Pokazywanie postów oznaczonych etykietą (Pra)babcia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą (Pra)babcia. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 marca 2025

Rozżalona

To nie będzie lekki i przyjemny wpis.


Babcia męża w ostatnich tygodniach bardzo źle się czuje i wręcz nie daje rady wstać z łóżka. Niedługo skończy 80 lat, a nigdy o siebie nie dbała, nie diagnozowała się, nie badała, lekarzy odwiedzała tylko po Lorafen i całe życie Eluni zaglądała do dupy i we wszystkim wyręczała, sprzątała, gotowała, prała,  dbała o ogródek i przydomowe grządki oraz o zwierzęta w gospodarstwie domowym swojej córki i zięcia, wychowała jej troje dzieci, wyhodowała właściwie, bo z wychowywaniem to nie miało za wiele wspólnego.

Teraz nie ma jej kto szklanki wody podać, ani zawieźć do lekarza.

Wszyscy liczą na mojego męża. 

Jego cudowna rodzinka wymyśliła sobie, że mamy ich wszystkich dochowywać.

Agnieszka umyła ręce. Powiedziała, że ona ma swoje życie i się nie będzie nikim opiekować, mimo że z nimi mieszka i do rachunków się nie dokłada. Rodzice chcieli ją przekupić zapisując na nią dom i pola rolne, ale się nie dała. Powiedziała nie i już. Znowu ma jakiegoś faceta, dzieci nie planują. Teoretycznie mogła by babkę chociaż zawieźć do lekarza.

Z resztą co to kurwa ma być w ogóle? W ich domu jest czworo dorosłych ludzi z prawem jazdy i samochodami! I nie ma kto babki do lekarza zawieźć. Choć w zasadzie Claudii nie ma co liczyć, bo co prawda prawko jej w grudniu załatwili, ale wjechała w ganek, odpadł cały zderzak,  a ona uciekła do pokoju i nie wyszła z niego ponad dwa miesiące.  Oni serio myśleli, że Claudia będzie jeździć samochodem po tych wszystkich psychotropach?

Tam są tak naprawdę trzy babki potrzebujące opieki - babka, lat niespełna 80, moja teściowa, lat 61 i siostra męża, Claudia, lat 23 i jeden dziadek - mój teść, lat 64. Ponoć też coś u niego kiepsko ze zdrowiem i zaczął się robić problem, bo kto się tym wszystkim zajmie.

Dlaczego wcześniej o tym nie myśleli? Mogli inaczej kierować swoim życiem.

Ja nawet dwa lata temu się zastanawiałam jak to będzie:


Nas się teraz doczepili.

Oni myślą, że mój mąż rzuci pracę i będzie im tyłki podcierał, po lekarzach woził, zakupy robił, drewno rąbał i do pieca podkładał? Przecież to odległość kilkunastu kilometrów.  Musiałby się tam przeprowadzić, bo znając wymagania mojej teściowej, to na wielkich zakupach dwa razy w tygodniu się nie skończy. Przecież ona sobie w piecu nie napali, ani drewna nie przyniesie, bo by ją przewiało!

No na litość boską, babka jej przecież farelkę do kibla nosiła, żeby nagrzać, bo od okna ciągnie!


Oni pewnie myślą, że ja wszystko rzucę, bo przecież moje życie jest nieistotne.

Ja mężowi wczoraj powiedziałam, że na mnie niech nie liczą po tym jak mnie traktowali.

On im powie jak będą mnie w to chcieli uwikłać, że ja nie mam samochodu, żeby do nich codziennie jeździć. Tłumaczę mu, że to przecież nie jest przeszkoda. Autobus, a na miejscu może mi dadzą kluczyki, żeby ich obsłużyć, a potem autobus i do domu. 

Uważam, że powinien powiedzieć jak jest. Teściowa niemal doprowadziła mnie do samobójstwa i ja jej tego nigdy nie zapomnę i mąż powinien jej to uświadomic, a nie kręcić i się wymigiwać! 

Mój mąż nie jest typem człowieka empatycznego, wrażliwego, współczującego, więc nie wydaje mi się, że tak łatwo ruszy im na pomoc. Notabene nawet gdy najbliższa osoba - żona miała 41 stopni gorączki, nie wziął urlopu, ani nawet nie zwolnił się wcześniej z pracy, żeby pomóc zająć się małymi jeszcze wtedy dziećmi, gdy ja nie byłam w stanie ustać na nogach. A moje bóle endometrialne przez które nie mogłam normalnie funkcjonować, traktował jak fanaberie i porównywał do swojej matki. 

Zdziwiłabym się gdyby teraz rzucił wszystko i pojechał do rodzinnego domu. Oj, zdziwiłabym się.

Nie zabronię mu, ale byłby to dla mnie potężny policzek i dowód na to, że nigdy nie byłam dla niego ważna.


Gdyby nie pandemia, nigdy bym się od tej popapranej rodziny nie uwolniła!

Jestem przez tych...ehhh...gryzę się w język, żeby ich nie wyklinać,

już na trzeciej terapii!

Jestem wrakiem człowieka!

Próbuję się podnieść, zacząć normalnie żyć, ale jest mi cholernie ciężko po tym wszystkim czego w życiu doświadczyłam.

Po 13 latach siedzenia z dziećmi w domu zaczęłam wychodzić z mężem na randki. Za nami dwa koncerty w filharmonii.  

Wiecie co Aga mojemu mężowi powiedziała? 

"-Po co nam randki na stare lata?!"

Bo kurwa od dnia ślubu nigdzie nie wyszliśmy?! Może kurwa dlatego?! Przez 15 lat życia nigdzie nie byłam, tylko dzieci, dom, gary i terapie!

wtorek, 5 stycznia 2021

Intensywność ostatniego miesiąca

W ciągu ostatniego miesiąca wiele się wydarzyło. Znając mnie, już pewnie połowy nie pamiętam, więc wybaczcie jeśli coś gdzieś będę w późniejszym terminie uzupełniać.

W którymś z ostatnich wpisów, w komentarzach przewinął się temat o mojej teściowej. Staram się nie wracać do niej i całej tej udanej rodzinki, może nie tyle dla mojego komfortu psychicznego, bo szczerze to mi to lotto co z nią i u niej, bo mnie to już nie dotyczy bezpośrednio, nie szkodzi mi fizycznie, ale bardziej o komfort czytelników. Po prostu mi się wydaje, że już nikt nie chce o niej i jej schizach czytać. Pojawiają się też komentarze, że wywlekam na światło dzienne brudy z ich życia, a to nie moja sprawa i że to ja jestem popierdolona skoro o tym pisze. Może nie do końca mogę się z tym zgodzić. Może popierdolona to i jestem. Jednak wydaje mi się, że takie sytuacje warto jest naświetlać, bo tacy ludzie i takie historie istnieją i może warto było by uczulić społeczeństwo na taki problem. Może kogoś to uchroni od popełniania moich błędów. Życie nie zawsze jest różowe. Potrafi przybrać wszelkie barwy, również te najbardziej ponure szarości i czernie.

Jednak teraz muszę od czegoś zacząć, no i niestety wstęp będzie dotyczył sytuacji w rodzinnym domu mojego męża. Wybaczcie.

Końcem listopada dodzwoniła się do mojego męża jego babcia (matka mojej teściowej). Miała jakieś problemy z telefonem, ale koniec końców gdy wyjęła i włożyła baterię to komórka wystartowała. Płakała. Możecie się domyśleć dlaczego. Jest źle traktowana, wyrzucona na górę do usługiwania Agnieszce jak ta we wrześniu poszła do szkoły, a że sobie nie poradzi nawet ze zrobieniem kanapki czy herbaty, to musi mieć służącą. Matka mojego męża zabarykadowała się na dole razem z Claudią, nie wychodzą nawet na podwórko  tylko zakupy przez okno odbierają (od początku pandemii). W korytarzu jest zrobiona "śluza antycovidowa" z grubych folii i taśm, aby Agnieszka nie musiała już wchodzić do swojego pokoju z podwórka po drabinie na pierwsze piętro. Z resztą babcia (75+), która od września zajmuje się Agą pewnie nie była by już w stanie tak po drabinie latać. Teść nadal mieszka w kotłowni!!! Nie wolno mu wejść do domu nawet tą śluzą na górę. Autentycznie ten facet śpi na dechach pod piecem w kotłowni od marca. Babka i Aga też nie mają wstępu na dół. Zostały bez kuchni i bez łazienki. Teść we wrześniu miał wykańczać na szybko łazienkę. Kupił prysznic, potrzebne rury, ale, że ma słomiany zapał, to nic nie zrobił, choć chyba miał wtedy przyzwolenie wchodzić śluzą czy po drabinie na górę. Wojny tam są straszne. Możecie sobie wyobrazić i te wyobrażenia pomnóżcie jeszcze przez 10. Dobrze, że babka ma naszą kuchenkę elektryczną na dwa palniki i czajnik elektryczny, to przynajmniej sobie i Adze coś ugotuje i herbatę zrobi. Ma też starą lodówkę z naszego mieszkania. Tylko że pranie od marca robi w rękach, bo pralka jest zepsuta. Chcieliśmy jej po kosztach odsprzedać naszą pralkę, bo mąż miał ochotę kupić pralko-suszarkę, ale teściowa się nie zgodziła, żeby "ruda suka" nie miała lepszej niż ona. I babka musiała się męczyć 9 miesięcy z ręcznym praniem. Gdy się wreszcie dodzwoniła, żaliła się na to wszystko, na swoją córkę, na wnuczki, na ręce zdarte do krwi od proszku. Na to że Aga ma wymagania nieadekwatne do sytuacji. "Rzuca ubraniami po żyrandolach" i nic ją nie obchodzi. Ma mieć uprane, uprasowane, wypachnione. Zabiera się i jedzie do chłopaka, wraca za tydzień, rzuca babce brudy, każe prać, bierze nowe i wybywa z domu. Babcia zapytała czy może się do nas wprosić na święta. Zdziwiliśmy się, bo niby tak się boją covida, ale widać już była zdesperowana. Oczywiście się zgodziliśmy.  Nawet mąż włączył na głośnik i dzieciaki mogły z prababcią porozmawiać, ona obiecała że przyjedzie z Agnieszką. Dzieci bardzo czekały, szczególnie Faustynka. 

Przygotowywaliśmy się na Święta Bożego Narodzenia, że będziemy mieć gości. Zrobiłam większe zakupy, bo byliśmy pewni, że w pierwszy dzień świąt babcia z Agą i być może jej chłopakiem przyjadą. W wigilię o 12 mąż zadzwonił do Agnieszki zapytać jak sytuacja, czy przyjadą na święta. Powiedziała, że przyjadą dzisiaj.  To jeszcze w ostatniej chwili pobiegłam do sklepu po dodatkową porcję pierogów i prezenty pod choinkę dla gości. Już ciasta nie znalazłam, bo same ostatki pozostawały, a też nie chciałam szukać po całym mieście, więc po powrocie do domu upiekłam na szybko placek cynamonowy z jabłkami i bakaliami, który przełożyłam konfiturą i oblałam polewą z czekolady. Okazało się, że teściowa na Wigilię ich nie puści. Agnieszka dzwoniła i płakała, że nie będą mieć w domu Świąt, Wigilii nie będzie, a stara ich nie puści, bo nie wykończy. Wojna straszna się z tego wywiązała. Oczywiście wina nasza. Teściowa się kończy, umiera, Świąt nie będzie, wszystko przez "rudą kurwę". Ruda to ja jakby kto nie wiedział.  Mąż jeszcze dzwonił do babki, ta się wykręcała, stwierdziła, że może po Wigilii na chwilę przyjadą, po czym więcej nie odebrała telefonu.  To i tak dobrze, że nie nagotowałam podwójnej ilości jedzenia, ale i tak zostało nam żarcia od pierona, które jedliśmy do Sylwestra. Nie mam żalu o tą sytuację, ja po prostu tego nie rozumiem i szkoda mi naszej Faustyny, która tak tęskni za prababcią i tak wyczekiwała jej przyjazdu. 

Z kolei druga babcia mojego męża (85 l.) kilka tygodni temu trafiła do szpitala. Nie miała covida, więc ją przyjęli. Okazało się że ma guzy w głowie. Gdy po trzech tygodniach miała ze szpitala wyjść i zostać przewieziona do specjalistycznego ośrodka, okazało się że w szpitalu zarazili ją covidem. Teraz jest w ciężkim stanie.

Młoda ma bóle brzucha, głowy, czasami mam wrażenie, że wszystkiego. Początkowo myślałam, że to PIMS - powikłania po covidzie. Robiliśmy badania. Jest zdrowa. Czeka ją jeszcze USG brzucha na dniach, ale jestem pewna, że wszystko jest w porządku, a to są nerwobóle.  

Niedawno Faustynka miała prawdziwy napad paniki. Jakaś koleżanka w przedszkolu powiedziała do niej "umrzesz" i córka w domu zaczęła zadawać pytania o śmierć prawie się przy tym dusząc. Mi było słąbo jak na to patrzyłam i próbowałam daremnie uspokoić. Nic nie pomagało. Dopiero mąż wpadł na pomysł opowiedzenia jej o aniołkach, niebie, Bozi... pomogło. Uspokoiła się. 

Wróciliśmy do Kościoła. Mówiąc dosadniej nawróciliśmy się. Codziennie się modlimy o zdrowie brzuszka, uczestniczymy w Mszach Świętych. Z Bogiem jest jakoś łatwiej. Można by tu wiele pisać.

Nasza córka ma prawdopodobnie początki depresji, którą sytuacja z pandemią uwidoczniła. Jesteśmy po dwóch spotkaniach z psychologiem, bardzo dobrym psychologiem, choć nie dziecięcym. Problemy w przedszkolu są prawdopodobnie przykrywką do głębszych przemyśleń naszego dziecka. Niestety duży wpływ na to jaka stała się nasza córka miało mieszkanie u teściów, kontakt z nimi, obserwacja tych wszystkich irracjonalnych zachować i awantur i to, że my sami jako rodzice przesiąknęliśmy tą chorą atmosferą. I nawet jeśli nie powielamy schematów i błędów, to jednak to w nas siedzi, a dziecko to czuje. Wszyscy nadajemy się na terapię. Powiedziała, że jeśli my, rodzice  się wyleczymy, to i dziecku przejdzie. Podejrzewam, że to łatwe nie będzie i potrwa zapewne kilka lat. Ja już próbowałam terapii przez ponad półtora roku i szczerze to nic we mnie to nie zmieniło. Po prostu miałam się komu wygadać z bieżących spraw. Wiem, że jestem WWO i w pewnym stopniu skrupulantem, ostatnio dowiedziałam się, że mam osobowość obsesyjno-kompulsywną. Wszystko się zgadza. Córka ma to samo. Trochę genetycznie, trochę przejęła być może z mojego zachowania. Trochę zaczerpnęła z hipochondryzmu mojej teściowej i strachu o siebie od mojego męża i voila. Wszyscy jesteśmy bardzo skrzywdzeni przez życie. Z każdej strony dostaliśmy po dupie. Zarówno ja jak i mąż mamy toksyczne, psychicznie chore matki, które przez uzależnienia od psychotropów nie miały za grosz empatii, miłości i powiązania z własnymi dziećmi. Mąż był w o tyle lepszej sytuacji, że miał babcię i może dzięki temu aż tak bardzo się to wszystko  na nim nie odbiło niż na mnie, ale przejął inne schizy. Już jako kilkulatek znał wszystkie możliwe choroby i suplementy.  Z kolei gdy ja się uwolniłam z jednej toksycznej relacji z moimi rodzicami, to wpadłam z deszczu pod rynnę do teściów i to też nie było obojętne dla mojej psychiki. Ja właściwie już to wszystko wiem od dawna, ale cieszę się, że mąż to usłyszał od kogoś innego niż ja i przyjął do wiadomości. Myślę, że jesteśmy na dobrej drodze.

Psycholog zaleciła całkowicie zerwać kontakt z rodziną męża. Hurra!!!


Nie wiem co jeszcze chciałam napisać.

Święta spędziliśmy kameralnie w bardzo miłej i spokojnej atmosferze. Może dorzucę niedługo kilka zdjęć  :)

Pozdrawiam i całuję poświątecznie! :*


Wrzucam:








Szczęścia w Nowym Roku!


-------------------------------------------------------
Dopisane 10.01.2021:

Dowiedzieliśmy się dzisiaj, że w nocy babcia męża (85 l.), ta która miesiąc temu trafiła do szpitala ze zmianami nowotworowymi zmarła :(


czwartek, 25 czerwca 2020

Z dziennika hipochondryka

W ostatnim wpisie napomknęłam coś o sytuacji u teściów, jednak należało by tu wyodrębnić całkiem nowy post. Nie pisałam Wam wcześniej o tym co się u nich dzieje, bo niespecjalnie mnie to obchodzi. W końcu nie mieszkam tam od prawie dwóch lat i cieszę się własnym życiem oraz tym, że już ich oglądać nie muszę.

Tylko tam się takie cuda wyprawiają... Ja w tym żyłam, więc mnie to nie dziwi. To jest bardzo ciekawe jak ludzka psychika może być zjebana uszkodzona.

Otóż.
Nie od dziś wiadomo, że moja treściowa jest hipochondryczką. Prawdziwą lub udawaną. Tego nie wiemy. Tak jej w każdym bądź razie wygodnie, bo nie musi wychodzić z domu, a  teraz to już w ogóle luz.

Tylko, że...
Od początku epidemii mój teść ma zakaz wstępu do domu. Całkowity zakaz wstępu. Drzwi są zamknięte na klucz i nikt do domu nie wejdzie. Nikt. Nie wejdzie, ani nie wyjdzie. Moja teściowa, babka i Claudia siedzą w domu od czterech miesięcy, nie wychodząc nawet na podwórko. Mój teść od prawie czterech miesięcy mieszka w kotłowni. Tak, w KOTŁOWNI. Codziennie tylko zakupy podaje przez okno w kuchni, które babka odkaża. Teściowa do kuchni nie wchodzi. Potrafiła się ustawić. Nie mówcie, że nie. Babka teraz jej herbatki, śniadanka, obiadki, wszystko do sypialni zanosi, bo Elunia bidna i by ją wirus zabił. Chociaż raz jest tak, za chwile się chlają. Cuda się tam wyprawiają.
Teść w kotłowni ułożył kilka desek na których śpi. Dobrze chociaż, że ma tam starą kuchenkę, to chociaż sobie jajka z kurnika usmaży. Nie kąpie się, bo nie może wejść do domu do łazienki. Mój mąż mówi, że nie da się już obok niego przejść, taki zapach. Ubrania też ma nie wyprane. Tyle co się w jakiejś misce wymyje, ale co to za mycie. Z ubikacji nie skorzysta, chodzi do lasu. No cyrk, no cyrk. 

Agnieszka toczyła wojny, bo jej w domu nie da się utrzymać. Musiała po drabinie wchodzić na pierwsze piętro do swojego pokoju, żeby nie przynieść na parter Covidu. Chciała czy to pójść pod prysznic czy do kuchni zjeść, to dantejskie sceny się odbywały. Nie wiem wszystkiego, bo nie widziałam, ale mogę się domyślać co tam się działo. A że Agnieszkę znam już ładnych parę lat, to wiem że nie odpuści i jestem pewna, że i do rękoczynów tam dochodziło. 
Dwa tygodnie temu wyniosła się do swojego chłopaka i mieszkają u jego rodziców. Twierdzi, że na stałe.

Misiu jest najmłodszy z rodzeństwa i rodzice pewnie będą go chcieli zostawić do domu. Jego starszym braciom i siostrom, a trochę ich ma, pozapisywali działki, pomogli wybudować domy i  został tylko Misiu. Nie wiem jakie mają plany. Pożyjemy zobaczymy. Są młodziutcy. Przed Agnieszką jeszcze rok szkoły średniej. No chyba, że rzuci to w cholerę i jak tylko zostaną otwarte granice to wyfruną z kraju. Kto wie. Może być różnie. 
Czuję, że ona to już planowała wcześniej. Tak wcześnie prawko zaczęła robić. Od babki pieniądze wysępiła, najpierw na kurs, egzaminy, dodatkowe godziny jazdy, potem na samochód. Ona też jest cwana. Jeszcze na pewno nie raz wróci po pieniądze. A babka daje, bo Agniesia bidna, bo jej nikt nie da. Oj tak to wszystko wygląda.

A co z Claudią, nie mam pojęcia. Pewnie znowu zamknęła się w swoim świecie.



poniedziałek, 10 lutego 2020

Wakacje się skończyły a życie toczy się dalej

Babcia dzisiaj odjechała.
Stało się  tak jak pisała Niedźwiedzia,  pojedzie gdy zbliży się termin wypłacenia emerytury.

Wiecie co?
Ja wiem, głupia jestem, ale jednak się martwię jak ją tam przyjmą.

Gdy babcia była u nas, moja teściowa w któryś dzień  zasypała mojego męża  bzdurnymi smsami jak to babce po dwa banany pchała, jeden do gęby, drugi pod pachę i deserki podstawiała. Że ja babke buntuję, ale babka na mnie też gadała i mają nagrania i mi je pokażą.  Ona się leczyć powinna, bo pieprzy trzy po trzy. A jego siostra stwierdziła, że lepiej im bez niej i żeby w ogóle nie wracała. A  babcia się o niej pozytywnie wypowiadała.

Dlaczego ja przyciągam takich ludzi, czy raczej  wpadam w takie środowiska?

Czemu nie możemy mieć tak normalnie, tak zwyczajnie. Tylko telenowele by można u nas kręcić.

No nic. Trzeba żyć dalej.

Maciuś się przeziębił, siedzimy dziś w domu.

niedziela, 9 lutego 2020

Chwila prawdy ... ale dopiero jutro

Sytuacja wygląda tak:
Dzisiaj jest już niedziela,  nadal z babcią w mieszkaniu.

W piątek chcieliśmy babcię odwieźć. Gdy mąż zaczął mówić,  że jedzie w kierunku jej domu i zanim jeszcze zaproponował podwózkę,  ona zareagowała "ale ja nigdzie nie jadę" i pozamiatane. Później się tłumaczyła, że  sobie zakupów nie zrobiła.

W ogóle to jakoś bez sensu majaczy, że jakby była niedziela handlowa, to by poszła na zakupy. A to w normalny dzień  nie można? Ona zamierza do niedzieli handlowej czekać? Nic z tego nie  rozumiem.

Trzy dni pod rząd do Maciusia przyszła Pani terapeutka, ale to w ogóle babci nie dało do myślenia, że może przeszkadzać. Dzisiaj znajoma ma przyjechać do mnie z synem i prośbą wytłumaczenia mu czegoś z matmy.

Wczoraj rano mąż  zabrał babcię na zakupy. W sklepie stwierdziła,  że nie  ma pieniędzy.

Korzystając z okazji, że  dorosła osoba się u nas zasiedziała, chciałam porwać wieczorem męża  do kina na "365 dni". Pomimo zasłyszanej zewsząd krytyki, wydaje mi się ten film 100 razy lepszy od Graya. Dlaczego? Wydaje mi się bardziej klimatyczny i zmysłowy. Zerżnięty z Graya? A Gray to niby nie zerżnięty? Przy okazji polecam "9 i pół tygodnia".
Niestety kino nie wypaliło, bo mąż się kiepsko czuł, chyba rozkłada  go jakaś infekcja.

Na noc odprawiliśmy Maciusia do jego pokoju,  mimo  jego wielkich protestów. Miał spać w łóżku Faustynki, a młoda razem z babcią w Maćka łóżku. Babcia miała z nimi urwanie głowy,  bo Maciek chciał uciekać, więc położyła się z nim w mniejszym łóżku gdy Faustynka zasnęła.

Nie sądziłam, że ją to zmobilzuje do powrotu do  siebie, bo tam przecież w gorszych warunkach żyje, ale coś właśnie zaczęła do Faustynki mówić, że jutro pojedzie do domu. Tylko, o zgrozo, mi dziecko namawia, żeby jechało z nią i będzie jutro ryk jak nie pozwolimy. A może to celowe zagranie? Dziecko się rozpłacze, to ona powie że jednak nie jedzie...

No jest nam tu trochę za ciasno. Nie mam nic przeciwko żeby od czasu do czasu babcia przyjechała,  ale właśnie na kilka dni, tak jak planowaliśmy tym razem, że na 4. Babcia miała widocznie inne plany, tylko chyba powinna to z nami ustalać już na wstępie.

Jest mi przykro że ją tam źle traktują, ale co ja mogę więcej zrobić.

wtorek, 4 lutego 2020

Wstrząśnięta nie zmieszana

Mija czwarty dzień kiedy gościmy babcię męża. Nie jest łatwo, pisałam już nie raz jaka ona jest.
Wybierała się do nas już 20 stycznia, ale mąż jej wytłumaczył,  że dzień dziadków w przedszkolach naszych dzieci obchodzimy dopiero w lutym.
Przywieźliśmy ją w ostatnią sobotę. W niedzielę wyprawiliśmy Maciusiowi ósme urodziny.
Boże, jak ten czas leci.
Upiekłam tort.

Jak się okazało,  święto dziadków było trochę pretekstem do ucieczki z domu wariatów. Znowu babcię sponiewierali,  oskubali z pieniędzy i się nie odzywają do niej, chyba że w nerwach ją wyzywają. A najmłodsza w rodzinie posuwa  się nawet do rękoczynów.

Żal mi babci, chociaż nadal pamiętam że ona też była dla nas niedobra i trzymała ich stronę. Niby się opamiętała, ale chyba nie do końca albo ta jej pamięć jest wyjątkowo krótka.  Na początku strasznie najeżdżała na swoją rodzinę,  a nawet, czego jeszcze nie było, powiedziała na swoją córkę (moją teściową) że jest gorsza od niego (mojego teścia). Pomyślałam,  że w końcu  ją oświeciło, ale nie na długo,  bo gdy dzisiaj po występie Faustynki dostała dwie  laurki,  jedna miała być dla nas, powiedziała że ona musi im ją dać, moim teściom. Ja na to, że się nie zgadzam.  Ich tu nie było, nigdy dziadkami dla moich dzieci nie  było, ja nie chcę żeby się teściowa chwaliła, że dostała laurkę.  Babka mi oczywiście przytaknęła i sama stwierdziła,  że  nie  zasługują,  ale potem wszystko pochowała w swoich rzeczach.

Zaczyna mnie męczyć jej obecność.
Ja wiem, wielu nie zrozumie.
Ona przez pierwsze lata dawała mi popalić na równo z teściową. Ja to wszystko pamiętam.

Mamy dwupokojowe mieszkanie. Babcia śpi w  łóżku Maćka, Maciek z nami, ja prawie w ogóle bo on się potwornie wierci, no i zwyczajnie jest nam ciasno. Do tego przeraża mnie wizja przeniesienia go spowrotem do jego pokoju. Znowu czeka nas horror i nieprzespane noce.

Do tego bardzo się boję, żeby babcia sobie nie zaszkodziła. Rzuca się na jedzenie jakby od tygodni nie jadła. Po Maciusiowym dniu dziadków w przedszkolu najadła się ciasta, po którym strasznie wymiotowała i przyznała, że  jej nie wolno słodkiego.  Staram się gotować lekko i łagodnie, ale babcia zjada po trzy porcje, a  mnie ze stresu aż pot oblewa.  Dzisiaj na imprezie u Faustynki tak samo nabrała ciast, ciastek i dokładała, bo jak sama powiedziała chciała wykorzystać.

No i z seksem krucho. No co będę gadać, że nie? Nie ma gdzie, nie ma jak. Po cichutku, cichosza. No ale ośmiolatek śpi z nami!

Jestem zmęczona.
Dobranoc.

niedziela, 8 września 2019

Nie podoba mi się to

Nasze mieszkanie to nie przytułek!
Babka ani nie myśli o powrocie do swojego domu. Siedzi u nas trzeci dzień,  a mąż nie wie co z nią zrobić.
Uważam, że powinien normalnie jej zaproponować, że ją odwiezie, żeby się nie tułała autobusami.
Z resztą jakim trzeba być człowiekiem, żeby nie widzieć albo udawać, że się nie widzi, że tu nie ma miejsca na takie zwalanie się na łeb.
Mówię mężowi, że ją musi odwieźć, a on się czuje bezradny. Czekają nas od jutra dwa bardzo intensywne dni. Nie mogę zmieniać planów, bo się babce uwidziało uciec z domu.
Ma przecież brata kilometr od siebie, który mieszka tylko z żoną w dużym domu. Dlaczego tam się nie zwali, tylko do nas do dwupokojowego mieszkanka.
Matko Kochana, ale mój mąż się czai.

Założę się że w piątek znowu do nas przyjedzie, bo ma RTG.

piątek, 6 września 2019

Szczęście nie może trwać wiecznie

Dla równowagi:
Dzisiaj po godzinie 15stej dzwoni domofon. Odbieram i słyszę: "Nooo... Jestem".
Że co? Że kto?
Babka.
Znowu bez zapowiedzi.

I jak jej tu delikatnie wytłumaczyć, że nie można tak bez uprzedzenia?

Początkowo zrozumiałam, że  tylko na chwilę, że za parę godzin pojedzie, bo gdy syn zapytał czy będzie u nas spała, to powiedziała, że nie, bo nie chce przeszkadzać.

A po jakimś czasie, że poszłaby do apteki, ale że może nie teraz, tylko że może jutro.

Czyli, że zamierza spać.

W rodzinnym domu męża cyrki, wojny, babkę od jedzenia odcinają, nawet chleb jest przed nią schowany, nikt się do babki nie odzywa.

Ja pierdolę.
Jeszcze miesiąc nie minął odkąd od nas pojechała.

No i jeszcze inna, jeszcze bardziej delikatna sprawa. Jak ją zachęcić do dbania o higienę,  a nie urazić?

piątek, 30 sierpnia 2019

Energio wróć!

Hej,
Nie mam ostatnio siły na pisanie. Nie mam siły na nic. Czuję się fatalnie. Nie wiem co się ze mną dzieje. Energia równa  0, a nawet -1. 
Jestem ciągle zmęczona i senna, a przecież nie powinnam, bo syn coraz częściej przesypia całe  noce. Kładę się w okolicach 22-23, a wstaję dopiero o 6-6:30. W nocy budzę się raz, góra dwa. Ostatnio takie super warunki miałam w podstawówce. 
Podejrzewam że to sprawka złej diety. Złej jak złej. Po prostu mój organizm nie lubi niektórych rzeczy, jakie lubię ja. 
Chyba znowu muszę odstawić gluten, mięso i cukier. Tym bardziej że waga ruszyła w górę i mam 2 kg na plusie. 
Prawdopodobnie to właśnie gluten jest sprawcą mojego złego w ostatnim czasie samopoczucia. A ciekawe czy jakbym tak sobie zrobiła badania pod kątem alergii pokarmowych, co by mi tam powychodziło.  Od glutenu zaraz mi się pogarsza stan cery, a zbyt duże dawki laktozy przypłacam biegunką. Może warto by było w końcu takie badania wykonać. 

Wakacje się kończą. W poniedziałek dzieciaki idą do przedszkola. Póki co się bardzo cieszą. 

Z terapeuty Maciusia jesteśmy bardzo zadowoleni. Pani świetnie z naszym synkiem pracuje. To tylko 4 godziny w tygodniu, ale jakościowo mega.  

Dzisiaj miało przyjechać nasze nowe łóżko,  ale okazało się że musimy jeszcze tydzień poczekać. 
Ja sobie nakupiłam w ostatnim czasie paprotek i bawię się w ogrodnika. 
A skoro przy temacie kwiatów jesteśmy, jakie polecacie przy dzieciach? Na razie mam paprocie i zielistkę, a u dzieci w pokoju... miętę (jakby chciały ją zjeść). 


Wracając do poprzedniego wpisu, przeanalizowałam kilka spraw i stwierdzam, że babcia męża wcale nie jest w złej sytuacji, bo ja na jej miejscu sprzedałabym działki i kupiła sobie mieszkanie. To nie jest tak, że ona jest w sytuacji bez wyjścia tak jak ja kilka lat wstecz, kiedy nie miałam nic i jeśli nie męka w tym domu wariatów, jedynym rozwiązaniem (wcale nie dobrym) był dom samotnej matki.

Tylko babcia to już chyba taki typ męczennicy, którego bez dobrej terapii nie da się wyplenić. Ona po prostu nie zna innego życia. Kocha córkę jak każda matka (prawie każda) i chce dla niej jak najlepiej, kosztem choćby własnego życia i zdrowia.


środa, 14 sierpnia 2019

Intensywnie pesymistyczny tydzień.

Jestem.
Fizycznie, bo psychicznie jeszcze nie doszłam do siebie.
Do napisania mam dużo, ale nie wiem czy wszystko pamiętam, bo już w dzieciństwie nauczyłam się szybko wypierać negatywne emocje czy zdarzenia.

Nie było tak źle, choć męcząco, szczególnie dla mojej psychiki, która jest wykończona.


We wtorek mój najdroższy mąż pojechał jak zawsze na 7:00 do pracy i gdy dojechał, mając jeszcze  trochę czasu, zaczął sobie tam trochę ogarniać auto, szyby przecierać, ot taka kosmetyka. Kątem oka rzucił na samochód ojca zaparkowany w innym miejscu niż zazwyczaj i przez chwilę nie dowierzał temu co widzi. Babka.
Zdziwił się, ale podszedł do niej i pyta co ona tu robi, a ona że przyjechała do nas. Szkoda tylko że tak bez zapowiedzi. No ale nic, zanim ją przywiózł zdążył jeszcze do mnie zadzwonić, więc zdążyłam naszego śpiocha - Faustynkę doprowadzić do porządku. 

Też byłam w szoku, bo nic nie zapowiadało przyjazdu babci do nas. Przecież mąż dzień wcześniej rozmawiał z nią przez telefon i ni słowem nie pisnęła o swoich planach.  

A to było tak.

Sytuacja w rodzinnym domu męża była już od jakiegoś czasu napięta. W sumie to zawsze jest napięta. Żadna nowość. W każdym bądź razie pisałam o tej chorej, nieadekwatnej zazdrości mojej teściowej o Panią Krysię i tych wyimaginowanych zdradach urojonych w głowie matki mojego męża.

W poniedziałek rano babcia zrobiła Agniesi kanapki, ona się zaczęła wściekać, że chce bułkę a nie chleb i rzuciła tymi kromkami przez całą kuchnię, domagając się bułki. Teść tłumaczył swojej córce, że nie ma bułek, bo są suche jeszcze z soboty, ale ją to nic nie obchodzi, bo ona ma mieć bułkę. No to przyniósł jej to czerstwe pieczywo, na co ona chwyciła tą bułkę i nią w niego rzuciła. No to on w nią rzucił tą bułką. Gorzej jak dzieci. Parodia.

Babka się na niego nagadała, że ja pierdziu, o to że nie kupił dziecku bułki. Dziecku... Ona ma 18 lat! Teoretycznie mogła ruszyć dupę i pójść do sklepu po tą bułkę, a nie drzeć mordę jak wariat i czekać że ojciec jej tę bułkę wyczaruje spiesząc się rano do pracy. Z resztą skoro dzień wcześniej była niedziela niehandlowa, to mogła sobie wieczorem taką bułkę nawet upiec w piekarniku, bo i tak sklepy były zamknięte, jak chciała na rano mieć. Oczywiście teść jest skurwysyn i cham i lejba i w ogóle wszystko co złe. Agniesia święta.  
Nie mam słów na to wszystko. 

Czarę goryczy przelała kolejna awantura, po której babka zadecydowała, że do nas przyjedzie. Otóż gdy Claudia się darła o to gdzie ma wyprane majtki i babka jej pokazuje, że w komodzie, to ta się ponoć na babkę rzuciła z pięściami i za włosy ją wytargała, obijając o meble,  po czym wszyscy się na babkę obrazili jakby to ona była winna sytuacji. Chociaż kto ich tam wie jak było naprawdę.

I tak we wtorek z samego rana babka znalazła się u nas i opowiedziała to wszystko. Mąż miał tego farta, że sobie wrócił do pracy, a ja słuchałam zszokowana tych rewelacji. 

Babcia już na wstępie zaznaczyła, że by coś zjadła, bo nie jadła w domu śniadania.  Ja zerkam do lodówki a tam oprócz światła tylko parówki  😅 😂
Kompletnie nie byłam przygotowana na przyjęcie gości, ale ugotowałam te parówki, po czym wyszłam na szybkie zakupy. Dzieciaki były tak podekscytowane przyjazdem prababci, że nawet nie zauważyły mojej nieobecności. Jednak zanim wróciłam to babcia zdążyła przeglądnąć zawartość większości szafek. Skąd wiem? Szuflady w komodzie i bieliźniarce były nie po domykane.

Chyba nie lubię niespodzianek. 

Padniecie jakie "prezenty" prababcia wnukom przywiozła.  
Miała ze sobą kilka zabawek, takich drobnych z Kinder Jajek, z HappyMeali i nie byłoby w tym nic niestosownego, gdyby nie to, że to były nasze stare zabawki, które już tam zostały, bo albo były uszkodzone i wyrzucone do kosza, albo zniknęły w niewyjaśnionych okolicznościach. Oprócz tego miała też dwie sukieneczki z lumpeksu i jakieś majtki może z sióstr męża, a może z lumpeksu.

Masakra ile się nasłuchałam na teściów i siostry męża. Mało mi łeb nie eksplodował. Już połowy nie pamiętam. Jeszcze mi się dymi pod beretem. W kółko o tym, że jej nie szanują, że ją wyzywają, a ona tyle pomogła, wszystkie raty im płaci,  a oni tak jej za wszystko dziękują. Stary (mój teść, a jej zięć) wiecznie grosza nie ma i na nią woła.  

Początkowo żal mi babci było i nawet się cieszyłam, że u nas sobie odpocznie, tyle że jej obecność z każdym dniem stawała się bardziej męcząca. A właściwie nie tyle obecność, co jej gadanie - narzekanie, wieczne niezadowolenie i obgadywanie. Ona potwornie obgaduje ludzi. Dowiedziałam się masy rzeczy, które mnie kompletnie nie obchodzą. Większości tych ludzi nawet nie znam. Nie mam też fizycznie czasu na takie siedzenie z nią i wysłuchiwania tego, a ona właśnie tego ode mnie oczekiwała.  Straszna nienawiść od niej bije i to nie tylko przez tą sytuację w domu, ale ogólnie do wszystkich ludzi jest wrogo nastawiona. Obgadała na przykład taką znajomą, że dużo schudła, będzie z kilkadziesiąt kilogramów.  Bardzo mi się to nie spodobało, więc delikatnie się wtrąciłam, że może chorowała i musiała schudnąć. Na to usłyszałam z wściekłością. "Nie! Ona nie choruje. Młódkę chce kropić!". No to ja nie dałam za wygraną i mówię, że przy otyłości na pewno zdrowa nie była. Może miażdżyca, może cukrzyca, to tak nie można zakładać, że każdy jest zdrowy, tylko one schorowane. A ona dalej swoje: "Ona tam ma dyrektora młodego w pracy, to do niego". Ta jasne. Obie z moją teściową wszędzie widzą romanse i intrygi. Rzygać się już tym wszystkim chce. Wellmanowej też wpierały romans z Prokopem, bo razem program śniadaniowy prowadzą.

Swoją drogą to o mnie też pewnie cała miejscowość, w której poprzednio u teściów mieszkaliśmy, trąbi o tym, że mam romans, bo schudłam 😋

W każdym bądź razie próbowałam babcię podnieść na duchu, ale ona jest jednym wielkim zaprzeczeniem. Ty mówisz w tą, to ona w tamtą, Ty mówisz w tamtą, to ona w tą. No po prostu tragedia. A może komedia?

Śmiać mi się chciało, bo czepiła się Faustynki, a właściwie jej jedzenia. Zrobiłam młodej bułę z żółtym serem - porcja ogromna jak na wątłą 5latkę, która ma teraz wakacje i praktycznie nie spala energii.  Dziecina opucowała prawie całość, zostały dosłownie dwa małe kęsy. Babka histeryzuje: "Ty nic nie zjadłaś/ No jedz!/ Ona nic nie zjadła/ Będzie głodna/..." i to nie było jednorazowe, powtarzało się dosłownie przy każdym posiłku przez cały jej pobyt. To taka pierdoła. Myślę sobie, jakoś przeżyję. Niech se pogada. Przeważnie teściowe takie jaja odstawiają, widać przejęła tu tę rolę, jednak jako, że ja gorsze rzeczy ze swoją teściową  przeszłam to takie bzdety mnie nie ruszają. 

W kolejnych dniach już jej się chyba zatęskniło za domem, bo już nie gadała na córeczkę, którą tak na początku obsmarowała, że nierób nic tylko leży i ma dwie lewe ręce, udaje, że słabuje, ale jak skoczy to by zabiła drugiego gołymi rękami tyle ma siły. Na oczy przejrzała tylko na chwilę, bo później włączył się syndrom sztokholmski i już wszystkie były dobre - córunia, Agniesia, Claudusia, tylko mój teść niedobry. 

Jakieś tam drobne uszczypliwości puszczałam mimo uszu, choć na przykład nie spodobało mi się, jak powiedziała, że sobie posprzątam raz na tydzień i mam czysto, bo dzieci od rana do nocy w przedszkolu, to nie ma kto nabrudzić 😡  Po pierwsze kto normalny trzyma dzieci w przedszkolu od rana do nocy? Po drugie przecież widzi, że dzieci mam cały czas w domu, bo mają wakacje. A po trzecie jakbym sprzątała raz w tygodniu, to bym wolała w ogóle nie sprzątać, bo mając czysto tylko jeden dzień w tygodniu nie specjalnie było by widać różnicę. 

Babcia była u nas tydzień z hakiem.
Noo, trochę długo biorąc pod uwagę, że nie mamy dużego mieszkania i babcia spała w łóżku Maciusia w pokoju z Faustynką, a syn musiał spać z nami w łóżku i nie powiem, że było nam wygodnie, bo z takim koniem, to już trochę ciasno. 

Mąż się wkurzył, bo babcia chciała żeby jej jakieś badania odebrał, więc napisałam jej stosowne upoważnienie i mąż z tym pojechał, gdzie ona go pokierowała. Wystał się w korkach w jedną, w drugą stronę. Na miejscu się okazało, że badania są dawno odesłane do tej przychodni, gdzie badania zlecił lekarz.  No to ona zaczęła jojczeć żeby ją tam zawiózł, że ona pójdzie do lekarza się zapytać o te badanie. To jej tłumaczymy, że jej tak z ulicy nie przyjmie, że się trzeba zarejestrować. Ona dalej się upiera przy swoim, że musi pojechać. Chciałam ją zarejestrować, to ona że nie bo to tylko do 16. Było za kwadrans, to przecież i tak nie dojedzie. Nie wiadomo było w końcu co ona chce.

Babcia strasznie narzekała na kręgosłup. Pamiętacie jak pisałam o tym jej ostatnim upadku przed domem? Trochę się wtedy poobijała, ale w szpitalu jej nie chcieli zostawić na obserwacji, bo nic się nie stało, mimo, że ona bardzo chciała i nawet prosiła lekarza. I w kółko to samo, że mimo to ją poniewierają, że wszystko ona musi zrobić, nikt jej nic nie pomoże.  Ale powiedzieć jej, żeby nie robiła, to ona z pretensjami, że jak ma nie robić, jak tam przecież mieszka, musi robić. Ooo... i tyle. Pozamiatane. 
No ale tak niby się źle czuła, taka schorowana i obolała, ale ją nosiło jak diabli i się włóczyć chciała po sklepach, aptekach i na spacery. Ja już rady nie dawałam, szczególnie w sobotę gdy dostałam okres i myślałam że zdechnę, tak się źle czułam. Najgorsze było to, że wszędzie chciała ze mną iść a nie z moim mężem, a to on jest przecież jej wnukiem, nie ja i to raczej on powinien ją oprowadzać po okolicy. W ogóle w sobotę już się trochę obraziła, bo ciągle dopytywała kiedy ona wreszcie pójdzie na swoje zakupy, a męża nie było, bo z synem pojechali kilka technicznych rzeczy kupić  w sklepach bardziej budowlanych. Ja ledwie żyłam i czekałam na chłopaków. Ona zrzędziła. W końcu wieczorem poszła z moim mężem na zakupy. Nakupiła sobie warzyw, owoców i produktów mlecznych, bo ją w domu odcinają od jedzenia, a tam ma za daleko do sklepu. Już była zadowolona.

Młoda się tak rozbestwiła, że ja aż w szoku byłam. Popisywała się przed prababcią, wymuszała, odstawiała, cudowała, nie chciała jeść, kazała się karmić, nie chciała sprzątać. Wszystko było na nie. Nawet kąpać się nie chciała, a przecież to uwielbia. Jakby mi ktoś dziecko podmienił. Ja do Faustynki mówię, żeby pozbierała swoje zabawki, bo jej odkurzacz wciągnie, a ona udaje, że nie słyszy. Zaraz widzę, że babka zbiera zabawki i pytam się córki: "To babcia Ci zabawki sprząta? Jak to tak?". A babcia: "Razem się bawiłyśmy, to razem sprzątamy (szkoda, że bez udziału Faustynki)". Chwilę później dałam Maćkowi odkurzacz żeby swój dywan odkurzył i faktycznie wziął się za to. Zaraz patrzę, a babka mu rurę wzięła i odkurza. Noo... i ona się pyta czemu jej nikt w domu nie szanuje i ona wszystko musi sama robić... No to ma odpowiedź! No ale nic. Kilka dni i pojedzie. Tyle, że gdy kilka zamieniło się na tydzień, to poważnie zaczęłam się martwić, że mi dzieci uszkodzi na stałe. A młoda miała wielkie pole do popisu, bo na każde próby wymuszenia, gdy następowała moja reakcja i te same słowa co zwykle, że "Na mnie to nie działa i nie tędy droga", babcia wkraczała dumie do akcji z tekstem, że "Wszystko dla dziecka". Tak? Wszystko dla dziecka? To niech fundusz założy na rzecz kształcenia/przyszłości/czy co tam jeszcze... skoro wszystko dla dziecka. A jak w któryś dzień córa chciała skakankę żeby jej babcia kupiła albo zegarek w jednym ze sklepów, to ukochana babunia zaczęła rozradzać, że to wcale nie jest takie ładne i że może kiedy indziej w innym sklepie znajdą ładniejsze, to wtedy kupią. Nie żeby chodziło mi o prezenty. Wkurza mnie to bałamucenie i obiecywanie gruszek na wierzbie i ta cała dwulicowość.

A jaki cyrk był, bo Faustynka sobie ubzdurała, że pojedzie do babci na wakacje na 8 dni. Czekaj aż Cię tam ktoś potrzebuje - pomyślałam. A babka jej nie wyprowadzała z błędu, więc dziecko się coraz bardziej nakręcało i już drugiego dnia spakowało ubrania i zabawki do plecaka. Myślałam, że oszaleję, bo próbowałam jej to delikatnie wybić z głowy. 

W niedzielę mąż miał urodziny, więc świętowaliśmy razem z babcią. Zrobiłam imprezę full wypas z konkretnym obiadem, kompotem z sezonowych owoców, upiekłam też pyszny sernik z rodzynkami na owsianym spodzie, przygotowałam sałatkę jajeczną. Oczywiście podczas obiadu Faustynce coś odwaliło i się uparła, że nie będzie sama jadła, potem, że nie będzie jadła przy stole,  potem, że mam ją karmić, zaczęła beczeć i uciekła do drugiego pokoju. Zachowywała się jak nigdy, widocznie widziała, że teraz może. Wkurzyłam się na nią, poszłam za nią i mówię spokojnie, ale stanowczo, że jak tak się zachowuje, to już dzisiaj nie będzie nic innego do jedzenia i że jak nie jest głodna, to zje dopiero śniadanie w poniedziałek. Babcia pobiegła z talerzem za prawnusią. Oczywiście ja wyszłam na wyrodną matkę. Cóż, przyzwyczaiłam się. Większe jaja zaczęły się w nocy, bo babcia najadła się jak na weselu i ją żołądek męczył, niedobrze jej było, na wymioty brało. Jak się okazało lekarz jej zabronił jeść jajka, a ona sobie zapomniała i się najadła. Teraz będzie, że babkę otruć chciałam.  W poniedziałek babcia sobie przypomniała o tym lekarzu i od rana znowu chciała żeby ją zawieźć. Nie rozumie, że mąż jest w pracy, że jak wróci to korki będą, no i przede wszystkim, że musi się umówić bo jej tak lekarz nie przyjmie. W końcu zadecydowałam, że ja zadzwonię i ją umówię. No to ona, że to się nie da tak, że już próbowały nie raz i że nikt nie odbiera, Bo ją tak córka umawia na wizyty, żeby nie umówić. A potem gada, że się nie da.  Ona nie wie jaki lekarz, nie zna numeru. No to jej tłumaczę, że przecież jest wszystko na internecie. Odszukałam, zadzwoniłam, umówiłam termin na drugą połowę września, bo nie było innych terminów. Pani doktor jest cały sierpień na urlopie i po co było tyle jęczeć już od piątku. Dało się? Dało się. Babka jest zamotana, nie wie co, nie wie gdzie. Ma mieć rtg, nie wie kiedy, gdzie, myślała że to wizyta a to prześwietlenie. Masakra z nią. Ma 73 lata. To jeszcze nie jest chyba wiek na taką nieporadność i niesamodzielność społeczną. Tak się uzależniła w tych sprawach od córki, że masakra. Bez jej pozwolenia nie pierdnie nawet.

Po nocnych ekscesach wprowadziłam babci lekkostrawną dietkę, w ogóle to w końcu trzy zupy ugotowałam, bo nie wiedząc jakie babcia ma problemy z wątrobą, w niedzielę na noc namoczyłam fasolę i tak babci ugotowałam delikatną zupę  jarzynową, chłopakom fasolkę po bretońsku, a młodej rosół musiałam specjalnie gotować, bo zdziwiała. Babcia stwierdziła, że nie może jeść fasoli, ale jak zjadła swoją zupę, to i tak dobrała tej fasoli, a ja się bałam że jej znowu coś będzie.  

Wieczorem rąbnęłam sobie kielicha, jak nigdy. Normalnie nie piję wódki nawet okazjonalnie, bo zwyczajnie nie lubię, ale to była wyjątkowa sytuacja po takim tygodniu.

W którymś z ostatnich dni babcia brozpaczała, że ją źle w domu traktują, no i czemu tak jest, no czemu tak się dzieje? Czemu musi wszystko za nich robić? No to jej mówię wprost - "To się zaczęło już jak Ela (moja teściowa) była mała". Ona się jeszcze bardziej rozpłakała: "No bo za to, że nie miała ojca". Tak jej chyba chciała ten brak wynagrodzić. Elka była cwana. U matki wywoływała wyrzuty sumienia gadając, że się z niej śmieją w szkole, że sierota.  Nikt się nie śmiał, bo sierotą nie była, ojca miała, tylko we Francji i była w lepszej sytuacji niż wszyscy jej rówieśnicy, bo miała wszystko co chciała i jeszcze robiła co chciała, bo nikt tego nie kontrolował. No i takie są efekty. Potem się wzięła na sposób i udawała choroby, a babka lamentowała, że "Elunia jest bidna/Elunia słabuje" i wszystko za nią robiła. A i tak Elunia zawsze będzie święta i cacy, bo to jej córka. To już taka toksyczna relacja.

Obgadywanie ludzi nie miało końca, nie oszczędziła nawet naszych sąsiadów, ani całkiem obcych ludzi na ulicy. Wszystko jej nie pasuje. Nawet to jak kto jest ubrany. Ja mam swoje rzeczy do zrobienia, nie mogłam jej adorować non stop, a to obiad ugotować, odkurzyć, zmyć, zakupy zrobić, a to dzieci ogarnąć, wykąpać, okna musiałam umyć, bo co chwile szyby spaprane tłustymi paluchami, a to Pani terapeutka miała przyjść, to trzeba było się w konkretnym  czasie ze wszystkim zmieścić, a książeczki poczytać, a piosenki odśpiewać, pewne stałe rytuały trzeba było odprawić. A babcia w tym czasie przestała w oknie i gapiła na ludzi, których potem do mnie obgadywała. Serio? Takie rzeczy je na co dzień zajmują? Razem z teściową tak mogą całe dnie do nocy przeleżeć w łóżku w sypialni i każdego obsmarować. 

A ile na mnie się nagada do córuni. Niech się tylko pogodzą. Już się na pewno pogodziły, bo listonosz wczoraj emeryturę babce przyniósł i sama mówiła, że musi już pojechać sobie przypilnować, żeby jej pieniędzy nie zabrali, ale też powiedziała, że będzie musiała im od razu dać 300 zł żeby było dobrze, za stówkę sobie jakieś leki pokupi, jeszcze raty popłaci, z reszty Agniesia ją oskubie i zaraz znowu będzie  nienawiść, bo jak jej się kasa skończy, to ją  będą poniewierać.
Na odchodne wypytała się moich dzieci co im kupić jak będzie następnym razem jechać do nich. I po co im robi nadzieję?

Jeszcze cyrk odstawiła, bo mój mąż umówił się z ojcem że we wtorek po południu podjedzie do nas po babkę i miał zadzwonić do mojego męża jak będzie pod blokiem. Ja już przez okno dostrzegłam kiedy podjechał i poinformowałam babcię, a ona leżąc na łóżku założyła ręce za głowę i z uśmiechem na twarzy oznajmiła, że nie pójdzie dopóki nie przyjdą po nią pod drzwi zadzwonić. Brak słów, po prostu brak słów. Jednak gdy teść zadzwonił do mojego męża, to w końcu wstała, zebrała się i poszła.

Boję się tylko, że teraz za każdą kłótnią babcia będzie nas nawiedzać, bo już sobie autobusy obczajała jak dojechać do nas.







piątek, 9 sierpnia 2019

Szok w trampkach

We wtorek z samego rana zaskoczył nas niespodziewany gość
i wygląda na to, że zaczynam mieć tej sytuacji dość.
"Nie czuje  kiedy rymuje" 😃😜

Dobra,
Jestem dziś tak padnięta, że normalnie szok w trampkach.

Może w poniedziałek napiszę więcej, chyba że będę potrzebowała zresetować łeb po tej wizycie, to odezwę się we wtorek.

czwartek, 13 czerwca 2019

Banda debili

Sorry za tytuł,  ale inaczej nie na się nazwać rodziny męża.

Wczoraj jego babcia potknęła się na schodkach przed domem i upadła.  Ból jest tak silny, że nie chodzi. A moi teściowie zamiast wezwać karetkę, dzwonią do nas o 23 godzinie z pytaniem co robić (kilka godzin po upadku)? Już nie wspomnę, że nam zepsuli miłą, zmysłową atmosferę. 

Mąż im tłumaczy, że może być biodro pęknięte i że muszą ją zawieźć do szpitala, a jak nie daje rady wstać, to karetkę muszą wezwać, bo jak ją do samochodu doprowadzą. Teściowa lamentuje  że swojej matki nie puści, może nie trzeba jechać.  Od razu sama "słabuje" i potrzebuje opieki. Nagle już babka chodzi. Ale chce jechać do szpitala. 

Jakie to wszystko głupie. Sama powinna wezwać po siebie karetkę, a nie czekać na pozwolenie córeczki. 

No to kto z babką pojedzie do szpitala? No nikt. Moja teściowa "słabuje", zaraz kopyta wyciągnie, sama w domu nie zostanie, tzn. z córkami, bo jakby długo zeszło i teść by do rana w szpitalu musiał zostać, to kto dwie panny do szkoły wybierze? Boże, mówię Wam, cyrk na kółkach.  No to teścia nie puści. 

Zadecydowali, że MÓJ MĄŻ ma po babkę przyjechać kilkanaście kilometrów, odwieźć do szpitala następne kilkanaście kilometrów, czekać z nią na SORze i przywieźć spowrotem do domu. Nawet się nikt nie spytał, tylko stawiają przed faktem.

Mąż się wkurzył, bo ma na 7 do pracy i powiedział że nie ma mowy na takie coś. Ojciec ma w tym tygodniu drugą zmianę, to może z babką jechać, bo potem odeśpi. No to nie, bo musi rano te młode małpy (siostry mojego męża) do szkół poodwozić. Autobusy są. No to nie, bo one nie pojadą autobusem. To są dziewczyny 17 i 18 letnie. Kopie mamusi.

Mąż trochę ojcu do słuchu nagadał. Ale to jak grochem o ścianę. I tak myśmy zostali skurwysynami. I na pewno to przez rudą sukę, czyli mnie, mój mąż nie pojedzie. 

Skończyło się tak, że babka pojechała karetką sama i pewnie jest ciągle w szpitalu, bo nikt nie dzwoni, żeby ją odebrać. 

A mnie to się wydaje, że już ją tak gryzły, że ona ten upadek wykorzystała, żeby się od nich choć na parę dni uwolnić.  Przecież ta kobieta jest grubo po 70tce i wciąż musi tam wszystkich obsłużyć. No ile można, no ile? Nikt w domu palcem nie ruszy. Każdemu śniadanko trzeba urychtować, pod nos herbatkę podstawić, obiadek, kolacyjka, za każdym posprzątać, użerać się z każdym, bo jeszcze pyskują, pieniądze oddawać. No Kurwa mać! Nic się nie zmieniło. 

A i tak jest że my babkę buntujemy, choć od listopada z nią kontaktu nie mamy. Mąż powinien właśnie ojcu przypomnieć i powiedzieć wprost, że nie pojedzie, bo będą potem gadać, że babkę buntujemy i żeby więcej nie dzwonili. 

Swoją drogą, martwię się co z babcią. 



Inna  sprawa jest taka, że teść długów narobił i się żali ciągle do mojego męża. Chyba chce go urobić i wziąć na litość. Co on myśli? Że wyskoczymy po tym wszystkim co przeszliśmy z pieniędzy? Jak Faustynka się urodziła i się okazało  że ma alergię pokarmową i musimy kupować specjalne, dwa razy droższe mleko, a krucho z kasą wtedy było, to teść  - rodzony ojciec mojego męża powiedział, że go to nic nie obchodzi, TAKIE  JEST  ŻYCIE i pieniądze na rachunki i tak musimy mu dać! Obcy by miał więcej empatii w takiej sytuacji i by poczekał na kasę kilka dni-tygodni.  Skoro przy rachunkach jesteśmy, to pragnę nadmienić, że gdy u nich mieszkaliśmy, od nas rządali  już za sam prąd 350 zł, mimo że tylko tam spaliśmy, bo żyć się w ciągu dnia z nimi nie dało, a  teraz co mieszkamy na swoim i mamy do dyspozycji całe mieszkanie, a nie 8m^2, płacimy za prąd 70 zł. To jest 5 razy mniej! 


Oby babcia wypoczęła w szpitalu, bo do nas jej puścić nie chcą. A Faustynka się pyta o nią i nawet kilka  dni temu wymyśliła, że sama po nią pojedzie do starego domu i da Eli (matce mojego męża) swojego misia, żeby babcię (prababcię) do nas puściła. 



Z naszych spraw bieżących:
Narazie  jestem przerażona zachowaniem Maciusia przy terapeucie. Dziewczyna młoda, sympatyczna i energiczna, ale dała sobie wejść na głowę. Młody nawet przy nas się tak nie zachowuje, więc jesteśmy w szoku.


Czy wypuszczanie dzieci w wieku przedszkolnym na plac zabaw, gdy na dworze temperatura w cieniu przekracza 30°C to nie przegięcie? Faustynki nie puszczam do przedszkola z powodu tych upałów i jej bladej, skłonnej do oparzeń słonecznych skóry. Ona nie powinna w ogóle na słońcu przebywać. Panie przedszkolanki są chyba niepoważne, skoro wypuszczają rozszalałe dzieci na podwórko o 14 godzinie. Ostatnio Młoda oparzyła sobie pupę o rozgrzaną huśtawkę!



Dopisane o 9:

Babcia długo nie odpoczęła. Okazało się że to tylko stłuczenie i może jechać do domu. O 7:30 teść zadzwonił do mojego męża z tekstem: "Jedź po babkę". Niereformowalni ludzie. No jak? Przecież mąż jest w pracy. Nie wyjdzie sobie tak ot. I znowu mu tłumaczy. I pyta się: "To przecież miałeś je do szkoły odwozić, to już przecież jedziesz, to po babkę podjedź". No to on jeszcze nie jedzie.  Pewnie młodych nikt nie obudził i się nie wybrały :P

Boże, co za ludzie...


środa, 27 marca 2019

Kruca Fiks! Śnieg!

A to nam pogoda spłatała figla - w nocy zaczął padać śnieg i całkiem go do rana sporo przybyło, więc znów wyjęliśmy zimowe kurtki, czapki i szaliki. Za to teraz wyszło piękne słońce i roztapia białą, śniegową pierzynkę. Od jutra planowana znowu wiosna. Jak będzie? Zobaczymy ;)

Chwilę mnie nie było. Jakoś się nie mogłam zebrać do pisania. Maciuś chorował. W ogóle wszyscy tacy zasmarkani chodzimy, że masakra. 

Jakiś czas temu mąż przywiózł mi mojego orbitreka, który został u teściów, więc czasami sobie na niego wskoczę. Już tak długo nie widziałam teściowej - tak mi z tym faktem dobrze, że pojęcia nie macie. Męża też nie ciągnie w rodzinne strony i to mnie bardzo cieszy. Jedzie jak już musi. W końcu jeszcze parę rzeczy tam zostało, chociażby rowery dzieciaków. Teściowa oczywiście kochającą babcię udaje i pyta: "Jak tam moja Faustynka?" <rzyg> 
Którymś razem gdy mąż już stamtąd wychodził, to wypaliła na "do widzenia" do niego tekstem: "Pocałuj mnie", a on na to: "A w dupie cię mam!".
Współczuję bardzo dziewczynom, które mają podobne relacje z teściowymi, ale mąż jest wewnętrznie rozdarty, bo chciałby żeby i tu i tu było dobrze i próbuje to wszystko kleić i nalega na rodzinne spotkania i chce wszystkich pogodzić, jeździć z rodziną do rodziców na święta i udawać, że wszystko jest ok.  No niestety nie zawsze się tak da. A ja jestem w mega dobrej sytuacji, bo mój mąż nie czuje z matką żadnego powiązania. Z resztą przecież ją zna, nigdy nie była dla niego matką, więc czego ona teraz oczekuje? Na pewno jest na mnie gadania: "Bo to ta Ruda Suka mu zabrania", "To wszystko przez te kurwę", "Ona go nabuntowała"... itd. Ale wisi mi to, ja znam prawdę, a teściowa niech sobie tłumaczy jak i czym chce swoją wredność. Innym razem  jak mąż też był u nich coś przewieźć, to akurat im się pralka zepsuła i on się wtedy zaśmiał "Pewnie Ruda zepsuła" i matka z babką się tak popatrzyły na niego zmieszane. Co one sobie myślą? Że my to wszystko puścimy w niepamięć? I nagle będziemy udawać rodzinę? Ooo, co to to nie. 

Tam w ogóle był przez dwa miesiące straszny konflikt między teściami, a babką. Wtedy co teść od nas sępił kasę na prawko dla Agniesi. Jeszcze tak długo się babka nie utrzymała. I tak oczywiście było, że myśmy ją nabuntowali, a przecież ostatnio ją w listopadzie widzieliśmy.  W końcu uległa i dała im te dziewięć stówek, bo w końcu ile można nie mieć wstępu do kuchni. A ile się napłakała i nagadała na swoją córkę "Ta blada kurwa.../Tyle tej bladej kurwie poświęciłam, a ona tak mi dziękuje...", itp. itd. No i hu* z tego. Znowu jest jak było. Babka usługuje królewnie jak zawsze i z kasy nadal wyskakuje.
Szkoda mi babci, ale co mogę zrobić? Chciałam, żeby mąż ją do nas na jakiś czas przywiózł, bo gdy ją widział w jakim jest stanie i mi to opowiadał, to mi serce pękało, ale on sam mi wytłumaczył, że gdy tam jest konflikt, to on się nie chce mieszać, bo i tak jest ciągle na nas gadane, że babkę "buntujemy". A ona przecież też nie była fair w stosunku do nas. Ile się nie raz napyskowała jak ją córeczka ponastawiała? Pierwsza była do wypier*****ia  nas z domu. Nawet jeśli się nawróciła, to niesmak pozostaje. 

W ubiegłym tygodniu odwiedziłam mojego ginekologa. Wyniki badań przebiły moje najśmielsze oczekiwania. Poziom hormonów w normie jak nigdy. Endometrioza uśpiona. I wyjaśniła się przyczyna w miarę bezproblemowej utraty wagi. Przecież ja się od 5ciu lat odchudzam. Dieta "mniej żreć" nie jest już od dawna u mnie dietą, a stylem życia. I w końcu! Najbardziej mnie cieszy, że te 10 kg mniej, udaje mi się bez problemów utrzymywać. Jednak są też minusy. Ostatnio gdy mierzyłam sukienki, musiałam się pozbyć aż trzech sztuk, bo były zwyczajnie za duże. Własnym oczom uwierzyć nie mogłam. Pod jakim kątem nie spojrzałam to w ramionach sterczały, a na brzuchu wisiały jak wór po ziemniakach. Nie żebym się nie cieszyła, ale w styczniu jeszcze pasowały i myślałam, że na wiosnę będą jak znalazł, a tu zonk. Cierpię na deficyt ubrań, szczególnie bluzeczek i sukienek, bo spodni sobie już nakupiłam. 

USG piersi w jak najlepszym porządku, podobnie jak cytologia, więc tylko się cieszyć.
Zaniepokoiła mnie jednak obecna miesiączka. Brzuch pobolewał już od środy, bolesność piersi to u mnie norma w ostatnim tygodniu cyklu, więc spoko, ale biegunki towarzyszą mojemu ostatniemu PMSowi, co jest bardzo uciążliwe. Miesiączka pojawiła się wczoraj. Tak obfita już dawno nie była. Ostatnio przed leczeniem farmakologicznym endometriozy, czyli jakieś 3 lata temu. Wczoraj już po godzinie miałam "przeciekniętą" podpaskę i to tak, że spodnie miałam zakrwawione do połowy ud i znowu te dreszcze z zimna i musiałam położyć się do łóżka, bo myślałam, że zamarznę, a do tego potworne bóle stawów. I to wszystko już akurat po wizycie u ginekologa. Wygląda na to, że muszę się umówić do niego jeszcze raz, co ostatnio jest mega wyczynem, bo moją ostatnią wizytę przekładał kilkukrotnie, gdyż a to miał urlop, a to niby aparat USG był zepsuty. 


Faustynka w ostatni weekend świętowała urodzinki.
Moja Kruszyna skończyła 5 latek! 
Boże, jak ten czas leci...
Moja Mała Księżniczka. Jest już taka samodzielna. 

Czekamy na wywiad w sprawie usług opiekuńczych dla Maciusia. Ciągnie się to i ciągnie. Te wszystkie formalności, ta cała biurokracja. No nic. Jak trzeba czekać, to trzeba. Ciekawe ile godzin tygodniowo mu przyznadzą i ile będziemy musieli za to zapłacić. Swoją drogą, to nie jest do końca fair, bo niby miało być bezpłatnie, a teraz się okazuje, że jest jakiś przelicznik, że w zależności od zarobków trzeba coś dopłacać do każdej godziny. Pani doktor na zaświadczeniu wpisała 15 godzin tygodniowo, więc w skali miesiąca się uzbiera trochę, no ale czego się nie robi dla dziecka :*
Mam nadzieję, że będzie do nas przychodziła sympatyczna Pani, która pokocha Maciusia i będzie chciała mu pomóc. To wspaniały chłopiec, który zasługuje na to. 

Wiecie co? Maciuś zafiksował się na kalkulator. Namiętnie uczy się go... na pamięć. 
Kąpiele wreszcie stały się przyjemnością, a nie męką. Oczywiście pod warunkiem, że nie myjemy głowy, bo z tym ciągle mamy mega problem. Włosy próbujemy obcinać mu "na żywca". Dawniej jakoś się udawało podczas snu mu obcinać, a od dłuższego czasu się budzi przy każdej próbie. W ogóle od przeprowadzki ma mega lekki sen. Budzi się w nocy strasznie często. Ja chodzę jak zombi. Mam wrażenie, że w nocy nic tylko kursuję między pokojami odprowadzając go do jego łóżka i tak w kółko po kilkanaście razy. Cierpię, bo nie potrafię spać w dzień. Teraz mam oczy jak ping-pongi.
A wracając do włosów. Obcinamy go maszynką do strzyżenia, wcześniej obwinąwszy go ciasno wilgotnym ręcznikiem, a drugi mały trzymam mu na oczach. Bo jak się okazało najbardziej bolesne w obcinaniu włosów było opadanie kłaczków, dla Maciusia ostrych jak igiełki, na skórę i to sprawiało ten ból nie do wytrzymania. Teraz buczy, próbuje uciekać, ale bez porównania do tego co było kiedyś - teraz to niebo. Małymi kroczkami idziemy powolutku naprzód.
Paznokcie to wciąż tragedia, ale spokojnie i do tego w końcu dojdziemy. Jestem dobrej myśli. 


Zbliżają się moje 31 urodziny.


Dobrze mi :)

piątek, 6 października 2017

Karma?

Już pisałam, że mąż dał ojcu naszą betoniarkę. Miało być zamiast kasy na rachunki, ale za parę dni kasę też dał. Z babką i matką nie rozmawiał. Damy wielce obrażone niewiadomo dlaczego. Przecież osiągnęły swój cel. Ja się nie awanturowałam ani nie wtrącałam, w ogóle w kłótniach nie brałam udziału, żeby mnie nie obsmarowały na całe miasto że do nich pyskuję. Wolę się nie wtrącać, bo to gówno daje, a ja tylko sobie nerwy niepotrzebnie szargam, a one zadowolone. A to oscentacyjne wychodzenie babki z kuchni gdy ja wchodziłam, to mnie rozwaliło.

I co? "I przyszła koza do woza". Babka tydzień po awanturze  zaczęła za moim mężem łazić, żeby jej ratę opłacił  za lodówkę i kuchenkę, bo jak da stówkę zięciowi (mojemu teściowi) to on kasę przepierdoli na głupoty, a raty nie zapłaci. Chciała dać mojemu mężowi tą kasę na zapłacenie raty, ale on powiedział że nie, bo potem mu wypomina,  że mu daje stówkę co miesiąc. A babka: "No bo Ci daje".  Mąż wkurzony: "To przecież mi nie dajesz tylko na Twoją własną ratę dajesz, a nie mi na moje zachcianki, to co mi potem wypominasz, jak ja tego sobie nie biorę tylko Tobie płacę" i poszedł. Babka za nim łaziła i ględziła, to wziął kasę żeby jej zapłacić <no głupi>. A babka będzie gadać że nam kasy nawaliła.

I co jeszcze? Ostatniej nocy trzeba było do babki karetkę wzywać, bo bólu w mostku dostała. Jej jedyna córusia najdroższa, oczko w głowie uciekła do sypialni i się kołdrą nakryła - powiedziała, że nie będzie dzwonić na pogotowie, bo słabuje. Mój mąż ją opierdzielił. Powiedział że jakby się na górze co stało (w sensie mi) , to by też spierdoliła zamiast ratować. Jak mi to powiedział, to się tylko zaśmiałam - co on się dopiero teraz zorientował? Jak Faustynkę miałam rodzić, tzn termin się zbliżał, to mi teściowa powiedziała, żebym, już do szpitala pojechała, bo jak zacznę w domu rodzić, to ona mnie nie zawiezie i żebym Maciusia  koniecznie zabrała ze sobą, bo one sobie z nim nie dadzą rady (jeszcze nie miał diagnozy, nie wiedziała, że jest chory, a już go odrzucała i oglądać nie chciała). Ja się wtedy zapytałam: "To we cztery sobie nie poradzicie (stara, babka, Aga i Claudia, a jeszcze mój mąż i teść)? Miałam dość. Nie wiedziałam co z synem robić. Ciągnąć go na porodówkę, czy ki ch**? Ile było innych akcji jak miałam 40 stopni gorączki i nikogo do pomocy? A jak miałam 41 i mnie babka przyszła opierdolić, że obiadu dzieciom nie gotuję, jak powiedziałam ile mam gorączki, to uciekła, aż się kurzyło, żeby się nie zarazić, a ja leżałam niemal nieprzytomna, dzieci skakały mi po łbie. Ile razy mi się w głowie zakręciło i pierdykłam i ani nikt nie wie. Raz na dole w korytarzu pod drzwiami Claudii. Babka z kuchni ani nie wyjżała, tak samo Claudia. Ocknęłam się, podniosłam,  porozglądałam i poszłam po schodach na górę do dzieci.

Ten mój mąż jest strasznie naiwny skoro jeszcze myślał, że jego mamusia, by mi w czymkolwiek pomogła.

W końcu teść po karetkę zadzwonił - przyjechali ratownicy z pania doktor, zawału nie stwierdzili, ale babkę na obserwację zabrali. Moja teściowa miała czelność pobiec za lekarką i prosić, żeby jej Lorafen i Relanium przepisał, bo ona słabuje, a lekarka przepisała uzależnionej  wariatce  leki nie wiedząc że robi jej krzywdę. Z babką nikt nie pojechał. Rano zadzwoniła do mojego męża, żeby po nią przyjechał, bo już ją ze szpitala wygraniaja. Co? Córcia ma wyłączony telefon i śpi w najlepsze? Do obcego trzeba było dzwonić? Mąż był już w pracy, więc nie mógł jej odebrać. Powiedział jej, że stary wziął urlop, to pewnie po nią pojedzie.

Ja odwiozłam syna na terapię i nie wracam z córką do domu. Nie chcę brać udziału w tej parodii. Koczujemy w aucie.

A jeszcze Aguśka do szkoły nie poszła, bo jak babka w szpitalu to jej nie miał kto obudzić.

wtorek, 25 lipca 2017

No i wielka afera z niczego

Na początku chcę zaznaczyć, że ostatni tekst był pisany w złości na świeżo i bardzo przepraszam za jego nerwowy ton oraz przekleństwa. Ja upust emocjom daję właśnie  na blogu po to by nie zwariować. Jeśli kogoś zniesmaczyłam, zgorszyłam czy uraziłam, to przepraszam. Dawniej nie przeklinałam. Obiecuję będę nad tym pracować, bo ja nie jestem przecież taka.

Moje dzieci czują gdy jestem podenerwowana. Tak nie może być. Nie chcę żeby ta nerwowość w domu, ta atmosfera odbijały się na nich. Córka i tak już przejęła wiele złych zachowań od rodziny mojego męża. Dużo z nią rozmawiam, dużo tłumaczę, ale najwięcej pomogło by tu całkowite odcięcie jej od tej nienormalnej rodziny. Czasami mam wrażenie, że syn mnie nienawidzi. On nie rozumie, że na dole go nie chcą. Wyganiają go, wypychają, nawet do niego klną, a on nie rozumie, że go nie chcą. Nudzi mu się najzwyczajniej w naszym niewielkim pokoju, więc ucieka na dół gdy tylko nadarzy się okazja. Jest dzieckiem nadpobudliwym i chorym. Bronię mu żeby tam chodził, bo chcę oszczędzić mu cierpienia, bo teściowa ma muchy w nosie i się obraża, wg niej ja dzieci nie pilnuję lub pewnie specjalnie wysyłam na dół żeby im przeszkadzały. A ja naprawdę robię wszystko żeby dzieci zainteresować, co rusz wymyślam nowe, ciche zabawy, bo teściowej nawet tupanie przeszkadza. Staram się dzieci z oczu nie spuszczać, żeby się nie pozabijały. Nie jest mi łatwo. Maciuś w swojej chorobie jest bardzo agresywny, szczególnie w stosunku do Faustynki. A w ostatnich miesiącach się to bardzo nasiliło. W pokoju nie mamy nic czym dzieci mogłyby sobie zrobić krzywdę. Bardzo się boje, że coś mogłoby się złego stać, dlatego dbam o bezpieczeństwo dzieci najlepiej jak umiem. Ktoś powie, że jestem nadopiekuńcza. Nazywajcie to jak chcecie. Ja po prostu wiem, że gdyby moim dzieciom się coś stało, nie miałabym po co żyć. Nigdy bym sobie nie wybaczyła, że nie dopilnowałam.

Ludzka nieodpowiedzialność nie zna granic. Wiele wypadków z udziałem dzieci ma miejsce w domu przez nieuwagę rodziców/opiekunów. Kuzynka mojego męża napiła się rozpuszczalnika, bo ojciec zostawił w garażu przelany do butelki po oranżadzie. W butelce po oranżadzie? Chyba ten człowiek nie ma wyobraźni. W butelce po oranżadzie i to w miejscu dostępnym dla dziecka. Poza tym - co małe dziecko robiło bez opieki w garażu? Ja rozumiem, że zdarzają się sytuacje niezależne od nas. Dziecko się potknie, rozbije kolano, nabije sobie guza. To są wypadki standardowe. Jednak jak dziecko obleje się wrzątkiem - ja wiem, że to są sekundy. Uważam jednak, że można tego uniknąć. Sama gotowałam zawsze z dziećmi na rękach, bo nie miał mi ich kto przypilnować. Jak gotuję to nie odchodzę od kuchenki, a już na pewno nie zostawiam dzieci samych w kuchni. Syn ma od jakiegoś czasu manię robienia sobie herbaty samemu, więc tym bardziej jestem na niego wyczulona.

Dziecko u sąsiadów wypiło roztwór nadmanganianu potasu. Znajomy w dzieciństwie wpadł rękami do dużego garnka z wrzątkiem, córka koleżanki pociągnęła na siebie z kuchenki garnek z gotującą się wodą, mój wujek przebił sobie krtań drewienkami na opał. Niedawno było głośno o matce, która pod wpływem alkoholu chciała wykąpać córkę i przez przypadek włożyła ją do zbyt gorącej wody.

Takich wypadków można by wymieniać bez końca.

APEL DO RODZICÓW: MIEJMY OCZY DOOKOŁA GŁOWY.

Wczoraj miałam taką sytuację: Wyszłam do toalety. Nie zamknęłam dzieci w pokoju, aby w razie czego Mała miała możliwość ucieczki. Gdybym wzięła ze sobą syna do toalety a córkę zostawiła w pokoju to by się, przepraszam za wyrażenie, darła. Gdybym zrobiła odwrotnie i zamknęłabym w pokoju syna, w złości wybiłby w drzwiach szybę, możliwe nawet że i swoją głową, bo jako dziecko z autyzmem nie czuje zagrożeń. Mogłam wziąć obydwoje do toalety i nas zamknąć od środka na klucz, ale mnie przyćmiło i nie zrobiłam tego. Dzieci oglądały akurat bajkę i były jak mało kiedy spokojne. Nic złego się nie stało, ale mogło. Pod moją nieobecność syn uciekł na dół, a zaraz za nim córka. Po wyjściu z toalety pobiegłam za nimi na dół, zerknęłam do kuchni, ale dzieci tam nie było, słyszę jak wariują w salonie. Faustynka skacze na fotelu, na którym ktoś bezmyślnie zostawił duże lustro, a Maciuś biega wokół stołu, trącając trującą dracenę, to cud że się jej nie nażarł, bo ma skłonności do dotykania, obwąchiwania i brania do buzi roślin. W tym czasie w kuchni siedzi przy stole moja teściowa i je śniadanie, bo właśnie wstała o 11, a na sofie siedzi babka z Agnieszką i masuje wnuczce nogi. Żadna nawet tyłka nie podniosła, żeby za dziećmi zerknąć co robią same w salonie bez opieki. Jednego nie rozumiem - moja teściowa jak śpi, to zamyka aż dwie pary drzwi na klucz, swoje od sypialni i następne od salonu, żeby jej ktoś przypadkiem nie obudził, a jak wyjdzie to już nie ma tego w głowie żeby zamknąć za sobą. Uważam, że powinna skoro wie, że tam nie jest dla dzieci bezpiecznie, bo lustro stoi byle jak na fotelu, bo na stole stoi maszyna do szycia oraz ostry nóż, na podłodze rozłożona jest masa kabli, przy oknie stoją trujące kwiatki, w komodzie przed telewizorem leżą niezabezpieczone leki oraz alkohole, szklanki, kieliszki, no i przede wszystkim powinna sobie zdawać sprawę z tego że jedno z jej wnuków nie jest dzieckiem zdrowym, a że jest z tej dwójki starsze, to i silniejsze i może młodszemu zrobić krzywdę.

Zabrałam dzieci z salonu, wyprowadziłam do kuchni i tłumaczę dzieciom przy wszystkich, że nie mogą być same w salonie jak nikogo tam nie ma, bo mogą sobie zrobić krzywdę. Mówię że mogą rozbić lustro i się pokaleczyć. Mała zaczęła oczywiście płaczem wymuszać, bo ona chce się bawić w salonie, no to mówię krótko i wyraźnie "Nie możesz, bo tam nikogo nie ma". Nie chciała zrozumieć. Myślała, że jak się uprze i będzie krzyczeć, to jej pozwolę. Wzięłam ją pod pachę, a Młodego za rękę i poszliśmy na górę. Gdy się uspokoiła jeszcze raz jej wszystko wytłumaczyłam, ale co ja słyszę. Z dołu mnie piękne teksty na mój temat dochodzą. Tak mnie głośno obgadywały, jakby chciały żebym słyszała, albo chciały żebym się o to coś odezwała i żeby wywiązała się dyskusja. Miałyby okazję opowiadać, jaka ta ruda suka jest zła, wredna i kłótliwa, a one takie biedne i wielce poszkodowane. Podkreślam, że w kuchni nie zwróciłam nikomu uwagi i nie miałam o nic pretensji do nikogo. Po prostu ja bym nie potrafiła tak robić jak one. Kiedyś obce dziecko złapałam w szkole, bo się na schodach potknęło i zareagowałam, uważam że naturalnie -  matka, która szła za tym dzieckiem nie miała już możliwości go złapać. Przecież nie będę w takiej sytuacji patrzeć i się zastanawiać czy go mama złapie. Patrzeć obojętnie jak dziecko ze schodów leci i rozbija buzię o każdy stopień? Moja teściowa by nie zareagowała nawet jakby stała przy oknie z którego dziecko by wyskoczyło. Ona zawsze pozostaje niewzruszona, dlatego nie chcemy żeby dzieci się na dole plątały.

Na dole nie chcą, żeby moje dzieci tam chodziły, więc robię co mogę, żeby tam nie szły. Jednak wczoraj było w drugą stronę. Kilkanaście razy było, że z nas nie ma żadnego pożytku. Babka w ogóle w kółko, że ją ignorujemy. Tak jakby chciały, żebym do nich skoczyła, że za dziećmi nie poszły. Nie rozumiem tego w ogóle. I w kółko "Ruda kurwa...", a "tylko do lodówki przychodzi", a "przenosi...". Stara w ogóle babkę buntowała, że ja niby gadam, ze babka do południa śpi, a to nie prawda, bo ja na babkę nic nie gadam, tym bardziej, że ona tyle nie śpi. O 9 wstaje, czasami nawet o 8, ale widocznie chciała nas skłócić. Jak się mąż coś pyta jak np. zadzwoni, to mówię jak jest (a teściowa śpi do południa, to przecież nie będę ściemniać, że haruje od rana, jak tak nie jest). A to że mój mąż jeszcze do ojca powtarza, to co mi do tego. Z mężem rozmawiamy dużo i o wszystkim. Jesteśmy sobie swego rodzaju psychologami. Właśnie strasznie było, że ja strasznie przenoszę, że do starego co one robią. Mój mąż miał ostatnio prawie trzy tygodnie urlopu, to się sam naoglądał jak to wszystko wygląda w domu, ani mu mówić nic nie muszę. Już wie jak jest.

I tak wszystkiego nie słyszałam co gadały. Coś było o jakimś "gównie", że "strasznie zły człowiek ze mnie", że niby "łeb daję w drugą stronę", "dupuję" i że "jestem wredna kurwa, bo się dzieci cieszą, skaczą, a ja je zabrałam". Jakbym nie zabrała, to by było że "Ruda kurwa leży, a dzieci się po chałupie poniewierają" pewnie jeszcze "specjalnie żeby one się nie wyspały". Obgadywały mnie długo, mnie, mojego męża. Córkę na drzemkę zdążyłam położyć, a one w kółko to samo i to tak bez skrępowania na cały głos.

Najbardziej zdenerwowało mnie to że z nas "nie ma pożytku", bo wiem jak jest i wiem, że nie mają za grosz racji. Szczególnie babki tu nie rozumiem, bo jak była kilkakrotnie w szpitalu, to tylko my ją odwiedzaliśmy, pomagaliśmy, kupowaliśmy potrzebne rzeczy. My się nią opiekowaliśmy. Ona już nie pamięta jak ją córeczka, zięć i wnusie olały na całej linii. Ani raz jej nikt nie odwiedził tylko my. Do lekarza kto ją wozi? Tylko mój mąż. A w domu kto pomaga? Ile razy sprzątałam ich brudy? Tego to nie widać? Prysznic/wanna/kuchenka/podłoga - wszystko się samo myje, normalnie system samoczyszczenia. O nie! Nigdy więcej! Jaką ludzie mają krótką pamięć. Nie życzę jej źle, ale ciekawe kto ją następnym razem odwiedzi.

No i też bardzo nie podoba mi się to, że w stosunku do mojej osoby używają określenia "kurwa", "ruda kurwa", "ruda suka z góry" itp. Może powinnam im tym samym odpłacać? Tak łatwo jest kogoś wyzwać od najgorszych?

W ogóle teściowa się uparła, że mamy jej dać nasz samochód, który mąż rok temu kupił. Tak, bo tak. Dlaczego im się wydaje, że im się wszystko należy? Ostatnio znajomy dał mojemu mężowi kasę, żeby mu kupił porządnego laptopa, bo mój mąż się na tym zna i jak przywiózł go do domu, to się tu uparli, że to będzie Agnieszce. Prawdopodobnie przez to jest gadane, że z nas nie ma pożytku. Mąż mi powiedział, że już od dłuższego czasu gadają o naszym aucie i się pytają kiedy im go "sprzeda". Tak... sprzeda. Tak jak tamten miał sprzedać, że kasy do dzisiaj nie widzieliśmy.

Swoją drogą strasznie im się  nudzi z tego co widzę. Niech te wakacje się już skończą. Albo niech nam się trafi w końcu fajne mieszkanie.

środa, 14 czerwca 2017

Takie teksty to między bajki, a nie do mnie.

Nie pojechaliśmy dzisiaj z synem na terapię, bo większe pół nocy nie spał. Miał straszny katar i coś przeżywał. Nie miał gorączki, a jakby majaczył. Zostaliśmy w domu, więc pomyślałam, że zrobię z rana pranie, zanim Claudia będzie miała lekcje.

Babka do mnie rano skoczyła z tekstem czy wypiorę do 9 i to takim wnerwionym tonem. W ogóle od wczoraj jest strasznie uszczypliwa.

Ja wkładając pranie do pralki mówię, że tak (był dopiero kwadrans po 7). A ona "Bo się potem panie nerwują" (Niby na lekcji u Claudii. Tylko że: A. Claudia jeszcze śpi i przewraca się dopiero na drugi bok. B. Do 9 jest bardzo dużo czasu, więc w ogóle nie rozumiem skąd to pytanie. C. Pralka stoi w końcu domu, w kącie w kuchni, za zamkniętymi drzwiami. A żeby dotrzeć do pokoju Claudii, który jest umieszczony przy drzwiach wejściowych trzeba pokonać dwa przedpokoje i kolejne drzwi od pokoju. Wiem, że pralki tam nie słychać, bo już w przedpokoju jej nie słychać. D. W życiu nie uwierzę, że któraś Pani powiedziała, że jej pralka przeszkadza, bo po pierwsze teściowa mi jak coś wydziera kabel z gniazdka zanim Pani wejdzie do domu, nawet jeśli do końca prania zostało tylko 10 minut, więc się nigdy nie zdarzyło żebym prała przy nauczycielce. Po drugie: ja też jestem taką Panią i też u uczennic bywałam i nigdy nie robiłam problemów, nawet ucząc dziewczynę w salonie z aneksem kuchennym, w którym prała pralka czy zmywarka. Domownicy zachowywali się naturalnie. Matka gotowała obiad 2 metry od nas w tym samym pomieszczeniu. Nigdy mi to nie przeszkadzało i nigdy by mi do głowy nie przyszło się o to rzucać. Po trzecie: jak babka robi pranie przy Paniach to Paniom wtedy nie przeszkadza).

To że się moja teściowa tak zachowuje to już dawno zaakceptowałam, ale że babka do mnie startuje w złości o coś takiego, to już nie potrafię zrozumieć. A dopiero wczoraj była pożyczyć ode mnie pieniądze, bo Agnieszka nie miała 15 zł na ognisko klasowe. Teść powiedział, że nie ma (zawsze tak gada i zawsze daje babka), a babka nie chciała jej dać całej stówy, bo by reszta nie wróciła (jak zawsze). I dzisiaj tak samo. Najpierw się rzuca, a za chwilę przyszła ze swoim telefonem do mnie żeby jej tam do kogoś numer wybrać, bo ona jeszcze nie wie jak. A potem jeszcze do mnie przychodzi, że nie może Claudusi na Panią dobudzić. Dochodzi 9 a Claudusia, ani nie myśli wstać. Zapukałam do niej, wchodzę i pytam czy wstanie na Panią. Powiedziała, że wstanie, więc wyszłam. Temat zamknięty. Ona zawsze wstaje w ostatniej chwili, więc nie ma się co denerwować. Wie, że ma wstać. Już setki razy tak było, że nie wstawała do ostatniej chwili. Teściowa dzwoniła do nauczycielki 10 minut przed lekcją z jakąś ściemą, że Claudia się źle czuje. Odwoływała lekcje, a się okazywało, że Claudia jest już na nogach, gotowa do lekcji. Tu bym się wkurzała na miejscu Pani, że mi dzwonią jak jestem w drodze, a jadę np. 20 km na tą lekcję.

Z resztą co się tu dziwić, że Claudia nie może wstać o 9 rano, jak się kładzie o 4-5 nad ranem dopiero, bo siedzi całą noc na necie. Ja wstaję codziennie przed 5, więc widzę, ze ona nie śpi. W pokoju świeci się duże światło, a ona się huśta na łóżku do rytmu muzyki. I tam o prąd to się nie ma kto odezwać. Tylko do nas po pieniądze się przychodzi. Jak kiedyś w trosce o nią zwróciłam na dole uwagę, że ona nie śpi całe noce to usłyszałam od babki: "A bidne dziecko, nie może spać, a te Panie ją tak męczą i nachodzą". Nie żadne bidne dziecko, bo jakby miała problemy ze snem i cierpiała na bezsenność, to i w dzień by nie spała. A w weekendy potrafi spać do 18. Nikt jej nie budzi, bo tak każdemu wygodnie. Ma tylko przestawiony zegar biologiczny i wystarczy raz ją zedrzeć o 7 i nie dać spać do wieczora. Ale czyja to wina? Moja teściowa sama tego chciała, sama do tego doprowadziła faszerując dzieci lekami uspokajającymi i nasennymi od urodzenia, żeby tylko spały, bo jej się nie chciało zająć. Babka i moja teściowa nie wiedzą, że dzieci (nawet noworodki) się w nocy budzą, że mogą coś chcieć. Od urodzenia spały od 21 do 9 rano i po przebudzeniu dostawały po łyżce Hydroxyzyny, żeby siedziały jak lalki w kojcach i się nie ruszały. Normalne dziecko w okolicy roczku bez problemu potrafi z łóżeczka wyskoczyć, a siostry mojego męża do 4 roku życia tak przesiedziały. Do szkoły się ich nie chciało wozić, bo moja teściowa o 7 nie wstanie. To siedziały wszystkie w domu i spały. Od czasu do czasu je zawiozła jak już musiała, bo się Panie złościły, że dziewczyny mają ponad 50% nieobecności. A i tak mój mąż je odwoził wiele razy jak byliśmy przed ślubem, a on jeszcze studiował. Claudusi się spodobało spanie do południa i do szkoły ani nie myślała chodzić. Więc załatwili tok indywidualny z powodu, że dziecko cierpi na nerwicę. I tak jedzie na tej wymyślonej chorobie już kilka lat. Co chwilę zmieniają szkołę, bo panie złe przyjeżdżają, za dużo wymagają (30% tego co dzieci w szkole się uczą), lekcję są stresujące, bo w cztery oczy (to chyba lepiej się tak uczyć, to tak jakby miała korepetycje za darmo). Rok szkolny się już kończy więc i nerwice się kończy. W weekendy Claudia jeździ na koncerty. Wieczorami z ojcem do McDonalda czy pizzerii. Ale żeby pójść do szkoły to ma nerwicę. Kasę od babki codziennie dostaje na zakupy w Rossmannie, H&Mie, na fryzjera, na paznokcie. Żyć nie umierać. A co potem? Liceum i studia też tak zrobi? Ona nic się nie uczy, nie wie nic. Ostatnio ksiądz się wkurzał, że dzieci do bierzmowania już dawno pytania pozdawały a Claudia nie wie nic. Nic nie umie. Jak poszedł to się tylko z moją teściową pośmiały z księdza i luz.

A o Agnieszce już nawet nie wspomnę, co ta dziewczyna wyprawia. W ogóle jej w domu nie ma.

Swoją drogą: kogut, który pieje pod oknem Claudii i szczekający pies nie przeszkadzają Paniom, tylko pralka której nie słychać. Śmieszne...

wtorek, 29 grudnia 2015

Jak robić żeby się nie narobić? Zmusić innych do pracy... ehh ta MOJATEŚCIOWA.

I po Świętach.

Atmosfera beznadziejna. Babcia się narobiła na Wigilię, przygotowała pierogi, uszka, napiekła placków. Wszystko za swoje pieniądze. Ja ugotowałam czerwony barszcz. Wigilia nawet spoko poza tym, że teść nas ominął z opłatkiem, babcię też. W pierwszy dzień Świąt przyjechała rodzina ze strony teścia. Teściowa fiksowała, że nie ma im co podać do jedzenia oprócz sałatki którą zrobił teść i placków babci, a wiedziała, że będzie mieć gości, bo się już dużo wcześniej zapowiedzieli. Obiadu nie było, bo teściowa ugotować nie potrafi lub udaje, że nie potrafi. Rozdała mój pyszny barszczyk i nawet nie wspomniała, że ja gotowałam i pierogi babci. Po imprezie się pokłóciły, bo babcia nam kazała sobie ukroić po kawałku placków, a teściowa nie chciała nam dać, bo ona musi mieć i się pogryzły, bo babcia powiedziała, że ona piekła za swoją kasę i dla wszystkich, a nie tylko dla jednej. Teściowa się obraziła i się nie odzywają do siebie, a babcia jej nie pomaga. I tak pomaga, bo stały gary i talerze przez święta i babcia pomyła ten stos w niedzielę, choć moim zdaniem powinna to zostawić, żeby tak nawet tydzień stało.

Agnieszka planuje robić Sylwestra w domu na górze, czyli w pokoju obok naszego. Zaprosiła 15 osób! 15 podlotków w wieku 14-15 lat. Nawet nie chcę sobie wyobrażać co się tu będzie działo. Wczoraj teść się darł żeby cały dom sprzątać, ale każdy ma w dupie. Teściowa leży, babka obrażona, a Agnieszka powiedziała "Sam debilu sprzątaj i to migiem!"

Dziś usłyszałam jak teściowa się na matkę drze: "Nie będziesz Kurwo leżeć jak królewna!!!", "Będziesz pomagać jak wszystkie babki!!!". Pomyślałam sobie wtedy, że sama jest babką, a nic mi nigdy nie pomogła i jak ona w ogóle wstydu nie ma drzeć się tak na kobietę 70letnią, która może się gorzej czuć, którą ma prawo coś boleć i która jej ponad 50 lat usługiwała jak niewolnica.

Uciekłabym jak najdalej stąd...

środa, 25 marca 2015

Patologia

Chciałabym się jak najszybciej przeprowadzić, gdziekolwiek, byle się stąd wynieść. Mam dosyć tych ciągłych kłótni, awantur. Od kiedy babcia wróciła ze szpitala, od rana słychać krzyki i wrzaski. Babcia stwierdziła że nie będzie już usługiwać, choć w rzeczywistości to i tak ona Agnieszce przygotowuje posiłki, bo ta jest tak wybredna że nic nie będzie jadła. To babcia robi pranie, to ona zmywa gary, ona wyprowadza psa, chodzi do kur. Nie nosi już śniadanek do łóżka swojej córuni, więc moja teściowa musi się rano zwlec i obudzić Claudię. Kłócą się przy tym strasznie, bo nastolatka nie chce wstać, nie chce posprzątać przed przyjściem nauczycieli. Wkurza mnie to strasznie, bo jak lekcja się odbędzie to idą spać i śpią do 12-13 w południe, a my musimy chodzić na paluszkach. Teściowa zaczęła też od czasu do czasu gotować obiady. No... Da się? Da się. Ale swoją drogą - wstyd i hańba żeby uczyć się gotować po pięćdziesiątce. Do tego wszystko robi w rękawiczkach, żeby się jej pazury nie rozpuściły. A jakie wojny są przy obiedzie, bo każdy był nauczony zamówić co innego i babcia każdemu gotowała osobno. A do tego teściowa teraz próbuje córki przyuczyć do usługiwania i każe Claudii tłuc ziemniaki. Agnieszka ma w dupie i się nie da zaciągnąć do zrobienia czegokolwiek. Ostatnio się pokłóciły bo Stara kazała Claudii porozdawać talerze i widelce do obiadu, a ta na to  żeby sama podała bo jest bliżej i już kłótnia, bo teściowa nie będzie wszystkiego sama robić. Innym razem wojna bo Agnieszka zostawiła obierki z jabłka w sypialni i jak teść z pracy wrócił to teściowa do niego poleciała na skargę i kazali Agnieszce to sprzątnąć, a ona że nie będzie Starej Wariatce w pokoju sprzątać, bo ona tylko leży i czeka na chłopa, niech sobie sama posprząta. Teściowa wskoczyła na nią, bo młoda siedziała w kuchni na sofie i trzas ją w pysk z liścia i zaczęły się okładać (swoją drogą, jak pięknie wygląda to słabowanie teściowej, ona przecież taka bidna i schorowana, nie ma siły się z łóżka nawet podnieść). Normalnie walka kogutów. W końcu Agnieszka zasadziła matce kopa w brzuch i ta się odczepiła. Totalna patologia. Takie sceny teraz mają miejsce na porządku dziennym. A od kilku dni teściowa z babką się nie odzywają do siebie, bo babcia powiedziała że im więcej pieniędzy nie da, bo musi mieć na leki, musi mieć w razie szpitala, bo jakby co to córka, ani zięć jej nie dadzą, ani nawet jej nikt w szpitalu nie odwiedzi. Od tego momentu babcię nawet od jedzenia odcieli, teściowa  wszystko zabiera do sypialni, nawet chleb i masło, choć nie wiem co się stało, bo wczoraj babcia dostała obiad i wygląda na to że się pogodziły. Pewnie teściowa nie wytrzymała gotowania przez te kilka dni obiadu. Przedwczoraj późnym wieczorem teść wpadł nabuzowany na górę, że na dole nie mają netu i że to na pewno mój mąż im odłączył specjalnie i wpadł do pokoju gdzie stoi komputer, zaczął kable wydzierać. A my już w łóżku leżeliśmy bo było grubo po 22 i mąż nawet na kompie nie siedział. Pokłócili się, woja była straszna. A rano na RMFie ogłoszono, że Orange coś robił i nie było nigdzie netu w nocy i mój mąż ojca zwyzywał w samochodzie, że go posądza i wojny robi całkowicie bezpodstawnie. Nie mogę już tego wszystkiego znieść. Najgorsze, że moje dzieci wychowują się w chorej atmosferze. Maciuś bardzo się boi, jest niesamowicie nieśmiałym chłopcem, może nawet przez to że się tu mieszka. Faustynka dopiero skończyła roczek, ale stała się bardzo niegrzeczna i wymuszająca. Chcę być stanowcza i konsekwentna, bo nie chcę popełnić tych samych błędów co w przypadku Maciusia, ale nie da się, bo zaraz babcia daje, to co prawnusia chce, żeby tylko był spokój. Małą nie chce jeść obiadów, bo teściowa jej już nie raz dała czekoladę, albo Delicję. Maciuś w tym wieku wszystko ładnie jadł, bo pilnowałam by mu nic nie dały i do 18go miesiąca życia nie znał smaku cukru. Teraz gdy czasami Mała z nimi zostanie, bo muszę jechać z synem do lekarza czy iść do pracy, jest nie do poznania. Strasznie nauczyła się wymuszać. Mam dość.

poniedziałek, 2 marca 2015

Babcia w szpitalu - powtórka z rozrywki

Matko! Jak ja dawno nie pisałam. Wybaczcie.

U mnie wszystko ok. Wykurowaliśmy się w końcu, ale nie obyło się bez szpitala. No niestety, numerki do lekarza rodzinnego niedostępne przez tydzień na przód, więc w walentynkową sobotę pojechaliśmy z dziećmi do szpitala i spędziliśmy tam kilka godzin. Dzieci przebadane, leki wypisane. Jeszcze kilka dni męki, ale w końcu wszystko przeszło.

Dwa tygodnie pracy za mną. Jestem zachwycona, uwielbiam to. Mąż trochę mniej, bo w końcu zobaczył jak wygląda przebywanie z dwójką dzieci. Choć i tak on nie ma źle, bo Małą choć na chwilę zawsze swojej babce podrzuci, a syn już się sam sobą zajmie. Pierwszy tydzień był najgorszy, bo mąż zapominał o posiłkach, nie pamiętał co i kiedy, ale wreszcie załapał. Pracuję tylko 10 godzin w tygodniu, ale taka odskocznia jest naprawdę zbawienna, biorąc pod uwagę, że nie muszę oglądać teściowej i do tego ta radość, że zarobię własne pieniążki. No wiadomo, kokosy to nie są, ale jak będę odkładać to uzbiera się sumka i może wynajmę mieszkanie. Rozglądam się już za czymś. Snuję, planuję... Chcę od września Maciusia wysłać do przedszkola.

Miałam pisać sporo rzeczy, ale połowę zapomniałam. Teściowie nas oczywiście wciąż denerwują. Teść, jako że jego matka nie opłaciła mu rachunku za wodę, przyszedł po pieniądze do nas. Wojna jak zwykle. Tym bardziej, że okazało się, że nasz syn jest chory (nie chcę pisać o tym na blogu) i pieniądze będą nam naprawdę bardzo potrzebne. Teść na to z tekstem: "I tak już nic nie da się na to zrobić". No... dzięki za taki tekst. Jestem matką i będę walczyć choćby nie wiem co o swoje dziecko! Tym bardziej mnie to wkurza, bo nie wolno mi się wykąpać częściej niż raz w tygodniu, a i tak teściowa gada, że jej specjalnie wodę wybieram. Mam nadzieję, że niedługo ten cyrk na kółkach dobiegnie końca i się stąd wyniesiemy.

Matka mojej teściowej jest od wczoraj w szpitalu. We środę dostała silnego bólu ucha, we czwartek chcieliśmy ją zawieźć do szpitala bo z ucha trysnęła jej krew i przestała na nie słyszeć, ale teściowa się nie zgodziła, bo nie puści z domu służącej. Kto jej herbatkę i śniadanko do łóżka przyniesie. Chyba wiadomo, że przez to piekło jakie mi od kilku lat urządza, na pewno nie ja. Proponowaliśmy babci w piątek, w sobotę, że ją zawieziemy. Teściowa kręciła tylko głową i pukała się w łeb mówiąc, że przejdzie. Dopiero w niedzielę gdy babci zniekształcił się głos i niemal całkowicie straciła słuch spakowaliśmy dzieci i nakazaliśmy się jej zebrać do szpitala. Zawieźliśmy i babcia została na oddziale. Ucieszona, bo będzie miała wakacje. W domu się między sobą kłócą, chcą się wyzabijać. Wojna o wszystko, o to kto umyje naczynia, kto wyprowadzi psa. Jak odwieźliśmy wczoraj babcię, to tesciowa od razu zaczęła chorować. Miała aż 37 stopni gorączki. Powiedziała do Claudii: "Idź umyj naczynia. Tylko porządnie." Siostra męża na to: "Dlaczego ja?", "Bo ja myłam wczoraj", "Taaa... jasne! Babcia zawsze myje, wczoraj też", "No ale ja bidna dzisiaj jestem, bo mam gorączkę".

Ja palcem nie ruszyłam. O nie! Nie tym razem, nie będę więcej po brudasach sprzątać! Niech nawet zarosną w tych garach.

Kończę już. Jeszcze się odezwę, może za kilka dni.