Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Depresja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Depresja. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 lutego 2019

Wyzwanie #10YEARSCHALLENGE

Oj, Olitoria, ale mnie urządziłaś!
Ja raczej nie biorę udziału w wyzwaniach, jednak z sympatii do Ciebie zrobię wyjątek. Na wstępie uprzedzam, że swojej mordy pokazać nie mogę. Wybacz mi, please. Nie żeby była jakaś brzydka czy coś i bym się musiała jej wstydzić ;)
Dziewczyny, nie obraźcie się, po prostu tak mi się życie poukładało, że muszę w sieci pozostać anonimowa (teoretycznie, bo tak naprawdę nikt nie jest tu anonimowy).

Wyzwanie rozumiem ma dotyczyć porównania zdjęcia sprzed 10 lat z aktualnym i opisania co się w tym czasie wydarzyło, zmieniło w moim życiu. To kupa czasu! Pisaniu nie będzie końca. Niby nic ciekawego, a jednak działo się sporo. To będzie wpis pełen miłości, ale i bólu i cierpienia.

Przepraszam z góry za literówki, ale piszę z nowego telefonu i mogą się różne gafy pojawić, a będzie długo. Żeby nie było,  że nie uprzedzałam.

No to zaczynam, może od roku 2008.

W 2008 roku byłam 20-letnią studentką pierwszego roku uczelni artystycznej, "Kolorowym ptakiem", optymistką lecz nieprzesadną, naiwnym dziewczęciem, ambitną perfekcjonistką, kobietą kochającą Boga i stawiającą go na pierwszym miejscu w życiu, zakochana po uszy w moim mężu (jeszcze wtedy małżeństwem nie byliśmy, ale planowaliśmy intensywnie). 
Moja matka usilnie dążyła wówczas do rozpadu naszego związku. Ten rok był ciągłą walką o miłość i własne szczęście. Im bardziej próbowano nas od siebie odciągnąć tym bardziej nas ku sobie przyciągało. Telenowela niepowstydziła by się takiego scenariusza. Biologiczna posuwała się do takich rzeczy, że nie mieści się w głowie. Pisać o tym? Może nie. Jakby co to mogę uzupełnić w komentarzach gdyby kogoś interesowało. W każdym bądź razie wszystko i wszyscy byli przeciwko nam. A my wbrew temu wszystkiemu zaręczyliśmy się w maju. 
Jeszcze tylko wspomnę o jednym bardzo emocjonującym wydarzeniu. W marcu śpiewałam w filharmonii wraz z chórem Requiem Mozzarta. 
Jesteśmy przy zaręczynach. Mąż zrobił mi niespodziankę. Zorganizwał grilla ze znajomymi, a później w środku lasu przystrojonego w firanki, przy stoliczku na którym stała butelka czerwonego wina i kieliszki, ubrany elegancko, oświadczył mi się. 
Oczywiście każdy twierdził, że to za wcześnie, że jesteśmy zbyt młodzi albo że na pewno jestem w ciąży. A my wiedzieliśmy swoje i nie widzieliśmy świata poza sobą.

Odkopałam pamiętnik z tamtego okresu. Zacytuję fragment. Co Wy na to?
24.03.2008
"To wszystko jest takie głupie! Tak bardzo się kochamy, a nie możemy się pobrać... Smutno mi... Ludzie tak często się chajtają nie wiedząc co tak naprawdę robią, a my wiemy. My się szczerze kochamy. Chcemy być razem do końca życia albo i dłużej jeśli to możliwe. Co robić? Boże,  co robić?
Myśleliśmy o tym żeby się pobrać w tajemnicy, ale czy to możliwe? Tak wszystkich olać? Rodziny nam tego nie wybaczą. Czy jest jakiś ksiądz, który udzieli nam takiego ślubu? Obawiam się że nikt nas nie potraktuje poważnie.
Myśleliśmy też o tym, żeby zrobić sobie dziecko. Musieliby się nam pozwolić pobrać. Tylko jest jeden drobny problem - seks przedmałżeński. Ja chcę zaczekać do ślubu. Bardzo mi na tym zależy. Owszem, dzieciątko chciałabym mieć. Bardzo bym chciała zajść w ciążę, nosić dzidziusia pod sercem,  a potem ten piękny dzień- narodziny. Jeju, jeju... już się nie mogę doczekać!"

Grudzień 2008


Rok 2009.
2.01.2009
"Wierzę w to, że będzie dobrze. Wierzę, że nam się wszystko ułoży. Tak bardzo Cię kocham.
Nawet jeśli moi rodzice nie zaakceptują naszego małżeństwa, to wiesz co? W dupie to mam! Za bardzo Cię kocham żeby się przejmować widzi misiom mojej matki. My i tak będziemy razem,  czy jej się to podoba czy nie. Nic mnie nie obchodzą inni ludzie. Mam plan, który chcę zrealizować: być szczęśliwą u Twego boku". 
Walka nadal trwa.

Wydarzył się cud. Po śmierci mojego wujka, gdy jego żona, a siostra mojej matki została sama z jedyną, dorosłą już córką, moja matka zmieniła zdanie i wyraziła zgodę na ślub. Oczywiście w dalekiej przyszłości, ale my zarezerwowaliśmy terminy na lipiec 2010 i mimo dalszych utrudnień ze strony mojej matki, która jak się okazało jest psychicznie chora (i nie mówię tego złośliwie, ona jest naprawdę chora), dopięliśmy swego. Pobraliśmy się gdy tylko obroniłam licencjat. 

Rok 2010.
3.07 - ślub cywilny, który był naszą słodką tajemnicą.
24.07 -ślub kościelny.
Zamieszkaliśmy, mimo iż nie chcieliśmy, w moim rodzinnym domu. Jako jedynaczka czułam się zobowiązana do pomocy rodzicom, nie chciałam, aby ktoś mi zarzucił, że jako jedyne dziecko ich opuściłam. 
Jako małżeństwo spędzaliśmy cudowne chwile. Skupiliśmy się też głównie na wykształceniu, pracy i odkładaniu oszczędności, co było bardzo ważne w naszej sytuacji, gdyż zamierzaliśmy się wyprowadzić od moich rodziców. Mijały kolejne miesiące. 

Rok 2011.
Matka ciągle knuła i odstawiała nowe akcje, chciała doprowadzić do rozwodu i bardzo pilnowała, żeby nie doszło do poczęcia dziecka. Tak, tak. Przychodziła do nas gdy tylko wracaliśmy do domu i przesiadywała z nami do północy i nieraz dłużej. Zaczęliśmy coraz więcej czasu spędzać poza domem i jeździć do teściów, którzy wydawali mi się normalni. Nie znałam ich zbyt dobrze. Moim rodzicom bardzo się to nie podobało i zaczynały się kłótnie, że  dom traktujemy jak hotel. 
Kawałek wpisu z bloga z 2011 roku:
"Kiedy moje kuzynki szybko po swoich ślubach zaciążyły, zaczęła (moja matka) mnie również podejrzewać o to samo. Czego ja wtedy nie usłyszałam. Że "jestem głupia", "że się skurwiłam", "jestem zwykłą kurwą", "pojebana", "popierdolona", "tylko seks nam w głowie" i że teraz to na pewno zawalę studia. Ale w rzeczywistości to ona chciała żebym ja te studia zawaliła, bo nie mogłam się okazać lepsza od moich kuzynek". 

13 maja 2011 począł się nasz pierworodny. Dokładnie w Dzień Dziecka zrobiłam test. Byłam przerażona, ale tak pozytywnie, bo zarazem przeszczęśliwa. Przede mną ostatni rok studiów i obrona pracy magisterskiej.
Nie chciałam by biologiczni dowiedzieli się o ciąży, czułam że to tylko doprowadzi do jeszcze większego napięcia i  jakże w tym czasie niepotrzebnych awantur.
Fatalnie znosiłam te pierwsze miesiące. Ciągle wymiotowałam. Traciłam na wadze. Lekarz przepisał mi leki przeciwwymiotne, ale nie brałam ich, aby nie zaszkopdzić dziecku. Wolałam się przemęczyć, mimo iż oznaczało to 16 sprintów do toalety dziennie. Jadłam tylko jabłka, bo wszystko inne zwracałam szybciej niż udało mi się połknąć. Bardzo dbałam o siebie, nie farbowałam włosów, nie malowałam paznokci. Cieszyłam się tą ciążą niesamowicie. Mąż mnie wówczas bardzo wspierał i pomagał mi, bo ciąża okazała się zagrożona. Niestety też zaczą  wtedy wątpić w Boga, bo jak sam powiedział "Tyle kurw, co powpadały dobrze ciążę znosi, a taka dziewczyna jak ja tak cierpi".
Przy jakiejś kolejnej awanturze ze strony mojej matki, mąż poklepał ją po ramieniu mówiąc: "Spokojnie, będzie Pani babcią" i z uśmiechem na twarzy pokazał jej zdjęcie z USG, dodał też, że  teraz ja się nie mogę denerwować. Chciał dobrze, mylał że się ucieszą, a tu jednak sprawdziły się moje obawy. Po kilku dniach biologiczni kazali nam się wynosić z domu i tak też zrobiliśmy, przeprowadzając się wówczas do teściów. 
No i zobaczyłam ten cyrk, w który uwierzyć nie mogłam. Z każdym dniem oczy szerzej otwierałam ze zdziwienia. A to dopiero początek był. Prawdziwe piekło zaczęło się gdy urodziłam.

Rok 2012.
Z biologicznymi nie utrzymywaliśmy kontaktu, a po którymś telefonie mojej matki z wyzwiskami i groźbami pod moim adresem, zmieniłam numer.
Studiowałam nadal, do ostatnich dni ciąży bywałam na uczelni. W czwartek zdałam dwa egzaminy, a w piątek o 5 rano jechałam na porodówkę. Wymęczyli mnie tam strasznie, mimo przewężonej miednicy.  Chyba nie ma sensu o tym pisać. Może tylko wspomnę, że gdy już dziecku spadło tętno, to powieźli mnie w końcu biegusiem na cesarkę i tu prawdopodobnie przyczyna autyzmu u syna. Niepotrzebne zwlekanie z cięciem.
27.01.2012 - koło godziny 23 urodziłam  przez cc Maciusia. To był kolejny najpiękniejszy po moim ślubie dzień w życiu. Byłam najszczęśliwsza na świecie!
Szkoda tylko, że teściowa za wszelką cenę chciała to szczęście zburzyć.
I tak się długo trzymałam. Długo chciałam być perfekcyjna i byłam. Wmawiałam sobie, że wszystko jest ok, że przetrwamy to. Przecież tyle razem przeszliśmy. 
Skończyłam studia i obroniłam tytuł magistra, choć było mi bardzo ciężko. Teściowa, ta, która całą moją ciążę się cieszyła (udawała), że będzie bawić wnuka, kóra zapewniała, że po porodzie dokończę studia, będę występować w filharmonii, wypięła się na mnie i gdy po miesiącu od porodu chciałam wrócić na studia powiedziała: "Gówno mnie obchodzi co Ty teraz ze studiami zrobisz". Napisałam podanie o tok indywidualny, które zostało pozytywnie rozpatrzone i na uczelnie jechałam tylko na zaliczenia. Byłam zdesperowana do tego stopnia, że chciałam brać kilkutygodniowego Maciusia ze sobą, autobusem na uczelnię. I wtedy babka mojego męża się zlitowała, że z nim zostanie. Ja musiałam dokończyć studia.  To już były ostatnie miesiące. Gdybym tego wtedy nie zrobiła, to już nigdy by mi się to nie udało, chyba że po trzydziestce.
Maciuś strasznie dawał czadu. Przerażająco się darł, nawet całe noce. Byłam wycieńczona i bardzo samotna. Bez pomocy skądkolwiek. Nie wiedziałam wtedy, że to autyzm tak krzyczy. 
Wspomnę jeszcze o kobiecie - dyrygencie i wykładowcy na mojej uczelni, której się bardzo bałam. Pokazała ludzkie oblicze. Kiedy wpadłam na którąś próbę zmarnowana, ledwie trzymająca się na nogach, podeszła do mnie i kazała iść do domu do dziecka i że nie muszę brać udziału w koncercie, ona rozumie. Płakałyśmy obie. Zobaczyłam w niej człowieka, kobietę, serce, a to taka żyleta była.

Rozpoczęliśmy budowę domu, więc jeszcze nadzieja pomagała mi przetrwać trudne chwile. 
Biologiczna nasłała na nas pomoc społeczną, że niby dziecko nie ma warunków do życia, że mąż nie pracuje, że ja jestem więziona, że nie skończyłam studiów. To wszystko kłamstwa.

Rok 2013.
Nie widziałam, nie chciałam widzieć, że mąż już mnie nie wspiera, że nie ma go przy mnie, że na pierwszym miejscu jest jego rodzina, a nie my.
Biologiczna od czasu do czasu przysłała list z pogróżkami.
Teściowie i babka, robili nam na złość. Nie będę już opisywać, nie warto kciuka na smartphonie nadwyrężać.
I dopadła mnie ta Kurwa - Depresja. Ta suka, na którą nie mogłam sobie pozwolić, na którą nie miałam czasu, której nie miałam możliwości leczyć.
Pierwsze myśli samobójcze.
To ten blog stawał się moją terapią. Początkowo nieśmiało pisałam o swoich problemach, bojąc się zlinczowania i ciągle gdzieś za uszami mając poczucie, że muszę być wdzięczna tesciom, że przyjęli mnie pod swój dach.
Byłam bardzo samotna. Mój nastrój ciągle spadał, byłam przygnębiona, czułam się coraz gorzej, a Maciuś z każdym dniem bardziej dokazywał. Osoby ze zdrowym dzieckiem pojęcia nie mają co ja wtedy przechodziłam i to całkiem sama.
8 lipca 2013 poczęło się drugie dziecię, a depresja pogłębiła się, do tego te ciągłe wymioty. Powtórka z rozrywki.
Na budowie ciągłe opóźnienia. Wyczekiwałam z niecierpliwością wyprowadzki, a tu jak na złość się przyciągało.
Samotność. 
Końcem roku babcia męża trafia do szpitala i przestaje być wredną kurwą.

- toż to dopiero w połowie jestem -

2014.
Babcia zobaczyła, że ma tylko nas, że jej córka nie potrafiła ani razu jej odwiedzić przez miesiąc pobytu w szpitalu i zmieniła do nas nastawienie.
23.03.2014 urodziłam śliczną dziewczynkę, w której zakochałam się od pierwszego wejrzenia i dzisiaj wstyd się przyznać, że nie chciałam tej ciąży. W czasie pobytu w szpitalu Maciusiem zajęła się babcia mojego męża tak jak umiała. Zapięła go na cały dzień w wózku, miała go dość i wcale jej się nie dziwię, bo był bardzo trudnym dzieckiem. Zobaczyła co przechodzę i więcej nie kwapiła się do pomocy, ale Faustynkę chyba pokochała. Mąż też wziął wtedy urlop, więc byłam trochę spokojniejsza.
U teściów cyrki były odstawiane na porządku dziennym.
Macierzyństwo mnie przytłoczyło. Nadal sama na placu boju, a do tego rodpzina mężpa robiła mi na złość w dpalszym ciągu.
Ten rok mijał pod znakiem myśli samobójczych i głębokiej depresji.
Jakbym miała mało problemów, biologiczni grożą mi sądem, że ustalą ze mną kontakty, że mnie zniszczą.
Problemy ze zdrowiem, silne bóle kręgosłupa doskpwierające od porodu osiągnęły apogeum. Rehabilitacja? Haha! Kiedy? Jak? Musiałam zagryźć zęby z ketonalem w paszczy i jakoś funkcjonować.
Ciągłe problemy z synem, wiedziałam już, że  coś z nim nie tak. W końcu doczytałam, że to autyzm. Nie załamało mnie to. Wreszcie zaczęłam go rozumieć i przestawałam obwiniać siebie, że jestem złą matką.
Relacje z mężem pogarszały się z każdym dniem. Teraz to już udawałam, że nie widzę braku jego wsparcia i zaangażowania czy braku z jego strony miłości do nas. Sama siebie oszukiwałam, myślalłam, że po wypropwapdzce się wszystko ułoży, ale budowę szlag trafił. Biologiczni nas nachodzili, grozili. Nie dało by się tam mieszkać. 
Końcem roku zmarł dziadek - ojciec teścia. 
Wiedząc już że syn wymaga terapii, odkładaliśmy kasę na kupno kawalerki, mąż miał wziąć kredyt.
Padła diagnoza - autyzm wczesnodziecięcy. Ucieszyłam się i podjęłam walkę.
I już nadzieja na lepsze jutro wracała, ale nie na długo.

Rok 2015.
Ten rok mijał pod znakiem logopedów, psychiatrów, psychologów, terapii Maciusia i w dalszym ciągu myśli samobójczych, a takich o rozwodzie. 
Z dnia na dzień stawałam się coraz silniejsza, zaczęłam odpierać ataki teściowej, bronić dzieci, miałam dla kogo walczyć.
To pewnie dziwnie zabrzmi, ale to właśnie autyzm syna uratował mi życie. Dla Maciusia podjęłam walkę z tą Kurwą- Depresją. W reszcie poczułam, że mam dla kogo żyć.
We wrześniu Maciuś zaczął edukację w przedszkolu integracyjnym, ale to była pomyłka, bo nie było z nim żadnego kontaktu. To był ciężki okres dla nas wszystkich. Na szczęście zwolniło się miejsce w przedszkolu terapeutycznym, do którego przenieśliśmy syna równo z początkiem następnego roku.

Rok 2016.
Dostaliśmy pozew od moich biologicznych o ustalenie kontaktów z wnukami. Ze mną nie mogą ustalać takich kontaktów, bo jestem pełnoletnia. To był rok batalii sądowych i mojej walki o samą siebie. Złe samopoczucie i ból fizyczny spowodowały, że zaczęłam się diagnozować. Znaleziono winowajcę.
Hashimoto.
Jednak to nie wszystko. 
Ból fizyczny był tak silny, że leżałam wręcz sparaliżowana w dziwnie powyginanej pozycji i płakałam, a dzieciaki skakały po mnie. Ciągły brak wsparcia męża powodował, że nadal się oddalaliśmy od siebie, a on  wręcz zarzucał mi, że udaję. Gdy ataki miałam coraz częstsze,  a ból powodował omdlenia odwiedziłam ginekologa. Diagnozy ciąg dalszy.
Endometrioza.
Leczenie. Dzięki Bogu trafione, ale trwało półtora roku. Obyło się bez operacji. I wreszcie przestałam bez powodu przybierać na wadze. Wreszcie mogłam jeść. 
Mąż zaczął mnie rozumieć i na nowo wspierać. Małymi krokami zbliżaliśmy się do siebie, chociaż nie było mi łatwo mu zaufać.
W między czasie zmagałam się też z trądzikiem różowatym, jak się okazało wywołanym właśnie endometriozą.
U teściów wciąż było źle, ale było mi łatwiej, bo mąż na nowo zaczął być po mojej stronie.
Jesienią zapisałam się na kurs prawa jazdy i zakończyłam go wraz z końcem roku.

- jeśli nie chce się Wam tego wszystkiego cztać to zrozumiem, ale piszę, bo takie wwyzwanie -

Rok 2017.
Odzyskiwałam siły i chęci do życia. Chyba przepracowałam parę rzeczy i pogoniłam depresję. 
Fragment z bloga - styczeń 2017:
"Może mam trochę bardziej przerąbane niż inni. Nie dlatego, że mam niepełnosprawne dziecko. Tylko dlatego, że mam toksycznych rodziców, którzy potrafili mi nawet sprawę w sądzie założyć z nadzieją, że uda im się wyciągnąć ode mnie pieniądze (sprawa ciągnie się już rok), wyrzekli się mnie dawno temu, mimo iż nie mieli najmniejszych powodów ku temu. Teściowie, jak ktoś kiedyś napisał - "wpadłam z deszczu pod rynnę".  Mąż - jest dobrym człowiekiem, kochającym ojcem. Jest i to jest dla mnie ważne, bo trzy lata temu nawet jego nie było, czułam się bardzo samotna i opuszczona, ale nie poddałam się. Jest lepszym mężem niż kiedyś i mam nadzieję, że nam się ułoży i będziemy w końcu szczęśliwi. Dom który zaczęliśmy budować chcemy sprzedać za kilka lat, ale najpierw chcemy kupić, mam nadzieję, Że niedługo niewielkie mieszkanie. Wszystko jest na dobrej drodze".
Zdałam egzamin na prawo jazdy za pierwszym razem.
Zakończyliśmy sprawy sądowe z korzystnym dla nas postanowieniem. Biologiczni żadnych kontaktów nie uzyskali, ani pieniędzy od nas nie dostali. 
Zgubiłam parę kilogramów, które w kolejnym roku wróciły.
Próby sprzedania niewykończonego domu.
Podjęcie przeze mnie terapii u psychologa w Centrum Pomocy Rodzinie.
Teściowie bez zmian.
Relacje z mężem coraz lepsze. Bywały wzloty i upadki, ale nadzieja nie wygasła.
Maciuś przez ten rok poczynił ogromne postępy.
Końcem roku zakupiliśmy kuchenkę elektryczną i już nie wchodziłam teściowej w drogę. Już jej w ogóle nie widywałam, więc moje samopoczucie się poprawiało.

Rok 2018.
Nie mogę tego nieprzekopiować, więc wybaczcie, że tyle Wam dokładam:
"Przeczytałam wczoraj swojego bloga od początku do końca i zauważyłam pewną rzecz.
Przez ostatnie lata wykonałam ogromną pracę nad sobą, bardzo się zmieniłam. Nie wiem jeszcze na lepsze, czy na gorsze, bo po części tak i tak.
Zauważyłam, że po urodzeniu drugiego dziecka zaczęłam obrastać w siłę, aż w końcu przestałam się użalać nad sobą, a jedynie relacjonować wydarzenia, opisywać co mnie wkurzyło. Zaczęłam odpierać ataki i powoli przestawałam bać się teściowej, a w zamian zaczęłam jej nienawidzić. To z pewnością nie świadczy o mnie dobrze i nie jestem z tego powodu z siebie dumna. Tym bardziej, że zaczęłam również przeklinać i źle odnosić się do męża, ale wiecie co? Przestałam przejmować się teściową i teściem. Przestałam traktować ich jak normalnych ludzi, uświadomiłam sobie że to co robią jest złe i nie ma w tym mojej winy.

Właściwie, to nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.
Gdybyśmy się tutaj do teściów nie wprowadzili - ciągle myślałabym,  że mam wspaniałą teściową, ciągle byśmy im we wszystkich pomagali i pewnie zatracili własne życie, a i małżeństwo by pewnie nie przetrwało gdyby mąż nadal był na każde ich zawołanie i słuchał mamusi. A tak to już nawet mój mąż zrozumiał, że to dom wariatów i nie chce mieć z tymi ludźmi nic wspólnego, już nie leci jak posłuszny piesek na każde zawołanie, twierdzi że nie chce mieć z nimi kontaktu po przeprowadzce.

Widzę dla nas szansę.
Mój mąż także się zmienił - na lepsze. Widzę że się stara. Wcześniej było bardzo źle, a ja nie dawałam rady tego wozu ciągnąć sama. Teściowa robiła na złość, mojego męża nastawiała przeciwko mnie, a ja tak cholernie cierpiałam i miałam nawet myśli samobójcze.
Tak... Było już ze mną bardzo źle. Byłam bliska zrobienia tego... Bardzo bliska, bo jeśli się już przykłada nóż do nadgarstka, to jest naprawdę bardzo blisko.
Wielu rzeczy nawet na blogu nie pisałam, a było mi bardzo ciężko. Byłam bardzo samotna i nieszczęśliwa.

Wiecie? Ja od długiego czasu nie myślę o samobójstwie. Dostałam mocy żeby iść dalej, żeby żyć. JA CHCĘ ŻYĆ!"


I było już tylko lepiej. Pomijając te 67 kg na liczniku po Świętach Wielkanocnych.
Pomimo kilkukrotnemu podejmowaniu wcześniej prób odchudzania, postanowiłam wziąć się za siebie. Wiosną straciłam 6 kg, a także podjęłam walkę o pewność siebie. Trochę mnie to kosztowało, ale widzę poprawę. Już nie chodzę po mieście szukając przysłowiowej złotówki. Nie stresuję się w sklepie, na poczcie czy w urzędzie. Wychodzę do ludzi, a miałam z tym problem i to nie mały.
Wielce emocjonujący list do męża, który odmienił nasze życie. Wylalłam w nim wszystkie swloje żale. Nie sądziłam,  że tak bardzo na męża wpłynie i tyle sie zmieni na lepsze.
Powrót syna do integracji - strzał w dziesiątkę.
Młoda zaczęła przedszkole.
Wszystko zaczęło się układać po mojej myśli.
W małżeństwie lepiej niż kiedykolwiek. Jakbyśmy znowu przeżywali miesiąc miodowy, który się nie kończy i nadal trwa.
Przeprowadzka.
Odpoczynek.
Spokój.

Grudzień 2018


2019
Żyję i czuję się szczęśliwa. To moje największe osiągnięcie.
Pozwólcie, że jeszcze zacytuję fragment z przedślubnego pamiętnika:
16.08.2009
"Może niektórym wyda się to dziwne, ale moim największym marzeniem jest wyjść za mojego Skarba, gotować mu obiadki, przygotowywać wspólną kąpiel przy świecach, pasować mu koszule i rodzić mu dzieci. Pracować tak, aby mieć kasę na tzw. waciki i odciążyć go trochę".
Spełniło się.
I tymi pozytywnymi słowami zakończę ten wpis.


W ostatnim wpisie pominęłam "Kiss me", więc uzupełniam!


Kogo typuję do dalszej zabawy? Nie chcę nikogo zmuszać, więc która z Dziepwczyn będzie chciała, może się czuć wytypowana. Zapraszam do zabawy!


Dopisane o 15:30:

Właśnie przyłapałam męża jak w oczekiwaniu na naleśniki, czyta Faustynce bajkę.
Warto było walczyć.

środa, 8 sierpnia 2018

Oczyszczenie cz. 3

Gdy po pierwszym porodzie, w końcu udało mi się pobudzić laktację i byłam uradowana, że po wielkich trudach z brakiem pokarmu, mogę swojemu syneczkowi dać to co najlepsze, moja teściowa ubzdurała sobie, że dziecko ma po moim mleku biegunki i krzyczała na mnie, że chcę wykończyć jej wnuka i że mam natychmiast przestać karmić. Nie miałam wtedy pojęcia, że ona swoich dzieci nie karmiła i tym samym pojęcia nie ma jak owa kupa ma wyglądać, bo perfidnie kłamała, że mój mąż był na mleku z piersi.
Krzyczała na mnie. Ja zapłakana wybiegłam do łazienki, a ona za mną wparowała z tekstem: "No przestań ryczeć, bo depresji poporodowej dostaniesz!"

Powinnam była jej wtedy powiedzieć: "Jak się nie odpierdolisz to na pewno dostanę depresji, tylko nie poporodowej a poteściowej!"

wtorek, 7 sierpnia 2018

Oczyszczenie cz. 2.

Pewna sytuacja 4 lata wstecz:

Jestem z dziećmi na dole w kuchni. Właśnie usmażyłam jakieś kotlety i nadeszła pora karmienia, której malutka Faustynka nie pozwoliła przeoczyć, domagając się płaczem cycusia. Usiadłam na kanapie w kuchni, wyjęłam cyca i zaczęłam Małą karmić.
Nagle do kuchni wpada teściowa z wyraźnym grymasem na twarzy, chwyta patelnię i do mnie ze złością oświadcza: "Umyj tą patelnię, bo ja ją natychmiast potrzebuję!" (ciekawe do czego, bo znając ją od lat, dzisiaj już wiem, że na pewno nie do gotowania czy tam smażenia).
Oczywiście przeszywa mnie tym swoim nienawidzącym wzrokiem z tą swoją wiecznie skrzywioną i niezadowoloną miną i wychodzi.

Ja przestraszona, roztrzęsiona wręcz, bo gdyby wzrok mógł zabijać właśnie straciła bym życie (co nie było nowością, bo znając teściową i życie z nią pod jednym dachem, byłaby to już któraś moja śmierć z kolei), odkleiłam córę od cyca, zostawiłam na tej kanapie i biegusiem poleciałam myć tą patelnię, a do karmienia wróciłam gdy skończyłam.

Boże! Jak ja się tej kobiety bałam. Mnie po prostu trzęsło na jej widok.

Patelnia oczywiście potrzebna nie była, bo teściowa już do kuchni nie przyszła. Dokończyłam karmienie i poszłam z dziećmi na górę.


Głupia jestem jak but z lewej nogi, bo powinnam jej wtedy powiedzieć: "Za chwilę. Poczekaj. Jak nakarmię Faustynkę, to umyję patelnię, a Ty się nie zesrasz jak poczekasz 10 minut". Dzisiaj bym dokładnie tak powiedziała.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Oczyszczenie cz. 1

I chwyciłam ją za ten zryty łeb, zawlokłam do kibla, zaczęłam walić tym jej łbem o miskę klozetową, po czym spuściłam wodę przytrzymując aby go dokładnie spłukać...

Moją teściową rzecz jasna. 


Te obrazy przez ostatnie lata bardzo często przewijały się w mojej wyobraźni.

Nie bierzcie mnie za sadystę. Przecież nigdy bym tego nie zrobiła, choć może powinnam.


Ufff... Co za ulga, tak to z siebie wyrzucić. Normalnie kolejne 5 kg mniej ;) 

wtorek, 10 kwietnia 2018

Dziękuję za rady, wsparcie i wiarę oraz życzenia szczęścia.
Podnosicie mnie na duchu i to wiele dla mnie znaczy.
Dziewczyny, dziękuję że jesteście ze mną zarówno w chwilach dobrych jak i złych oraz w chwilach zwątpienia.

Dziś mam bardzo dobry dzień (Nie chwal dnia przed zachodem słońca).
Wczoraj dzień również był udany. Mąż bardzo, ale to bardzo mnie odciążył. On chyba nawet pojęcia nie ma jak BARDZO mnie odciążył. Zrobił małą rzecz, która mi dała bardzo wiele. Wziął w pracy godzinę wolnego rano (ma dużo nadgodzin). Wczoraj i dzisiaj.

Boże! Jak ja wypoczęłam! To jest jedna godzina dla niego, kiedy to odwiózł Maciusia  do przedszkola i pojechał na 8 do pracy, a dla mnie to jest cały dzień! Cały dzień kiedy to nie musiałam się ruszyć z domu i wlec autobusami z dwójką dzieci do przedszkola i później wisieć gdzieś w powietrzu z córką, bo nie bardzo się opłaca tyle km wracać, żeby za chwilę spowrotem jechać po Młodego do przedszkola, oczywiście wszystko z córką.
Jak mi to dużo dało. Spędziłam sobie z córą babski dzień, wczoraj i dzisiaj, bo mąż też może Maćka koło 15 odebrać.  No po prostu super. Nadrobiłyśmy wszystkie przytulaśnie zaległości, kąpałyśmy lalki, gotowałyśmy, dzisiaj robimy recyclingowy pokaz mody, malujemy, rysujemy.  Świetnie się bawimy. Gdy dzieci jest dwoje, to spory między nimi są nieuniknione, więc kłótnie i bójki to norma. A szczególnie uważać trzeba gdy jedno ma autyzm i jest wręcz nieprzewidywalne. Oczy dookoła głowy i ani mrugnąć nie można.

Odpoczęłam. Wczoraj naprawdę odpoczęłam i to takim niedużym kosztem. Dzisiaj też luz i polenić się mogę ;)



Doskonale rozumiem, że nie powinnam rozpamiętywać, wracać do przeszłości, wypominać. Staram się nad tym pracować.
Nie jest to dla mnie łatwe, bo jestem osobą pamiętliwą i analogiczną, pt. "Tak już zawsze będzie...". Pamiętam taki filmik z YouTubea jak chłopczyk po wyjściu od stomatologa wraca do domu, a że wcześniej dostał "głupiego jasia"  to się dziwnie czuje, taki spóźniony zapłon i fiksum dyndum w zwolnionym tempie i pyta: "Czy tak już zawsze będzie?" - doskonały obraz mnie.
To zdecydowanie mam do przepracowania. Do tego mój wrodzony pesymizm, a może realizm - jak zwał tak zwał. To też mi nie ułatwia.
Daję szansę. Odcinam się od tego co było. Zaczynam od nowa.
Daję tą szansę, bo (być może nie uwierzcie, że mogło być gorzej) kiedyś było gorzej i on się nie starał, w ogóle miał klapki na oczach i nie widział, że źle się u nas dzieje, że popełnia jakieś błędy. Ja naprawdę byłam cholernie samotna! Jak czytam wpisy z lat 2013-2016 to widać to jak cholera! Wtedy było bardzo źle. Prawdopodobnie miałam bardzo silną depresję. Dziękuję Bogu, że nie stała się żadna tragedia. Byłam na skraju załamania nerwowego, popełnienia samobójstwa. Mam żal, dużo żalu i to nie pozwala mi się odciąć od przeszłości, ale czuję że warto! Warto zawalczyć!
Podejmuję tę walkę. Dla dzieci, dla rodziny i przede wszystkim dla siebie, bo czuję że mogę być szczęśliwa.
Trzymajcie kciuki!

sobota, 15 kwietnia 2017

Panie Boże, zabierz mnie do Siebie albo gdziekolwiek uważasz.

Dłużej tego nie zniosę.

Zawsze żyłam według przykazań. Za co mnie tak karzesz? Nie zrobiłam niczego złego!

Tyle złych ludzi chodzi po świecie... Dlaczego ja mam tak zrąbane życie?!

środa, 11 stycznia 2017

Mam doła

Jest mi cholernie smutno i przykro.

Od świąt walczę z nadprogramowymi kilogramami z marnym skutkiem: -2, +2, -1, +0,5; -1...

Brak wsparcia dobija. Wczoraj mój kochający mąż powiedział mi, że jestem brzydka i gruba i że i tak nie schudnę, bo jestem już stara. Super! A kilka dni wcześniej zapewniał mnie jak to mu się strasznie podobam i mu do mnie stoi. Jaaasne. Do każdej dziury mu stoi. Po ciemku przecież i tak nie widać, co mi tu będzie ściemniał, że ładna jestem jak mam lustro i widzę jak jest. Czuję się fatalnie. Wyglądam jak wielki okrągły lizak na dwóch patykach. Wyglądam okropnie. Nienawidzę swojej figury. Czemu niektóre kobiety są "gruszkami", czemu ja do nich nie należę? Totalna załamka. Dlaczego tak ciężko mi schudnąć? Kiedyś przez okres dwóch miesięcy udało się mi zrzucić 5 kg ale jadłam dwa malutkie posiłki w ciągu dnia i chodziłam 5-8 km dziennie na piechotę. Brak mi sił. Przeraża mnie widok obwisłej skóry po odchudzaniu, a już teraz nie jest ona jędrna tak jak to było jeszcze po pierwszej ciąży.

Przeglądam metamorfozy na necie i aż trudno mi uwierzyć:

np.

Znalezione obrazy dla zapytania metamorfoza fit

Czy to jest możliwe? A skóra? Nie wierzę, że się tak wchłonęła.

Czy endometrioza i prawie Hashimoto mogą mieć aż taki wpływ na brak efektów w odchudzaniu? Dlaczego? Musi być jakiś sposób na to.

Nigdy nie pogodzę się z wielkim brzuchem i mordą jak księżyc. Nigdy tego nie zaakceptuję.

Mam doła.

Jestem nieszczęśliwa.

piątek, 30 grudnia 2016

Sylwester się zbliża...niestety

Dlaczego niestety? Dlatego, że Agnieszka znowu robi imprezę jak w ubiegłym roku. Tylko tym razem podobno na 40 osób. W ogóle kazała się nam wynieść na dół, bo będzie potrzebowała więcej pokoi, bo się w dwóch nie zmieszczą. Mój mąż ją wyśmiał i kazał sobie wybić to z głowy, bo nie zostawimy swoich rzeczy, sprzętu małolatom. Dzisiaj aby uniknąć awantur, gdy mąż wróci z pracy jedziemy całą czwórką na zakupy. Pranie zrobiłam już o 7 rano. Posprzątałam przedpokój, umyłam okna, powycierałam kurze i nie zamierzam uczestniczyć w ich szopce. Niech sobie sami sprzątają swoje pokoje na tą imprezę. Poza tym obiecałam znajomej, że pomogę w czymś jej nastoletniej córce i umówiłyśmy się na dzisiaj. Pozwolę sobie przypomnieć wpis z ubiegłego roku (31 grudzień 2015) - nie chcę tego przeżywać kolejny raz. Najchętniej wynajęłabym pokój w hotelu na ten czas.

"Wczorajszego dnia nie uniosłam.
Rano, tzn. o 9, bo dla nas rano to 6-7, poszłam z dziećmi na śniadanie, ale że w kuchni śpi Agnieszka z babcią (bo w swoim pokoju się dzidziuś 15letni boi), to się zaczęła wściekać, że ją obudziliśmy. Jeszcze syn zaświecił światło, to się zaczęła drzeć żeby go zabrać. Mówię do niej: „Aga, Ty też będziesz miała kiedyś dzieci”. Zrobiłam szybko śniadanie i poszłam z dziećmi na górę. Nawet jak schodzimy po 10 to jej nie pasuje. Zawsze się czepia i pyskuje. Jak mamusia. Jak po 12 położyłam Faustynkę na drzemkę w pokoju obok i zeszłam na dół po coś z synem, to Agnieszka przyszła i normalnie gadała przez telefon w pokoju w którym śpi dziecko, jak to zobaczyłam, to córkę przełożyłam do wózka w przedpokoju. Wieczorem mąż piekł pizze w piekarniku i nastawił pranie, to teściowa do mnie z wrednością w głosie „Kiedy skończysz to piec?!” Bo jej trzeba było gniazdko, ale oprócz tego w kuchni jest jeszcze trzy, to czemu akurat to jej potrzebne.  Do Maciusia klęła, bo zgasił w kuchni światło „No kurwa zaświeć!!!” Tylko 2 minuty jeszcze się piekło, a ona i tak jeszcze z 15 minut z gniazdka nie skorzystała. Jeszcze kazała mi suszarkę na ubrania wynieść, bo nie może stać. Ja mówię, że nic na górze już nie ma. I faktycznie, bo powynosiłam już dzień wcześniej krzesła, suszarkę poskładałam, mąż nawet orbitreka wyniósł. Mogłam dodać, że jak chce to mogę jej szafę wyrzucić jeszcze jak jej przeszkadza, ale jakoś nie potrafię być wredna. Poszłam kłaść dzieci na górę i słyszałam jak się teść drze, że schodów nie posprzątaliśmy. A oni rąk nie mają? Dlaczego zawsze ja mam sprzątać, co posprzątam, to teściowa robi na schodach nowy magazyn. Ja tylko robię miejsce na jej następne śmieci. Darł się jak głupi, a co dopiero mój mąż sprzątał z Agnieszką JEJ pokój i pokój TEŚCIA bo w nich ma młodzież imprezować. Teściowa tylko pyskowała, że my najwięcej mordą robimy, a nic nie robimy, a przecież nikt nic nie gadał, tylko mój mąż Agnieszkę wołał, żeby sobie pokój odkurzyła, a i tak głupi odkurzył za nią, bo ona powiedziała, że nie będzie. Nie mogłam Młodej uśpić, bo teść szalał jak głupi. W końcu zasnęła, mąż rozłożył suszarkę w przedpokoju i poszedł na dół po pranie. Kładłam Maciusia, który się jak zwykle rozbierał gdy go ubrałam. Słyszę jakieś awantury. Mąż się darł, bo mu matka pralkę odłączyła, a teść za ten czas wyrzucił naszą suszarkę na strych. Kłócili się wszyscy strasznie. Mąż długo nie wracał, bo chciał dokończyć pranie. Starej suszarka przeszkadzała i skakała jak diabeł, teść oczywiście po jej stronie, a przecież do rana ubrania wyschną. Na imprezę się mają schodzić dopiero o 21 godzinie, to prawie doba. Ja wyjrzałam z pokoju, suszarki nie ma, na dole się żrą, rozpłakałam się, zamknęłam drzwi od  pokoju. Pamiętam, że Maciuś stał golutki obok łóżka i tyle. Później pamiętam dopiero jak mąż coś do mnie mówi, spojrzałam na syna, stał w swetrze, a ja leżałam w szkle. Pamiętam, że babcia trzymała mi nogi do góry, nie czułam rąk. Słyszałam jak mąż coś krzyczy, ale byłam tak oszołomiona, że nic nie rozumiałam. Było mi strasznie zimno i zaczęłam wymiotować. Oni dalej się kłócili. Teść krzyczał, że najlepiej zemdleć i że ja histeryzuję. Zemdlałam, bo organizm już nie wytrzymał tego wszystkiego. Mam okropnego guza na czole, bo musiałam mdlejąc uderzyć o coś. W ogóle w meble jakoś wjechałam, że mi szklanka z szafy (mąż przed dziećmi odstawił wysoko) niemal na łeb spadła. Dzięki Bogu, że się syn nie pokaleczył, bo jeszcze nie spał".

czwartek, 21 lipca 2016

Od trzech lat stoję w miejscu

Fragment wpisu z: 28 październik 2013:

"Nie potrafię męża nakłonić do podjęcia takiej decyzji związanej z przeprowadzką. Tyle razy próbowałam i zaczynałam ten temat, ale jemu jest dobrze tak jak jest. Niby ma dosyć swoich rodziców, tych awantur i tej atmosfery tutaj, niby ich nie znosi, ale jednak wciąż trwamy w tej chorej sytuacji i nadal mieszkamy u teściów."

Czy coś się zmieniło? NIE!

I ja się jeszcze dziwię moim stanem, zmęczeniem i niechęcią do wszystkiego. Skoro bezskutecznie walczę od trzech lat o to samo. On ma mnie po prostu w dupie i taka jest prawda. Muszę się w końcu z tym pogodzić. On mnie nie kocha. O co ja w ogóle walczę?

Wczoraj też mu wygarnęłam jak to ma gdzieś moje zdrowie i mu na mnie w ogóle nie zależy, ale dowiedziałam się tylko jaka to jestem pojebana i co ja w ogóle chcę, bo przecież nic mi się tu nie dzieje. On w ogóle nie wiąże mojego stanu z atmosferą w tym  domu, ani z tym jak jego matka mi daje popalić, jak dawała mi popalić od samego początku. Bo wg niego skoro coś niedobrego zaczęło się ze mną dziać 3 lata temu to właśnie wtedy coś musiało mieć na to wpływ, a jego mamusia mnie przecież denerwowała już dwa lata wcześniej. Ja mu tłumaczę, że widocznie się miarka przebrała właśnie wtedy i dlatego to moje przygnębienie. Jednak on dalej swoje. Że żeby dostać depresji to się musi coś wydarzyć - jedno traumatyczne zdarzenie np. śmierć bliskiej osoby, rozwód... On zrzuca moją domniemaną depresję na niepełnosprawność mojego syna, ale to nieprawda. Nigdy nie miałam z tym problemu. Jestem pewna, że mój stan mogę zawdzięczać jedynie mojej teściowej, albo raczej mojemu mężowi, który nic z tym nie zrobił.

Jeszcze usłyszałam, że bez niego nic nie znaczę i zdechnę z głodu. A jak się miał żenić to go tatuś ostrzegał, że: "Wszystko i tak zawsze będzie - Twoja wina". No i oczywiście miał rację.

poniedziałek, 18 lipca 2016

Jestem tak cholernie zmęczona. Brak mi sił. Jestem zmęczona życiem.

Mam 28 lat i jestem przerażona, bo czuję się jak stara baba (Jeśli kogoś uraziłam tym porównaniem, to przepraszam, nie o to mi chodziło).

Nie wiem co się ze mną dzieję. Nic mi się nie chce, nie mam na nic siły. Odbębniam od rana do nocy swoje obowiązki i padam mordą na pysk. Coraz częściej miewam problemy z zasypianiem, a gdy zasnę to się budzę w nocy po pięć razy.

Wydaje mi się, że był czas gdy miałam bardziej przewalone i też byłam wykończona, a jednak miałam chęć do życia. Teraz nic mnie nie cieszy, jestem ciągle przygnębiona. Ten stan trwa od trzech lat. Coraz częściej pojawiają się bóle i zawroty głowy.

Boże! Ja mam 28 lat. To w dzisiejszych czasach nie jest dużo! Mąż się dziwi co ja w ogóle chcę. Przecież za chwilę będę miała 30 lat, nie jestem młoda według niego. Ale to że mam trzydziestkę na karku to znaczy że moje życie się już skończyło?

Tracę już nadzieję, że kiedykolwiek się stąd wyprowadzimy i zmieni się cokolwiek w moim życiu.

Tak wiem znowu narzekam. Sorry...

Wiem, że macie mnie już dosyć. Także mam się dość.

Zaproponowałam mężowi kilkudniowy wyjazd wraz z dziećmi i co? I gówno. No bo po co? Co za różnica czy spędzimy weekend tutaj czy w jakimś domku czy motelu? Wg niego tylko taka że taki wyjazd to niepotrzebne wydatki. Przecież nic się nie zmieni.

Ja tak bardzo potrzebuję odpocząć. Odpocząć od widoku mordy mojej teściowej. Tak właśnie od tego!

środa, 13 lipca 2016

Fatalnie się czuję. Mam wszystkie objawy niedoczynności tarczycy. Zrobiłam badania - TSH w normie. Co mi jest?

Czy to depresja? Mąż twierdzi że to niemożliwe, bo ja przecież nie mam powodów aby dostać depresji!

Przedemną kolejne badania. Endokrynolog, dermatolog, ginekolog i muszę poprosić u lekarza rodzinnego skierowanie do psychologa, bo coś jest nie tak.

środa, 17 lutego 2016

Czarno to widzę.

CHCĘ ABY CAŁY ŚWIAT WIEDZIAŁ, ŻE JEŻELI KIEDYKOLWIEK POPEŁNIĘ SAMOBÓJSTWO, TO ZROBIĘ TO TYLKO I WYŁĄCZNIE PRZEZ MOJĄ TEŚCIOWĄ I MAM NADZIEJĘ, ŻE TO WŁAŚNIE ONA ZA TO ODPOWIE.

czwartek, 31 grudnia 2015

Gdyby coś się stało dzieciom...

Wczorajszego dnia nie uniosłam.

Rano, tzn. o 9, bo dla nas rano to 6-7, poszłam z dziećmi na śniadanie, ale że w kuchni śpi Agnieszka z babcią (bo w swoim pokoju się dzidziuś 15letni boi), to się zaczęła wściekać, że ją obudziliśmy. Jeszcze syn zaświecił światło, to się zaczęła drzeć żeby go zabrać. Mówię do niej: "Aga, Ty też będziesz miała kiedyś dzieci". Zrobiłam szybko śniadanie i poszłam z dziećmi na górę. Nawet jak schodzimy po 10 to jej nie pasuje. Zawsze się czepia i pyskuje. Jak mamusia.

Jak po 12 położyłam Faustynkę na drzemkę w pokoju obok i zeszłam na dół po coś z synem, to Agnieszka przyszła i normalnie gadała przez telefon w pokoju w którym śpi dziecko, jak to zobaczyłam, to córkę przełożyłam do wózka w przedpokoju.

Wieczorem mąż piekł pizze w piekarniku i nastawił pranie, to teściowa do mnie z wrednością w głosie "Kiedy skończysz to piec?!" Bo jej trzeba było gniazdko, ale oprócz tego w kuchni jest jeszcze trzy, to czemu akurat to jej potrzebne.  Do Maciusia klęła, bo zgasił w kuchni światło "No kurwa zaświeć!!!" Tylko 2 minuty jeszcze się piekło, a ona i tak jeszcze z 15 minut z gniazdka nie skorzystała. Jeszcze kazała mi suszarkę na ubrania wynieść, bo nie może stać. Ja mówię, że nic na górze już nie ma. I faktycznie, bo powynosiłam już dzień wcześniej krzesła, suszarkę poskładałam, mąż nawet orbitreka wyniósł. Mogłam dodać, że jak chce to mogę jej szafę wyrzucić jeszcze jak jej przeszkadza, ale jakoś nie potrafię być wredna. Poszłam kłaść dzieci na górę i słyszałam jak się teść drze, że schodów nie posprzątaliśmy. A oni rąk nie mają? Dlaczego zawsze ja mam sprzątać, co posprzątam, to teściowa robi na schodach nowy magazyn. Ja tylko robię miejsce na jej następne śmieci. Darł się jak głupi, a co dopiero mój mąż sprzątał z Agnieszką JEJ pokój i pokój TEŚCIA bo w nich ma młodzież imprezować. Teściowa tylko pyskowała, że my najwięcej mordą robimy, a nic nie robimy, a przecież nikt nic nie gadał, tylko mój mąż Agnieszkę wołał, żeby sobie pokój odkurzyła, a i tak głupi odkurzył za nią, bo ona powiedziała, że nie będzie.

Nie mogłam Młodej uśpić, bo teść szalał jak głupi. W końcu zasnęła, mąż rozłożył suszarkę w przedpokoju i poszedł na dół po pranie. Kładłam Maciusia, który się jak zwykle rozbierał gdy go ubrałam. Słyszę jakieś awantury. Mąż się darł, bo mu matka pralkę odłączyła, a teść za ten czas wyrzucił naszą suszarkę na strych. Kłócili się wszyscy strasznie. Mąż długo nie wracał, bo chciał dokończyć pranie. Starej suszarka przeszkadzała i skakała jak diabeł, teść oczywiście po jej stronie, a przecież do rana ubrania wyschną. Na imprezę się mają schodzić dopiero o 21 godzinie, to prawie doba. Ja wyjrzałam z pokoju, suszarki nie ma, na dole się żrą, rozpłakałam się, zamknęłam drzwi od  pokoju. Pamiętam, że Maciuś stał golutki obok łóżka i tyle. Później pamiętam dopiero jak mąż coś do mnie mówi, spojrzałam na syna, stał w swetrze, a ja leżałam w szkle. Pamiętam, że babcia trzymała mi nogi do góry, nie czułam rąk. Słyszałam jak mąż coś krzyczy, ale byłam tak oszołomiona, że nic nie rozumiałam. Było mi strasznie zimno i zaczęłam wymiotować. Oni dalej się kłócili. Teść krzyczał, że najlepiej zemdleć i że ja histeryzuję. Zemdlałam, bo organizm już nie wytrzymał tego wszystkiego. Mam okropnego guza na czole, bo musiałam mdlejąc uderzyć o coś. W ogóle w meble jakoś wjechałam, że mi szklanka z szafy (mąż przed dziećmi odstawił wysoko) niemal na łeb spadła. Dzięki Bogu, że się syn nie pokaleczył, bo jeszcze nie spał.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

piątek, 30 stycznia 2015

Kilka słów

Jestem, żyję. Czy dobrze? Chyba nie bardzo, ale jakoś to jest.

Troszkę się pozmieniało, więc mam sporo do napisania, ale zrobię to innym razem, bo troszkę się pochorowaliśmy i Faustynka prawie cały czas wisi mi na rękach, Bidulka, ale jest bardzo dzielna. Ostatniej doby spałam tylko godzinkę, jest mi ciężko, kręgosłup nadal boli. Córcia waży ponad 9 kg.

Mam nadzieję że teściowa za swoją wredność dostanie odpowiednie wynagrodzenie.

niedziela, 4 stycznia 2015

...

I kogo ja chcę oszukać...

...moje małżeństwo nie ma sensu

...moje życie nie ma sensu

Nigdy nie będę szczęśliwa.

środa, 5 listopada 2014

Brak mi sił

Boże! Widzisz a nie grzmisz!

Dosyć mam już tego wszystkiego!

Już nawet szkoda pisać, bo to w kółko o tym samym.

Rodzina męża ma wszystko czego zapragnie, a i tak ciągle im mało.

Musiałabym chyba pójść do pracy (dzieci rzecz jasna brać ze sobą) i teściom oddawać całą wypłatę, a i tak śmiem twierdzić, że to nie wystarczy żeby było dobrze. Jeszcze pewnie catering dla teściowej bym musiała załatwić i McDonald'sy siostrom męża przywozić codziennie.

Szlag mnie kur** jasny trafia.

piątek, 24 października 2014

Teściowa

Fatalnie się dziś czuję. Za dużo nerwów, za dużo stresów. Przerasta mnie już to wszystko. Ja mam po prostu taki charakter, że się przejmuję. Jestem zbyt wrażliwa.

Od kilku dni teściowa chodzi zła jak osa i knuje jak uprzykrzyć mi życie. Nie może znieść, że odnieśliśmy sukces w nocnikowaniu i od niedzieli syn korzysta z nocnika, z pieluchami pożegnaliśmy się na dobre, również w nocy. A jej córki w pampersach biegały do czwartego roku życia. Nie żebym tu ściemniała przez złość na teściową. Mój mąż już był na studiach jak jego siostry nosiły pieluchy (są od niego 15 i 16 lat młodsze). Studia zaczął w wieku lat 19 to one miały 3 i 4.

Podejmowałam się odpieluchowywania odkąd Młody skończył 18 miesięcy. Początkowo  nocnik służył jako kapelusz. Przechodziliśmy przez kolejne etapy: strach przed siadaniem na nocnik, siadanie wyłącznie w kompletnym ubraniu - nocnik służył jako fotel, próby sikania do ubikacji skoro z nocnikiem nie szło, w lecie ganianie z gołą pupcią. No było różnie. Syn nie był gotowy, choć kilka miesięcy temu byliśmy na dobrej drodze, bo M odsikiwał się ładnie na podwórku, ale teściowa zrobiła aferę jak popuścił w kuchni na płytki, ale o tym już kiedyś pisałam. Wojna była o pare kropel moczu, a przecież wypucowałam im podłogę. Teść zabronił puszczać dziecko bez pieluchy i wróciliśmy do punktu wyjścia jeśli nie gorzej, bo Młody się tak przestraszył, że nawet w majty się nie zsikał. Trzymał tak długo dopóki nie ubrałam mu pampersa. Żałuję że wtedy odpuściłam, ale i tak jest dobrze, bo już myślałam że nie pozbędziemy się pieluchy do trzecich urodzin. A tu proszę, do urodzin jeszcze kilku miesięcy brakuje. Teraz syn jak mu się chce sam bierze nocnik, stawia na środku pokoju, zdejmuje gaciorki, nasika i mnie woła ucieszony. Później idziemy razem do ubikacji zrobić "siku papa".

W poniedziałek i tak teściowa za mną chodziła i kazała synowi pampersa ubierać, ale się nie dałam. Powiedziałam: "Nie ma mowy".

Wczoraj w czasie obiadu Mały M biegał z gołym tyłkiem, przysłoniętym prawie do kolan koszulką. Teściowa zaciągnęła teścia do salonu i mu truła żeby nam poszedł powiedzieć żeby go ubrać. W końcu przyszedł do kuchni i zaczął że jak nie dajemy pieluchy to żeby ubrać spodnie, bo niby nerki się mu przeziębią. Nawet nie zwróciłam na to uwagi, miałam stos garów do umycia, a w kuchni było z 24 stopnie ciepła. Jak kąpię wieczorem niemowlę w naszym pokoju w którym jest dość chłodno, to się nie martwią o nerki Faustynki. Teść w piecu pali dopiero o 22 jak sam się idzie myć. Po chwili przyszła teściowa i mi kazała Młodego ubrać, a potem do teścia: "No! Powiedziałam im", a on do niej: "A niech se robią co chcą". Widocznie miał dość jej gderania i jej powiedział żeby sama poszła mi powiedzieć, a nie jego wysyła. Ja im się do dzieci nie wtrącam, ale miałam ochotę zapytać czy przypadkiem siostry męża się nie mają uczyć, a poza tym miałam ochotę zdjąć gacie i sama latać z gołym tyłkiem, ale obawiam się że teściowa mogłaby nie przeżyć widoku koronkowych majtek na moim krągłym wyćwiczonym tyłku.

Wieczorem gdy zeszłam zrobić kolację, a Maciek pobiegł do sypialni, usłyszałam jak teściowa się drze do Agnieszki żeby go pilnowała. Poszłam po niego i powiedziałam: "Choć Maciuś, nie będziesz tu sam siedział bez opieki". Chodziło mi głównie o to że Agnieszka go pilnować nie będzie, bo jak mojemu mężowi napyskowała ostatnio. Teściowa chyba to wzięła do siebie, bo skoczyła do mnie: "Ty już coraz lepiej ryjesz!" No ja pierdziu... Jedyną osobą, która ryje jest ona. Ja jakoś z każdym się świetnie dogaduję tylko nie z nią. To chyba o czymś świadczy.

Naprawdę mam dosyć tej kobiety. Wiecznie jej coś nie pasuje. A to że z dziećmi sobie radzę, ugotuję smacznie, w pokoju mam porządek, czytam dzieciom wiersze i bajki, śpiewam piosenki, gram z synem w piłkę, mąż na mnie leci, dbam o siebie. Ona takich rzeczy nigdy w życiu nie robiła. O wszystko jest zazdrosna, zamiast się cieszyć że syn tak dobrze trafił. Nie uważam żebym powiedziała coś złego. Wszyscy dobrze wiedzą że one sie M nie zajmą. Jedyną osobą, która darzy moje dzieci miłością jest babcia mojego męża, matka teściowej. Niestety boi się córki więc choćby była po mojej stronie, nie może o tym powiedzieć.

To jaka jest moja teściowa przechodzi ludzkie pojęcie. Gdy byłam w pierwszej ciąży potrafiła nawet herbatę chować, bo ona nie będzie sponsorować. Takim sposobem od początku mamy swój papier toaletowy, mydło, proszek do prania, olej do smażenia... swoje wszystko i jeszcze nam to ginie. W zaawansowanej ciąży potrafiła mnie z łazienki wygonić ze spienionym szamponem na głowie, bo ona musi pierwsza umyć włosy żeby jej ciepłej wody nie brakło.

Gdy M się urodził bawiła się w lekarza. A z niej taki lekarz jak z koziej dupy trąba. Najpierw narobiła bigosu z pępkiem i jak już było źle to powiedziała że ona nie jest lekarzem, odwróciła się na pięcie i poszła. Strasznie chciałam karmić piersią i robiłam co mogłam żeby pobudzić laktację. Udało się. Dziecko zwiększyło ilość kupek do 7 w ciągu dnia, a ona zaczęła histeryzować, że dziecko ma po moim mleku biegunki i mam natychmiast przestać karmić. Najgorsze że wszyscy stanęli po jej stronie. Starałam się odciągać, ale nie utrzymałam laktacji. Synek miał na buzi potówki z przegrzania, bo go przykrywała kołdrami i nie pozwoliła mu czapki ściągać. Podniosła histerię że trzeba mleko zmienić na sojowe bo dziecko ma skazę białkową. Nie pozwoliłam nic zmieniać, bo widziałam że to potówki. Gadała do wszystkich że dziecko ma przejebane, bo śpi w łóżeczku i to bez poduchy, a ja powinnam męża z łóżka wyrzucić i spać z dzieckiem. Mało tego, jestem wyrodną matką bo powinnam całą noc stać nad dzieckiem i sprawdzać czy oddycha. Po szczepieniu syn miał lekką gorączkę i płakał, to sie na nas darła po co go szczepiliśmy, ona swoich nie szczepi, aż upomnienia do domu przychodzą.

Swoją drogą cały ośrodek zdrowia ma z niej polewkę. Pielęgniarka, która szczepiła małego wprost mówiła żebym nie słuchała teściowej tylko przychodziła szczepić. Stomatolożka mówiła że moja teściowa to wariatka i hipochondryczka. Kardiolodzy ją z gabinetu wyrzucają mówiąc, że pierw ich wykończy,  później swojego męża. Nasz wspólny ginekolog raz jej powiedział żeby się wnukami zajęła  a nie choroby sobie nowe wymyślała.

Teściowa zabraniała wychodzić z synem na spacery, bo dostanie zapalenia płuc. Musiałam ukradkiem przesiadywać z dzieckiem na balkonie. Młody bardzo boleśnie ząbkował, gorączkował, to gadała że go zaziębiłam, że go za lekko ubieram, pokój wietrzę żeby go specjalnie przeziębić, na balkonie go w śniegu trzymam żeby chorował. Pomysły ma zadziwiające biorąc pod uwagę że syn może dwa razy w życiu miał katar. Rozpowiadała że dziecko płacze  w łóżeczku a ja leżę. Dzisiaj sama się sobie dziwię że jej za to wszystko nie strzeliłam w twarz. Tylko ja wiem ile się syna onosiłam godzinami nie raz gdy mu zęby wychodziły, ile nocy oka nie zmrużyłam. Gdy miał 9 miesięcy i dopadł nas wirus żołądkowy, to teściowa zabarykadowała się w sypialni żeby się nie zarazić, a ja ledwie żywa na kolanach wychodziłam po schodach z czterdziestostopniową gorączką żeby dziecku przynieść wodę. Nigdy  mi w niczym nie pomogła, ale my mamy być na  każde zawołanie rodziców męża.

Albo jak sobie włosy pofarbowałam to do mojego męża wyskoczyła z tekstem: "Ty głupku myślisz, że ona się dla ciebie farbuje?". A dla kogo niby, jak on sam wybierał farbę?

Kiedyś miała miejsce taka sytuacja: robiłam razem  z babcią krokiety. Wyszło 11 więc stwierdziłam, że należałoby dorobić żeby każdemu wystarczyło. Zrobiłyśmy więcej, a teściowa rozpętała wojnę że my niby im nie chcemy dać i się jakoś krzywo patrzymy. Teść powiedział, że z taką łaską to nie chce. Cholera jasna! Po to robiłam te krokiety żeby się wszyscy najedli, ale to właśnie teściowa jak zwykle musi ryć.

Kiedy biorę prysznic teściowa w kuchni puszcza gorącą wodę, wówczas ja mam zimną bądź odwrotnie. Był czas że w ogóle odłączała wodę  i myłam się w zimnej. Mogłabym bez końca wyliczać, ale  nie mam na to ani czasu, ani chęci.

Za to mam do Was kilka pytań:

1. Jak wspominacie naukę nocnikowania u swoich pociech? Poszło łatwo czy raczej nie? Jak długo Wam to zajęło? Prościej było z "sisi" czy "gugu"? Podzielcie się doświadczeniami.

2. Jakie są wasze teściowe? Też robią takie problemy? Jak sobie radzicie?