Chwilę mnie tu nie było. Nie mogłam się zmobilizować.

Dziękuję za gratulacje i życzenia. 10-tą rocznicę  ślubu świętowaliśmy rodzinnie. Rano wręczyłam mężowi drobny upominek - słodycze, kawa, kosmetyki. A po południu pojechaliśmy razem z dziećmi do restauracji. Wszystko było fajnie, tylko Faustynka, która początkowo była bardzo podekscytowana,  speszyła się w lokalu i odmówiła jedzenia, choć wcześniej tak ochoczo planowała co zje. 

No jest u niej spory problem z jedzeniem. Odrzuciła sery, mleko, masło, ziemniaki i ryby. Wędlin nigdy jeść nie chciała. Martwię się, bo kromka chleba z keczupem czy płatki Nesquik to nie jedzenie. Przynajmniej je makarony, ryż i kaszę gryczaną z mięsem oraz pomidorową i rosół. 

W małżeństwie  układa nam się bardzo dobrze. Widzę jak mąż w ostatnich latach dojrzał i bardzo mi się to podoba. Spędzamy razem dużo czasu,  bo wraca wcześnie z pracy. Czerpiemy radość z tych chwil  całymi garściami. Właściwie to nawet nie pamiętam kiedy się ostatnio kłóciliśmy. Chyba rok temu. 

Rybki mają się dobrze. Poza neonami, których nie udało się wyleczyć i padły z powodu kulorzęska. Faustynka mnie zaskoczyła mówiąc:
"Mamusiu, nie przejmuj się. To dobrze że zdechły, nie będą gryzły Goldi płetwy". 
A skoro przy płetwie jesteśmy,  odrosła molinezji ta zjedzona płetwa. 
Tylko powiedzcie mi,


Czy ona jest w ciąży?







Zaczął mi się spóźniać okres, choć wyraźne objawy PMSu były. Czekałam na niego niecierpliwie, bo raczej miał tendencję do pojawiania się przed czasem, nie po. A piersi już mnie tak  bolały, że myślałam że wybuchną. Jednak nawiedził mnie 3 dni  później i był bardzo skąpy i właściwie niebolesny. Podejrzewam, że przez aktywność fizyczną i jakby nie było, dość ubogą dietę. 

Ćwiczę na orbitreku codziennie powyżej godziny. Zdaża się  nawet dwie jedyny ciągiem. Podczas gotowania maszeruję aby nabić jak najwięcej  kroków. Zawsze to jakieś  dodatkowo spalone kalorie, niż jakbym miała tylko stać i mieszać w garze.

W ostatnim czasie już byłam bliska strzelenia tym wszystkim w cholerę, bo efektów nie widzę, a doszły wyrzuty sumienia, że  tyle czasu marnuję na siebie zamiast pograć z dziećmi w Warcaby czy poodkurzać mieszkanie. 
Waga uparcie utrzymywała się na 56,5 kg, a w ostatni weekend to zawet wzrosła i w poniedziałek pokazała 57 kg. Koło południa dostałam  miesiączkę  i  dziś rano ważyłam 55,8 kg. Wiem, że często tak bywa, że pod koniec cyklu kobieta może przybrać 1-2 kg, ale zdziwiłam się, bo nigdy wcześniej  mi się to nie przydarzyło.

Dziś mam totalny kryzys. Ćwiczyłam tylko 30 minut, bo nie dałam rady więcej. Jestem potwornie zmęczona. Nie wiem czy to ta paskudna pogoda (u nas dziś leje), czy ten cholerny komar co mnie całą noc podgryzał i nie dał się złapać. Przebiegły krwiopijca! A może organizm już ma dość codziennych ćwiczeń i diety. Choć pewnie wszystko na raz. 

Rano ogarnęłam z grubsza mieszkanie i przykleiłam w oknach moskitiery. Niestety już mi zabrakło do kuchni i do większego okna w salono-sypialni. Później odhaczyłam te 30 minut na orbitreku i próbuję coś naskrobać na  blogu, a przez te ćwiczenia brakuje mi czasu na pisanie, więc sorry, że nic ciekawego u mnie nie przeczytacie i że rzadko Was odwiedzam.


Kupiłam sobie kieckę za 19,99 zł! To się pochwalę. 


Nie wiem czy te guziki tak mają  być asymetrycznie czy jednego brakuje, choć rozstaw pomiędzy tymi dwoma jest inny niż odległości pomiędzy tymi z drugiej strony, ale za taką cenę, co tam. Najwyżej  doszyję jednego.


Włosy mi już podrosły i udaje się już je zaczesać w kok. Nie spodziewałam się, że tak szybko będę cieszyć się różnymi fryzurami. W końcu jeszcze rok temu miałam całkiem krótkie, a tu 



Pozwólcie, że na tym skończę ten wpis. 
Buźka 😘




środa, 22 lipca 2020

Ćwiczenia. Nadchodząca rocznica.

Dziś na szybko. Minął tydzień, a ja nie zdążyłam umieścić treningów, więc wrzucam teraz fotki:

16.07



19.07



20.07


Wszystkie dotyczą orbitreka. Zaobserwowałam, że bardzo poprawiła się moja kondycja. Ćwiczę przez godzinę,  utrzymując prawidłowe tętno i nie padam trupem po zejściu ze sprzętu.

Niestety waga nie spada. Zatrzymała się  na 56,5 kg i ani drgnie. Dobrze, że  nie rośnie.

Do tej pory ćwiczyłam 3-4 razy w tygodniu, ale postaram się  codziennie albo przynajmniej 5 razy w tygodniu po godzince. Może wtedy jeszcze coś zleci.
Muszę się bardzo pilnować  z jedzeniem,  bo niestety każdy posiłek inny niż sałata, odkłada mi się w postaci tłuszczu na brzuchu i udach. Dlaczego  nie  na biodrach?


Idę zaraz  poćwiczyć ;)


Jeszcze tylko wspomnę,  że w piątek odbyliśmy wycieczkę przy okazji wizyty z Maćkiem u psychiatry. Pani doktor nie przyjmuje już w naszej okolicy i musieliśmy pojechać do niej aż 80 km do prywatnego gabinetu. Nie chcemy jej zmieniać na  innego lekarza, bo jest naprawdę fajna, poza tym zna nas już ponad 5 lat, Maciek ją lubi i czuje się przy niej bezpiecznie.
Niestety pogoda nam się nie udała i nie pozwiedzaliśmy.


Zbliża się 10-ta rocznica naszego ślubu. W piątek  będziemy świętować.


wtorek, 14 lipca 2020

Kwarantanna z przymrużeniem oka

Mój niedzielny trening:


- 60 minut na orbitreku ze średnim obciążeniem

- 10 minut ze zwiększonym obciążeniem

- 50 przysiadów

*************************************

Dzisiejszy  trening:


- 45 minut na orbitreku (30 minut ze średnim obciążeniem z utrzymaniem tętna do 130 uderzeń dla spalania tkanki tłuszczowej + 15 minut ze zwiększonym obciążeniem z tętnem powyżej 130 uderzeń dla poprawy kondycji i wytrzymałości)

- 60 przysiadów

***********************************
Kurujemy rybki.
Neony podskubały boczną płetwę molinezji. Była bardzo osowiała, słaba i chowała się przy podłożu. Odłowiliśmy bidule do słoika, podleczyliśmy, nakarmiliśmy, a gdy poczuła się  lepiej wpuściliśmy do akwarium. Odżyła.

Teraz mamy problem z neonami. Chyba karma jednak wraca.  Rozchorowały sie i są  w białe kropki. Mąż kupił lekarstwo, odłowił je do kwarantannika i mamy w domu rybi szpital, czyli neony na kwarantannie.

Za to molinezja Goldi czuje się jak nowo narodzona,  jak ryba w wodzie - dosłownie. Cieszę się bardzo, bo to już członkowie naszej rodziny. Zależy  nam  na tym żeby nie chorowały i cieszyły nas sobą jak najdłużej.

***********************************

Maciuś od września idzie do pierwszej klasy. Bedzie to klasa terapeutyczna z nauczycielem wspomagającym. Boję się. Wiem, że początek będzie  bardzo trudny, gdyż u syna ciężko  z akceptacją zmian.
Tym bardziej jestem przerażona gdyż  psycholog z Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej stwierdziła, że  gotowy nie jest. Szkoda tylko, że  dopiero  teraz  się  o tym dowiedzieliśmy. Przez tą  całą pandemię mieliśmy  mega poślizg w badaniach gotowości  szkolnej.
A musieliśmy w odpowiednich terminach poskładać wnioski i dokumentacje o przyjęcie  do  szkoły lub odroczenie i kontynuowanie przygotowania w przedszkolu. Syn odroczony był raz i byłam skłonna odroczyć go drugi raz, ale panie w przedszkolu zapewniały, że jak najbardziej sobie w szkole, w klasie terapeutycznej poradzi, a z przedszkola już nic więcej  nie wyniesie. Posłuchałam ich, ale nie wiem czy dobrze zrobiłam.

W ogóle  na perypetie z PPP i dostaniem sie do Maćka psychiatry w "czasie  zarazy"można by poświęcić cały następny tekst, ale póki co nie mogę sklecić tego postu.
Właśnie wstawiłam zupę i maluję z dziećmi farbami, a  w planach naleśniki. Nie dla mnie, żeby nie było 😋 Dla rodzinki.

Do następnego! 😘