W ostatnich dniach albo nie miałam czasu na pisanie, albo nie miałam sił na to.
Wszystko ok, nic złego się u mnie nie dzieje, tylko mam tak cholernie niskie ciśnienia, że czasami ledwie trzymam się na nogach. Przeważnie miewam 90/60 i o ile jest to 98/68, to czuję się dobrze, jednak gdy ono opadnie, mam stresa że fiknę, jestem zmęczona i senna, miewam zawroty głowy, zero koncentracji, po prostu "nie ma takiego numeru".
Dziewczyny, czy możecie mi coś na to doradzić? Niedociśnienia ponoć groźne nie są, ale jeśli huknę na mieście odprowadzając dziecko do przedszkola, to ciekawie nie będzie. Kawą się też nie chcę przesadnie oszukiwać, bo w końcu organizm się przyzwyczai do 5ciu filiżanek dziennie i nic to nie da. Piję rano kawę, żeby się trochę podratować i doraźnie w ciągu dnia drugą jeśli ciśnienie opadnie na tyle, że bardzo źle się czuję. Może znacie jakieś inne sposoby? Myślałam nawet nad zaproszeniem teściowej, ale to za duże ryzyko 😛 Ponad rok jej nie widziałam, nie chcę zaczynać z wiedźmą.
Mikołajki udane, dzieci zadowolone. Maciuś dostał wymarzony autobus. Pisałam, że się zafiksował na autobusy, trasy, rozkłady jazdy? Udało nam się odczarować te linie, których mocno nienawidził, bo kojarzyły mu się z poprzednim przedszkolem. Ostatnio zaczął się zafiksowywać zegarkiem, co wcale nie jest dobre, bo po przebudzeniu w środku nocy biegnie sprawdzać która godzina i nie wysypia się, a przecież u niego i tak od zawsze były ze snem problemy.
Faustynka dostała toaletkę, więc się modnisia stroi, czesze, bawi w salon fryzjersko-kosmetyczny. Mikołaj trafił z prezentami.
W tym wpisie chcę przede wszystkim pochwalić mojego męża. W poprzednią sobotę miałam tak dużo spraw do załatwienia, że spędziłam poza domem prawie 8 godzin, a mój osobisty mąż stanął na wysokości zadania i nawet ugotował obiad. Wiem, że dla niektórych to nic wielkiego i że to naturalne w wielu związkach, że mężczyźni też gotują, ale ja skaczę pod sufit z radości, bo już wiem, że w razie czego mi dzieci z głogu nie padną. Tak że brawa dla mojego mężczyzny. A to jeszcze nie koniec. Tak mi spiekło dłonie od mrozu, że normalnie mi skóra po raz pierwszy w życiu popękała do krwi. W niedzielę rzuciłam więc tekścik: "Skarbie, może pozmywałbyś dzisiaj, bo mi się te łapy nie zagoją" i najpierw pożartował do Faustynki, żeby ona pozmywała i nawet była chętna, ale stanął przy zlewie i bez marudzenia umył gary. Chyba nie ma seksowniejszego widoku niż mężczyzna zmywający naczynia 😍
Po raz pierwszy od roku odwiedziłam fryzjera. Zapuszczam włosy z bardzo krótkich, ale chciałam je wyrównać, dlatego teraz sięgają do brody i ledwie dają się związać w kucyk. Pomimo ciągłego w ostatnich latach rozjaśniania i w ogóle farbowania w poprzednich, są dość gęste i zdrowe. Czyżby dlatego, że rzadko odwiedzam fryzjera? No cóż, nie ufam im za bardzo, dlatego przez złe doświadczenia, włosy farbuję sama. Używam rozjaśniacza z Syossa , bo on moich włosów tak bardzo nie niszczy. Nakładam na ciemne odrosty, odczekuję 30 minut i przeciągam na resztę włosów, na 10-15minut i efekt jest zadowalający. Czasami gdzieś pojawią się żółtawe pasma, ale kilka razy umyję je "niebieskim szamponem" Joanna i się ładnie wychładzają. Sekretem moich włosów jest prawdopodobnie to, że nigdy w życiu nie używałam prostownicy, a z suszarki korzystam jak już muszę. Myślę, że to właśnie dzięki temu nie miałam nigdy na głowie siana.
Marzy mi się kolorek "nordycki/lodowy/mroźny blond":
Z hairstore.pl
ale chyba samej nie uda mi się do niego dojść, poza tym boję się, że włosy za bardzo ucierpią.
Teraz modzę z fryzurami, właściwie z upięciami i ciężko coś wykombinować z włosami z obecną długością, a chciałabym żeby było elegancko.
Moje włoski prezentują się tak:
U nas robi się świątecznie. Choinka ubrana. Napatrzeć się na nią nie mogę i już się Świąt nie mogę doczekać. W mieszkaniu unosi się już zapach korzennych przypraw. Uwielbiam. Po raz pierwszy upiekłam pierniczki i wyszły wyśmienite. Rok temu nie miałam jeszcze piekarnika.
Pierniczki. Połowa zniknęła w trakcie dekorowania.
Próbna galareta drobiowa z warzywami.
Faustynka się pochorowała. Od niedzieli gorączkuje i ma straszny katar. Dzisiaj i tak już jej dużo lepiej. Przynajmniej oczka tak potwornie nie łzawią.
Ostatniej nocy miałam straszny koszmar. Aż się mąż przestraszył gdy zerwałam się z łóżka i już miałam pędzić do kuchni, gdy uzmysłowiłam sobie, że tylko mi się śni, że... wykipiał mi sos.