wtorek, 25 czerwca 2019

Ludzie to jednak skurwysyny

Ja -  kontra -  reszta świata
0:1
Jak zwykle z resztą.

Jestem za dobra.
I jak tu wierzyć w ludzi?

Po dzisiejszym dniu zdziwienie nieprędko zniknie z mojej twarzy.

A taka mądra była, taka cwana, taki chachar rozchichrany.
No comments.

piątek, 21 czerwca 2019

Mniam...

Efekt jo-jo chyba nieunikniony...



Co nie zmienia faktu, że piekę obłędne serniki. Och... Jaka ja jestem skromna :P

A swoją drogą, 
Jak to jest, że wpieprzam ciasta i nie tyję? 2 lata temu od spojrzenia na pączka przybywał  kilogram, a co dopiero jakbym go zjadła. Na szczęście nie lubię pączków.

Pozdrawiam słodko!

czwartek, 13 czerwca 2019

Banda debili

Sorry za tytuł,  ale inaczej nie na się nazwać rodziny męża.

Wczoraj jego babcia potknęła się na schodkach przed domem i upadła.  Ból jest tak silny, że nie chodzi. A moi teściowie zamiast wezwać karetkę, dzwonią do nas o 23 godzinie z pytaniem co robić (kilka godzin po upadku)? Już nie wspomnę, że nam zepsuli miłą, zmysłową atmosferę. 

Mąż im tłumaczy, że może być biodro pęknięte i że muszą ją zawieźć do szpitala, a jak nie daje rady wstać, to karetkę muszą wezwać, bo jak ją do samochodu doprowadzą. Teściowa lamentuje  że swojej matki nie puści, może nie trzeba jechać.  Od razu sama "słabuje" i potrzebuje opieki. Nagle już babka chodzi. Ale chce jechać do szpitala. 

Jakie to wszystko głupie. Sama powinna wezwać po siebie karetkę, a nie czekać na pozwolenie córeczki. 

No to kto z babką pojedzie do szpitala? No nikt. Moja teściowa "słabuje", zaraz kopyta wyciągnie, sama w domu nie zostanie, tzn. z córkami, bo jakby długo zeszło i teść by do rana w szpitalu musiał zostać, to kto dwie panny do szkoły wybierze? Boże, mówię Wam, cyrk na kółkach.  No to teścia nie puści. 

Zadecydowali, że MÓJ MĄŻ ma po babkę przyjechać kilkanaście kilometrów, odwieźć do szpitala następne kilkanaście kilometrów, czekać z nią na SORze i przywieźć spowrotem do domu. Nawet się nikt nie spytał, tylko stawiają przed faktem.

Mąż się wkurzył, bo ma na 7 do pracy i powiedział że nie ma mowy na takie coś. Ojciec ma w tym tygodniu drugą zmianę, to może z babką jechać, bo potem odeśpi. No to nie, bo musi rano te młode małpy (siostry mojego męża) do szkół poodwozić. Autobusy są. No to nie, bo one nie pojadą autobusem. To są dziewczyny 17 i 18 letnie. Kopie mamusi.

Mąż trochę ojcu do słuchu nagadał. Ale to jak grochem o ścianę. I tak myśmy zostali skurwysynami. I na pewno to przez rudą sukę, czyli mnie, mój mąż nie pojedzie. 

Skończyło się tak, że babka pojechała karetką sama i pewnie jest ciągle w szpitalu, bo nikt nie dzwoni, żeby ją odebrać. 

A mnie to się wydaje, że już ją tak gryzły, że ona ten upadek wykorzystała, żeby się od nich choć na parę dni uwolnić.  Przecież ta kobieta jest grubo po 70tce i wciąż musi tam wszystkich obsłużyć. No ile można, no ile? Nikt w domu palcem nie ruszy. Każdemu śniadanko trzeba urychtować, pod nos herbatkę podstawić, obiadek, kolacyjka, za każdym posprzątać, użerać się z każdym, bo jeszcze pyskują, pieniądze oddawać. No Kurwa mać! Nic się nie zmieniło. 

A i tak jest że my babkę buntujemy, choć od listopada z nią kontaktu nie mamy. Mąż powinien właśnie ojcu przypomnieć i powiedzieć wprost, że nie pojedzie, bo będą potem gadać, że babkę buntujemy i żeby więcej nie dzwonili. 

Swoją drogą, martwię się co z babcią. 



Inna  sprawa jest taka, że teść długów narobił i się żali ciągle do mojego męża. Chyba chce go urobić i wziąć na litość. Co on myśli? Że wyskoczymy po tym wszystkim co przeszliśmy z pieniędzy? Jak Faustynka się urodziła i się okazało  że ma alergię pokarmową i musimy kupować specjalne, dwa razy droższe mleko, a krucho z kasą wtedy było, to teść  - rodzony ojciec mojego męża powiedział, że go to nic nie obchodzi, TAKIE  JEST  ŻYCIE i pieniądze na rachunki i tak musimy mu dać! Obcy by miał więcej empatii w takiej sytuacji i by poczekał na kasę kilka dni-tygodni.  Skoro przy rachunkach jesteśmy, to pragnę nadmienić, że gdy u nich mieszkaliśmy, od nas rządali  już za sam prąd 350 zł, mimo że tylko tam spaliśmy, bo żyć się w ciągu dnia z nimi nie dało, a  teraz co mieszkamy na swoim i mamy do dyspozycji całe mieszkanie, a nie 8m^2, płacimy za prąd 70 zł. To jest 5 razy mniej! 


Oby babcia wypoczęła w szpitalu, bo do nas jej puścić nie chcą. A Faustynka się pyta o nią i nawet kilka  dni temu wymyśliła, że sama po nią pojedzie do starego domu i da Eli (matce mojego męża) swojego misia, żeby babcię (prababcię) do nas puściła. 



Z naszych spraw bieżących:
Narazie  jestem przerażona zachowaniem Maciusia przy terapeucie. Dziewczyna młoda, sympatyczna i energiczna, ale dała sobie wejść na głowę. Młody nawet przy nas się tak nie zachowuje, więc jesteśmy w szoku.


Czy wypuszczanie dzieci w wieku przedszkolnym na plac zabaw, gdy na dworze temperatura w cieniu przekracza 30°C to nie przegięcie? Faustynki nie puszczam do przedszkola z powodu tych upałów i jej bladej, skłonnej do oparzeń słonecznych skóry. Ona nie powinna w ogóle na słońcu przebywać. Panie przedszkolanki są chyba niepoważne, skoro wypuszczają rozszalałe dzieci na podwórko o 14 godzinie. Ostatnio Młoda oparzyła sobie pupę o rozgrzaną huśtawkę!



Dopisane o 9:

Babcia długo nie odpoczęła. Okazało się że to tylko stłuczenie i może jechać do domu. O 7:30 teść zadzwonił do mojego męża z tekstem: "Jedź po babkę". Niereformowalni ludzie. No jak? Przecież mąż jest w pracy. Nie wyjdzie sobie tak ot. I znowu mu tłumaczy. I pyta się: "To przecież miałeś je do szkoły odwozić, to już przecież jedziesz, to po babkę podjedź". No to on jeszcze nie jedzie.  Pewnie młodych nikt nie obudził i się nie wybrały :P

Boże, co za ludzie...


niedziela, 2 czerwca 2019

Nadrabiam zaległości ;)

Dawno nie pisałam co u nas słychać, dlatego właśnie teraz zamierzam to nadrobić.

Myślałam, że sezon chorobowy już mamy za sobą. Cały maj nie chorowaliśmy. Cały maj! I już się cieszyłam, bo gdy dzieciaki chorują, to ja chodzę wkoło nich jak zombi, bo stres, bo niewsyspanie... Kto ma dzieci, wie o czym mówię. 

Jednak byłoby zbyt pięknie. 
W piątek Faustynka wróciła z przedszkola ze stanem podgorączkowym, ale jeszcze mnie ubłagała, żebyśmy poszły na piknik rodzinny organizowany przez przedszkole. Obiecała, że nie będzie szaleć i mnie w końcu urobiła. Mała cwaniara. Takie to kochane jak coś chce. Te oczy... Jak ten Kot w Butach na Shreku. Ociągałam się jak mogłam, żeby wyjść  jak najpóźniej, bo wiedziałam, że jak już pójdziemy, to nieprędko Młoda da się  namówić na powrót do domu. Na imprezie pojawiłyśmy się kwadrans przed końcem - okropna jestem, wiem. Posiedziałyśmy chwilkę na ławeczce, przyglądałyśmy się dzieciakom i rodzicom, którzy brali udział w rozmaitych konkurencjach. Ja oczywiście bokiem, bokiem i do tyłu, żeby mnie nikt do niczego nie zgarnął, a Faustynka zero jakichkolwiek oporów, Alleluja i do przodu. Odważna ta moja dziewczyna. Brała udział w konkurencji na nierozlanie mleka z łyżki w czasie slalomu między pachołkami. Żeby jeszcze była bardziej wyrafinowana i waleczna, to bym była o nią spokojniejsza. Jednak niestety jest wrażliwa, grzeczna  i spokojna jak ja. Tak wiem, to piękne cechy, ale ja przez nie wiele w życiu wycierpiałam. Chciałabym żeby moja córeczka nie dała sobie w kaszę dmuchać, a tak to znowu się żali, że Lena ją popycha i bije. Trafiła się taka z patologicznej rodziny i fika  do każdego.  Tłumaczę Młodej, żeby ją walnęła  z pięści w nos, albo zasadziła kopa w du... pupę, ale ona mi na to, że "nie wolno bić". 
Wracając do pikniku, w pewnym momencie podszedł do nas i przywitał się tata Stasia. Stasiu to narzeczony mojej córki, gwoli przypomnienia. Dzieci się razem pobawiły, ale Staś był jakiś markotny, może zmęczony, a może się jakaś infekcja też rozwijała w jego organizmie. Szybciutko się zmyli do domu, a Faustynka się pobawiła jeszcze na placu zabaw z małą Madzią, która przyszła na imprezę z babcią. Piknik się skończył, a Młodą i tak ciężko było namówić na powrót do domu, bo jeszcze ta zjeżdżalnia, a ta huśtawka, a jeszcze tamta. W końcu wróciłyśmy. 

W nocy temperaturka urosła do ponad 38 stopni, ale dzielne dziewczę nie chciało się przyznać co ją boli. W nocy ból gardła zdradził kaszel. No i bidula jest chora. Gorączkuje już drugą dobę do 39 stopni. Katar ma straszny. Dzisiaj już tak szybko gorączka nie rośnie, podejrzewam, że jutro da sobie spokój. Problem w tym, że  córka nie chce nawet słyszeć, że jutro nie może pójść do przedszkola. Chyba jakiś strajk muszę wymyśleć :P

We środę  Faustynka pojechała na wycieczkę z przedszkolem. Pierwszy wyjazd bez mamusi. Byłam bardziej zestresowana od niej. Niepotrzebnie, bo dziewczę bawiło się przednio. Jeździła nawet po raz pierwszy na koniu! Moja Mała Księżniczka już jest taka samodzielna. Po powrocie była niesamowicie podekscytowana i zmęczona, ale szczęśliwa. Podejrzewam, że dawała tam równo czadu i pewnie z tego podniecenia zdarła gardło okrzykami radości, dlatego ta gorączka w końcu się pojawiła, ale jako że chciała wziąć udział w pikniku, to udawała, że wszystko jest ok i nic jej nie boli. 

Wczorajszy Dzień Dziecka obchodziliśmy zatem w domu. Maciuś z tatusiem pojechali po prezenty. Rano trochę posmutniałam, bo gdy chłopcy wyszli usłyszałam dzwonienie kluczy na klatce, więc wyjrzałam  przez wizjer i zobaczyłam sąsiadkę z naprzeciwka z dwiema wielkimi torbami z Pepco wypchanymi po brzegi, jak zamykała drzwi i schodziła na dół. Wybrała się do wnuków z prezentami. Bardzo miły gest ze strony babci. Dlaczego więc posmutniałam? Bo co rusz widzę gdzieś zaintetesowanie dziadków swoimi wnukami. Spacerki rodzinne, wycieczki, zakupy, imprezy, uroczystości rodzinne... W sklepach często mijam obcych dziadków zachwycających się czy to rowerami czy ubrankami, bo "by dla wnusia było". Dziadkowie często uczestniczą w życiu swoich wnuków. Nie wylewam  tu żali dlatego, że moje dzieci nie dostają od dziadków prezentów. Nie, to nie o to chodzi. Nie liczę na to, że coś mogły by dostać, bo nigdy nawet lizaka nie dostały. Ale chodzi mi tu o brak wsparcia, przytulania, dobrego słowa i poczucia u dzieciaków, że mają na kogo liczyć. Nasze dzieci mają tylko nas. Gdyby coś nam się stało, nasze dzieci zostają na tym paskudnym  świecie całkiem same. Wiecie co mnie trzymało przy życiu oprócz strachu przed śmiercią w momencie gdy już ten nóż przystawiałam do nadgarstka? To że mój mąż sam sobie nie poradzi. Że moje dzieci czekałby okropny los. Szczególnie bałam się o Maciusia. Nikt nie ma do niego tyle cierpliwości co ja. Tak więc mnie wzięło na przemyślenia i nastrój nieco opadł. U nas babcie nawet nie pomyślą o tym żeby zadzwonić z życzeniami. Mało tego, one nawet nie pamiętają dat urodzenia wnuków. 

Faustynka od dawna marzyła o Kubusiu Puchatku jej wielkości, więc tata się w końcu zdecydował na zakup kolejnego kudłacza, zbierającego kurze. W sklepie się okazało, że misiek ma brudną... zadek, a został ostatni, dlatego chłopaki kupili wielkiego, zielonego smoka, w którym Młoda się od pierwszego wejrzenia zakochała i nie wypuszcza go z rąk. Koniec końców, smok okazał się o wiele poręczniejszy od grubego Kubusia Puchatka i bez problemów mieści się z córą w łóżku. 
Maciuś na swój prezent wybrał sobie tor z garażami dla samochodów i ma taką radochę, że myślałam, że wczoraj już nie zaśnie. Do nocy przesiedział przy nowym nabytku i przemachał  z radości skrzydłami. Synuś gdy się cieszy, jak na autystę przystało macha intensywnie rączkami i się oklepuje. Wiem, widok niecodzienny i dziwny, ale dla matki autysty bardzo wzruszający. 

W końcu ruszyła sprawa SUO. W lutym wnioskowaliśmy o przyznanie synowi 10 godzin tygodniowo pracy z terapeutą w domu. Cała biurokracja i papierologia porwała do końca maja. Pani pracownik socjalny była u nas w tym czasie 3 razy, ale w końcu przyznano Maciusiowi 4 godziny tygodniowo. Dobre i 4 godziny, zważając na to że w MOPsie brakuje terapeutów. Już w najbliższym tygodniu mamy pierwsze spotkanie. 

piątek, 24 maja 2019

Molestowanie

molestować

Słownik języka polskiego PWN



molestować
1. «naprzykrzać się, natrętnie o coś prosić»
2. «nakłaniać kogoś do kontaktów seksualnych, wykorzystując swoją przewagę nad nim»


Co za obszerna definicja...
Nie oddaje całkowicie znaczenia tego słowa.

Molestowanie to nie tylko nakłanianie kogoś do kontaktów seksualny. Zaczyna się już dużo, dużo wcześniej.


Czy byłam molestowana?

Tak byłam i to nie raz.

Chyba prościej byłoby zapytać - która z kobiet molestowana nie była?


Przerażają mnie takie sytuacje. Od najmłodszych lat omijam szerokim łukiem wszelkich meneli, panów pod wpływem i większych grup, w których przeważa płeć męska. Dlaczego? Ze strachu.

A i tak mnie to nie uchroniło od upokarzających sytuacji.


Pierwsza którą pamiętam, miała miejsce bardzo dawno temu, jeszcze w moim dzieciństwie. Tak, w dzieciństwie. Bo wiek lat 12, to przecież jeszcze dziecko. 
Były wakacje, na które przyjechała do mnie kuzynka, moja rówieśniczka. Wyszłyśmy do miasteczka po zakupy. Na przystanku autobusowym stało dwóch panów pod wpływem  i mimo, że my szłyśmy drugą stroną ulicy, to jeden do drugiego krzykną: "Eee, patrz! Która ma większe?!" Na litość boską! Miałyśmy po 12 lat! Zmyłyśmy się stamtąd w zorganizowanym pośpiechu, całe bordowe ze wstydu, mając wrażenie, że wszyscy gapią się na nas i śmieją. Moim problemem stał się mój obfity biust. PROBLEMEM. Nie atutem. Moja kobiecość stawała się moim problemem. Nosiłam obszerne bluzy, swetry. Krępowało mnie, że mam największe piersi w klasie. Jako pierwsza z resztą zaczęłam nosić stanik już w trzeciej klasie podstawówki.

W sumie to nawet mój rodzony ojciec raz po chamsku skomentował: "Nie biegaj, bo Ci się te cycki urwą". Miałam 11 lat.

Gdy zaczęłam gimnazjum, gwizdy, obleśne spojrzenia i słowne zaczepki stawały się codziennością. Nie reagowałam, przyspieszałam kroku i pędziłam wprost przed siebie. 

Gdy miałam 15 lat i zimową porą wracałam ze szkoły muzycznej, w drodze na przystanek autobusowy, stary, wyraźnie ucieszony dziadek, mamrotając coś pod nosem o cipce,  próbował złapać mnie za krocze. Nie udało mu się, bo odruchowo zablokowałam jego rękę swoją i uciekałam takim sprintem jak nigdy wcześniej. Byłam przerażona. Cała się trzęsłam. Chętnie opiszę jak byłam wówczas ubrana, aby uprzedzić komentarze, że chodzimy z gołą dupą, a potem mamy pretensje. Otóż, miałam na sobie czarną, grubą, długą do kolan kurtkę, jeansy, czarne, zimowe buty na niskiej koturnie, długi, gruby, czarny szal z frędzlami i zimową czapę na głowie spod której dyndał długi, niefarbowany warkocz. Na twarzy zero makijażu, bo w tym wieku się jeszcze nie malowałam. To była druga klasa gimnazjum.

Innym razem, tej samem zimy, gdy wracałam do domu przez pobliski park, do parku wjechał czerwony maluch i wyskoczyło z niego kilku młodych, najebanych facetów. Zaczęli biec w moją stronę wykrzykując, że zaraz mnie dorwą i zgwałcą. Na moje szczęście, ledwie trzymali się na nogach i udało mi się uciec.

Miałam w gimnazjum takiego faceta od fizyki, który też był moim wychowawcą. Boże, jaki on był zboczony. Wgapiał się w biusty i pupy uczennic (14-16 letnich), a mnie aż rzygać się chciało. Pamiętam jak mnie poprosił raz do biurka do odpowiedzi. Czułam jak jeździ po moim ciele tym obleśnym spojrzeniem. Patrzył na moje piersi i pomiędzy nogi. Nie wiedziała jak się zakrywać, czułam się okropnie upokorzona. On nawet nie próbował udawać, że się patrzy gdzie indziej. Wszyscy to widzieli i  wiedzieli że on taki jest. Co bardziej wyrafinowane cwaniary (były takie dwie, teraz przykładne matki) śmiały się z niego za jego plecami, a do odpowiedzi specjalnie zdejmowały bluzy, występując w podkoszulkach na ramiączkach i  zsuwały spodnie, aby mieć stringi na wierzchu. Pamiętam, że z tej odpowiedzi dostałam wtedy dwóję. Ja. Z fizyki. Gdzie zawsze miałam piątki.

Czasami przychodził do mnie w weekendy starszy brat mojej koleżanki, który podczas studiów pomieszkiwał u swojej ciotki, a mojej sąsiadki. Taki normalny chłopak. Sporo starszy ode mnie, jakieś 7 lat. Rozwiązywaliśmy zadania z matmy. Tak, dość dziwny sposób na spędzanie wolnego czasu. Kolegowaliśmy się tak przez 3 lata, ale w końcu jego sposób bycia zaczął mnie drażnić. Pozwalał sobie na opowiadanie sprośnych żarcików, które mnie  nie śmieszyły. W sumie to patrzyłam na niego z coraz bardziej zdziwioną miną i wypadającymi na wierzch oczami. Skończył licencjat i wrócił do siebie. Znajomość się skończyła.
 
Gdy na wakacjach chodziłam z kuzynkami czy koleżankami nad stawy,  musiałyśmy się opalać w ubraniach, a i tak zawsze przyplątał się jakiś napalony facet i w sprośny sposób zagadywał. Jeden to nawet chciał, żebyśmy go nasmarowały olejkiem do opalania. 

Kilkakrotnie w autobusie zdarzyło mi się, że dosiadł się jakiś natarczywy facet. Raz był to młody, ale nawalony chłopak. Zagadywał, a raczej wygłaszał monolog i próbował się mnie wypytywać skąd jestem, gdzie jadę, jak mam na imię, itp. Nie odzywałam się ani słowem. Za chwilę niby przysypiał, uwalając się na mnie. Co zmieniłam miejsce, on podążał za mną i się dosiadał, w końcu usiadłam obok jakiejś kobiety i dał sobie spokój. Od tamtego czasu starałam się zajmować miejsce obok kogoś, a konkretnie obok dojrzałej kobiety.

Kiedy byłam już uczennicą liceum, podczas ferii zimowych, wybrałam się na spacer z kolegą. Z KOLEGĄ. Normalnie rozmawialiśmy po KOLEŻEŃSKU, ale on chyba zaczął sobie wyobrażać coś więcej, bo gdy mnie odprowadził, to znienacka, bez ostrzeżenia przyciągną mnie i pocałował. Wyrwałam się i uciekłam. Przeżywałam to strasznie, bo inaczej wyobrażałam sobie mój pierwszy pocałunek. Miał być wyjątkowy, z kimś wyjątkowym (czyt. z kimś kto zostanie moim mężem). Chyba za dużo bajek się w dzieciństwie naoglądałam. Wymarzyłam sobie księcia na białym koniu i "I żyli długo i szczęśliwie", a tu coś takiego mnie spotkało.  Do tego ten chłopak stał się niesamowicie natrętny. Wydzwaniał do mnie, wypisywał sms'y, groził że popełni samobójstwo jeśli nie będziemy razem. Strasznie przez niego płakałam, nie wiedziałam co zrobić. Byłam głupiutka i naiwna. Bałam się, że on faktycznie coś sobie zrobi przeze mnie, ale nie chciałam się z nim spotykać. Nigdy nie zapomnę tekstu jednej z moich koleżanek: "Lepszy taki niż żaden". No chyba dla niej! A miłość? Motyle w brzuchu? Trzęsienie ziemi? Tylko na widok jednego faceta serce mi mocniej biło, a krew krążyła w oszalałym tempie. Dziś ten facet jest moim mężem. Tamten natarczywy koleś dał sobie w końcu spokój, bo nie odbierałam telefonów, nie odpisywałam na sms'y. Nie był wcale taki zakochany jak twierdził, bo bardzo szybko pocieszył się jedną z moich koleżanek, którą sama mu perfidnie podsunęłam.

Impreza szkolna z okazji półmetku. Wystroiłam się jak szczur na otwarcie kanału i wyszłam na autobus. Czekając na przystanku, padały pod moim adresem niepochlebne komentarze z ust przesiadującej tam grupki młodych osób. Komentowali w niewybredny sposób moją spódniczkę i kozaki (była późna jesień). Zwiałam do domu. Powiedziałam, że nigdzie nie pójdę, wtedy student, wynajmujący u nas pokój zaoferował, że mnie odwiezie samochodem. Tak też się stało. Dotarłam na miejsce cała i zdrowa.

Zaczął nękać mnie obcy numer. Myślałam, że to jakiś kolega sobie robi ze mnie jaja, albo jakiś odrzucony amant. Pojawiły się głuche telefony, jakieś sapanie, sms'y z groźbami gwałtu, z opisami gdzie jestem i co robię, jakby mnie śledził. Zaczęłam się bać.  Myślałam o zgłoszeniu sprawy na policję, w końcu tego nie zrobiłam, bo obawiałam się, że nie zostanę poważnie potraktowana. Po kilku tygodniach stalker się znudził i dał sobie spokój.

Gdy byłam już pełnoletnia, mężczyzna mojego życia też nie zachowywał się na początku związku wobec mnie fair. Chyba nie chcę rozwijać tego tematu. Na szczęście w końcu zmądrzał i zaczął doceniać, to że jestem inna od dziewczyn jakie zna.

Na studiach chyba nic złego mi się nie przytrafiło. Nie imprezowałam, siedziałam w domu na dupie. Dom - uczelnia, uczelnia - dom. Nic złego, w sensie nic nowego. Bo słowne zaczepki się zdarzały, jak z resztą od dawna.  Najgorsze jest to, że my kobiety takie zachowania ze strony mężczyzn przyjmujemy jako normę. Nie reagujemy, bo się boimy. Zresztą niezbyt mądre było by pyskowanie do grupki obcych facetów, bo zagwizdali lub krzyknęli: "Ale Cyce!" A oni traktują nasz strach jako przyzwolenie, a nawet zachętę. No bo brak sprzeciwu oznacza zgodę?

Za to nigdy nie spodziewałabym się tego. Wiek 28 lat. Mężatka. W rodzicielskim dorobku dwoje dzieci. Zapisałam się na kurs prawa jazdy. Co ja, kurwa, tam przeszłam. Moim instruktorem był stary, zboczony dziadek, który wiedział ile mam lat, że mam męża i dzieli. Zaczęło się subtelnie - od łapania mojej ręki na kierownicy. No trochę dziwne, bo dlaczego nie łapie kierownicy w pustym miejscu? Moje pierwsze godziny za kółkiem nie dawały mi jakby pozwolenia, żeby facetowi napyskować, za to że łapie kierownicę w trakcie nauki jazdy. Celowo ubierałam się w swetry over size pod samą szyję i zakrywające tyłek, aby nie zwracać na siebie uwagi, ale to i tak mnie nie uchroniło przed zrytym łbem tego faceta. Zaczęły się teksty nawiązujące do seksu analnego, bo gdy wrzuciłam zły bieg, to krzyczał: "Nie ta dziurka", albo "Jak będziesz przodu pilnować, to ci dupkę urwą". Zerkałam na gościa z niesmakiem i modliłam się aby kolejna lekcja dobiegła końca. Gdy jechaliśmy jakąś polną drogą, śmiał się, że w krzaczki pojedziemy innym razem. Zaczęłam dopytywać innych kursantek jak to jest u nich i wszystkie potwierdzały, że też muszą wysłuchiwać sprośnych żarcików i zboczeństw, ale tak jakby każda przyjęła to, że tak po prostu musi być. Kompletnie nie wiedziałam jak mam reagować. Udawałam, że go nie słyszę. Myślałam, że jak zobaczy brak zainteresowania, to da sobie spokój, ale nie, było jeszcze gorzej. Z czasem niby to chciał szybę z mojej strony odsunąć/zasunąć i przy tym uwalał się swoim cielskiem na mnie. Ja już na drzwiach siedziałam sparaliżowana i tak jeździłam siedząc przytulona do drzwi. Zaczął mnie poklepywać od czasu do czasu po udzie. Żałuję, że gdy złapał mnie za kolano nie zatrzymałam się na środku jezdni i nie zostawiłam go w tym samochodzie, a potem nie udałam się wprost na komisariat. Gdy żaliłam się bliskiej osobie, szukając wsparcia, usłyszałam, że to nic nie da, że pójdę na policję, bo tam mnie tylko wyśmieją, bo łapanie za kolano to jest nic. A jeszcze tylko sobie problemów narobię, bo taki instruktor to mi już na pewno załatwi, że tego egzaminu na pewno nie zdam. Zaczęłam robić coraz większy szum i mówić głośno do innych kursantów o zachowaniach instruktora, a przy nim wywracałam oczami i syczałam pod nosem na te jego teksty. Odczepił się, ale zrobił się tak cholernie wredny. Nagle w ogóle nie umiałam jeździć, wszystko nagle było źle. Dotrwałam do końca kursu i jeszcze przed egzaminem dokupiłam sobie 10 gdzin jazdy w całkiem innej szkole, gdzie czterej panowie nauczyli mnie jeździć bez molestowania. Czterech facetów po 40stce, 10 godzin jazdy i ani jednego zboczonego tekstu czy niestosownego zachowania! Całkowity profesjonalizm! Tak właśnie być powinno.


Po przeprowadzce, czyli całkiem w niedalekiej przeszłości, jakiś idiota idąc z kumplem, krzyknął do mnie: "Daj cycka!". Odwróciłam się za nimi i już się we mnie gotowało. Chciałam im nagadać o traktowaniu kobiet, o molestowaniu, uświadomić, że to karalne, ale ugryzłam się w język.

I uwaga, uwaga. Świeża sprawa. Mam 31 lat. Gdyby jeszcze rok temu ktoś mi powiedział, że w tym wieku mogę paść ofiarą molestowania, to bym go zabiła śmiechem.  A jednak. Wyszłam odebrać syna z przedszkola. W biały dzień, rzecz jasna, godzina 15. Zahaczyłam o sklep osiedlowy w celu zakupu pieczywa. Udając się do kasy, napatoczyłam się na dresika, na moje oko przed 40stką, będącego pod wpływem, który właśnie wchodził do sklepu i patrząc na mnie, wydał z siebie okrzyk: "Ulala!". Ominęłam z gracją Pana  szerokim łukiem i zajęłam miejsce w kolejce. Pech chciał, że owy facet wziął tylko piwo i stanał w tej kolejce zaraz za mną (odsunęłam się od niego maksymalnie), po czym zaczął wykonywać intensywne ruchy naśladujące kopulację i chyba się masturbował. Widzieli to wszyscy w kolejce z ekspedientką na czele, a ja chciałam zapaść się pod ziemię. Nikt nie zareagował. Ani mężczyzna stojący za tym facetem, ani ekspedientka. Pani na ksaie zamiast szybko wydać mi resztę, zaczęłą gapić się na tego gościa i tak zerkała raz na niego, raz na mnie. Ze łzami w oczach wybiegłam ze sklepu, zerkając za siebie czy zboczeniec nie podąża za mną. Mało tego, na odległości kilkuset metrów, w okolicy innego sklepu, dosłownie kilkanaście sekund po tym zdażeniu spotkało mnie to:

Mężczyzna około 50tki wychodzi ze sklepu, patrzy na mnie i rzuca tekst: "Ale pani jest ładna, musimy pójść robić intymne rzeczy". Nawrzeszczałam na niego, że zadzwonię na policję i uciekłam zapłakana do sklepu. Byłam tak podenerwowana, że gdyby się napatoczył wówczas trzeci taki inteligentny inaczej, to pewnie za racji na chwilową niepoczytalność, wyskoczyłabym na niego z pazurami.

Czasami w przejściu pod jednym z bloków przesiaduje grupka młodych pijaczków. Jeden uparcie mówił mi dzień dobry. Nie patrzę nawet w ich kierunku. Omijam ich łukiem, bo tyle potrafię. Już mi nie mówi, ale kątem oka widzę jak się gapi.


To tylko kilka sytuacji jakie zapadły mi w pamięć, ale opisując to nawet dziś, po tylu latach, trzęsę się ze złości i bezsilności.


Jak reagować? Jak powiem "spierdalaj", to dostanę w pysk i to w najlepszym dla mnie wypadku. Może gdybym miała 170 cm wzrostu i 70 kg wagi, to byłabym bardziej odważna.  Ale przy moim metr pięćdziesiąt w kapeluszu, chyba tylko pozostaje cichy slalom pomiędzy zagrożeniami i przyspieszony chód.


Podzielcie się, proszę,  w komentarzach własnymi doświadczeniami lub tymi, którymi byliście świadkiem. 


Akcję #metoo uważam za bardzo potrzebną. Boję się jednak, że poprzez jej nadużywanie przez niektórych, zostanie ona traktowana mniej poważnie. Nie uważam absolutnie, że kobieta, która idzie na spotkanie z reżyserem, producentem w hotelu i zostaje tam zgwałcona,  jest sama sobie winna, ale ona powinna się spodziewać co ją tam może spotkać. Bo nikt normalny nie umawia się na spotkanie biznesowe w pokoju hotelowym. 


Przerażają mnie komentarze: "Powinna się cieszyć, że ją molestują. Jak będzie stara to będzie chciała, żeby ją zgwałcili, ale wtedy już nikt nie będzie chciał tego zrobić". I wiele wiele innych, temu podobnych tekstów.


Strasznie żal mi facetów, którzy mylą flirtowanie z molestowaniem. Rozpaczają, że na kobietę teraz spojrzeć nie można, bo zaraz szum, że molestowana. Jacy niektórzy są pustogłowi. Serio myślicie, że powinnam się cieszyć z tych wyżej opisanych przeze mnie sytuacji jakich od dzieciństwa doświadczyłam? Tak wygląda adorowanie kobiety? Boże! Gdzie my żyjemy. Zaczynam rozumieć fascynację Polek przedstawicielami kultury arabskiej. Nie umniejszając przy tym Polakom, ale Panowie... w sprawie podrywu i zmysłowości raczkujecie. Przykro mi.


poniedziałek, 20 maja 2019

"Bez litości"

Obejrzałam wczoraj film.
Wiele było filmów po których nie mogłam zasnąć bo przeżywałam fabułę, ale to pierwszy film, po którym miałam koszmary.

"I Spit on Your Grave" (2010)





Znalezione obrazy dla zapytania I Spit on Your Grave (2010)
 "Bez litości"

Opisując krótko - brutalnie zgwałcona pisarka mści się na swoich oprawcach.



Uważam że jest to film obowiązkowy dla każdej kobiety, każdego mężczyzny, każdego sędziego. Każdy bez wyjątku powinien go obejrzeć.

Chciałabym w tym miejscu również przytoczyć link do mojego tekstu z listopada 2018, a właściwie mojego sprzeciwu odnośnie gwałtu -  "To nie jest zgoda"
Ale jedno Wam powiem. Trąbić to ja sobie mogę do ludzi normalnych. Normalny, zwykły, przeciętny facet wie, że się nie gwałci. A już psychol i zwyrodnialec... on też wie, ale ma to w dupie!

Dalej może być trochę wulgarnie i chaotycznie, wybaczcie. Jestem ciągle roztrzęsiona i delikatniej nie potrafię, ale i  nie chcę.


Łzy ciągle napływają mi do oczu i z jednym pogodzić się nie mogę - że my kobiety jesteśmy fizycznie słabsze od mężczyzn i to już nie chodzi o zemstę, tylko o to aby w ogóle do takich sytuacji nie dochodziło.  

Nie godzę się również na to, że mężczyzn się często usprawiedliwia poprzez ich "naturę". 
Mężczyźni zdradzają - no nóż... natura nie stworzyła ich do monogamii. Psychologowie, seksuolodzy trąbią jaka monogamia jest nienaturalna. Natura chciała aby mężczyzna dla przedłużenia gatunku zapładniał jak największą liczbę kobiet. To przecież takie naturalne i oczywiste. Tak wiem kobiety też zdradzają. Czemu nie? Przecież monogamia to przeżytek. Jest niemodna. Tylko na jedno chciałabym zwrócić uwagę. Gdy mężczyzna zdradza to się go usprawiedliwia. A to że żona niedobra, a bo seksu nie chciała, albo nie chciała konkretnej fantazji erotycznej spełnić, a bo się zapuściła, roztyła się po ciąży, stała się nieatrakcyjna, a bo był pijany, a przecież po pijaku to nie zdrada. Można by tu w nieskończoność powody wymieniać. A kobieta która zdradza? "Kurwa", "dziwka", "szmata"... W sumie to nikt nawet nie pyta dlaczego. "Przygód się suce chciało"- ot tyle.
Casanova - mężczyzna swoją wartość może pokazywać i chlubić się nią poprzez zdobywanie (czyt. zaliczanie) kolejnych partnerek i to jest przecież ok. W odwrotnej sytuacji już to tak nie działa. Kobieta, która miała kilku partnerów seksualnych, to przecież wciąż puszczalska dziwka. I nie chodzi mi tu o walkę o równouprawnienie, bo ja nie uważam się za feministkę. Dla mnie po prostu każdy człowiek, bez znaczenia jakiej płci, który się puszcza jest dla mnie nieszanującym się, niedojrzałym emocjonalnie, pustym człowiekiem. 
Mężczyzna nie potrafi żyć bez seksu. No przecież to takie oczywiste. To przecież jak oddychanie. Jak się nie spuścisz to umrzesz przecież.

Natura, natura...

Natura stworzyła nas fizycznie słabsze od mężczyzn. Dla przedłużenia gatunku? Tak na wszelki wypadek? Jakby któraś nie chciała zostać zapłodniona? I PYTAM TERAZ - CZY NA TAKĄ NATURĘ SIĘ GODZICIE? 


Gdzie w tym wszystkim miejsce na miłość? Czy natura w ogóle przewidziała coś takiego jak miłość i szacunek do drugiego człowieka?



Wierzę, że istnieją mężczyźni wartościowi i nie chce wkładać wszystkich do jednego worka. Nie traktujcie, Panowie, moich tekstów jako atak na Was, bo to nie o to chodzi.
Wiem zaraz zlecą się osobniki opisujące jakie kobiety są złe i jakie z nas są ziółka. I ja nie zaprzeczam, bo kobiety też są różne. Ale zamiast wieszać psy na płci przeciwnej starajmy się być lepszymi ludźmi - każdy bez wyjątku. Szanujmy siebie na wzajem i rozmawiajmy, bo to bardzo ważne.


Wracając do tematu,
Mam wrażenie że ludzie zapominają o jednej ważnej rzeczy. Koszmar zgwałconej  kobiety to horror, który nie kończy się w momencie osiągnięcia zaspokojenia przez sprawcę. 

środa, 15 maja 2019

Kilka zdjęć ;)

Mam tyle myśli w głowie, chciałabym tyle napisać, że nie wiem od czego zacząć. To chyba jeszcze nie jest ten dzień na pisanie, dlatego ten wpis będzie bardziej fotograficzny niż tekstowy. 
Pozdrawiam! :*



Urodzinki Faustynki



 Święta Wielkanocne



 I odrobina słodkości ;)

Daktylowe kulki


 Mleczna kanapka


Ciasto szpinakowe z galaretką


Torcik cytrynowy z galaretką na spodzie z biszkoptów


Ciasto tofi z  kokosem


Ciasto orzechowe z kremem waniliowym i tofi



Szarlotka