Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edukacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edukacja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 kwietnia 2021

Nie tak to powinno wyglądać

Miałam dziś pisać  o bezzennościach Maćka. Nie śpimy już równy miesiąc (odkąd wrócił na zdalne). 

Jednak stało się coś co mnie strasznie wkurzyło. Nawet nie to, że wkurzyło, jest mi po prostu cholernie przykro.

To jest robienie sobie jaj z dzieci i ich rodziców. Chodzi o naukę zdalną.

O ile u Maćka w szkole to idzie jakoś normalnie. Materiały adekwatnie przesyłane do tego ile zrobiliby w tym czasie w szkole. Niestety Panie nie nagrywają filmów z tłumaczeniem nowego tematu, ale to nic, bo sobie świetnie radzimy. To w końcu pierwsza klasa. Na angielski się łączą przez platformę. Jakoś to wygląda.

A u Faustyny w zerówce to totalna porażka.

Dwa tygodnie temu Pani po prostu do książek dokleiła karteczkę: "Strony w ćwiczeniach od 51 do 69, a w kaligrafii od 20 do 23" i zadowolona. Wakacje. To i tak nic. Wtedy mnie to nie ruszyło. Pomyślałam "takie czasy, pandemia, no trudno". 

Dzisiaj dostałam zagadnienia na kolejny tydzień. Czytam, kilkanaście stron do zrobienia, poznanie nowej literki, wiersz do przeczytania i omówienia, jakieś piosenki (linki do youtubea) do słuchania i śpiewania, praca plastyczna do wykonania. No ok.

Ja myślałam, że to na cały tydzień. Przewijam dalej, a tam: "Dzień 2:" i sru tu tu tu... i dalej jazda, itp. itd.

...

Dzień 5: wiersz na pamięć i jakieś tam inne pierdoły. 

No pogięło!!!

W przedszkolu w jeden dzień zrobiliby conajwyżej 2 strony i jedną pracę plastyczną!

I Panie mają kolejny tydzień wolnego. 

Nie nie narzekam,  że  muszę z dziećmi robić zadania. Ja to lubię. Mam wręcz wrażenie, że  więcej się uczą siedząc w domu. 

Jednak podejście do nauki zdalnej Pań z przedszkola jest olewające po całości i jest mi zwyczajnie przykro, szczególnie że przed południem spotkaliśmy panie w parku, gdy były na ploteczkach i spacerku z pieskiem, rozmawiały z nami jak to tęsknią za dziećmi, bla bla bla, wracamy do domu i odczytuję tamtego maila. 

No przykro...

wtorek, 1 grudnia 2020

Dziecięcy stres

Nie chcę nikogo obrazić.

Piszę ten tekst, ponieważ przeraża mnie niekompetencja niektórych osób. Podkreślam "niektórych". Tu będzie o pedagogach. Przepraszam, wiem, że tu zaglądają osoby z wykształceniem pedagogicznym i nie chcę nikogo obrazić, dlatego podkreślam, że to nie jest ogólna opinia. Po prostu w każdym zawodzie trafią się osoby z powołania, kochające swoją pracę, są też takie które znalazły się tam z przypadku, bo tak wyszło, bo nie dostali się na studia, na które chcieli i wybrali inne, ale też czasami się tak trafi, że ktoś nienawidzi tego co robi, ale nie ma wyjścia, bo na chleb musi zarobić. I tak jak napisałam, w każdym zawodzie tak się zdarza. Inna sprawa jest taka, że jak ktoś już się na tych studiach znalazł, to zamiast dążyć do tego, żeby coś z tych zajęć wynieść, to prześlizguje się z semestru na semestr po najniższej linii oporu. Tylko, że w przyszłości braki wychodzą. 

Miałam już do czynienia z wieloma pedagogami, terapeutami, głównie za sprawą autyzmu naszego syna. Było różnie, bo ludzie są różni. Jednak chciałabym się tutaj skupić na Faustynce. Pisałam już kilkakrotnie, że się bardzo stresuje, że niechętnie chodzi do przedszkola, jest bardzo wrażliwa, bardziej przeżywa różne sytuacje. W tym roku szkolnym jest w starszakach, tzw. zerówka, czyli obowiązkowe przygotowanie przedszkolne. 

Podstawowym błędem jaki tutaj popełniono i z którego wychodzą kolejne problemy jest to, że grupa mojej córki, to zlepek dzieci w różnym wieku, od 4-latków po 6-latki. Tych 6-latków jest dosłownie 8 osób w grupie 26-osobowej. To już nie można ich było dołączyć do grupy w której są same starszaki? Albo podzielić po równo na dwie mniejsze grupy, ale właśnie samych 6-latków? 

Religia. Ksiądz przychodzi do grupy samych 6-latków, a połowa starszaków z  naszej grupy (4 osoby zapisane na religię) ma we środę rano przychodzić do  sali tamtych 6-latków. Faustynka panicznie się bała iść do tamtej grupy na religię. Dlaczego tych kilku osób nie prowadzi nauczyciel lub pomoc nauczyciela, tylko mają iść same? Dlaczego nie było zapoznania z księdzem? Przecież mógł kilka razy przyjść na te 5 minut do naszej grupy się chociaż przywitać?  Ja wiem, że najprościej powiedzieć dziecku "Jak nie chcesz, to nie musisz chodzić", ale czy to jest aby na pewno właściwe rozwiązanie? Tyle się słyszy, że rodzice są sami sobie winni, bo rozpieszczają swoje dzieci, niczego im nie odmawiają, dla świętego spokoju wszystko kupują i sami w ten sposób uczą dziecko wymuszania. Tak, rodzice też są różni, ale nie tego ma dziś dotyczyć ten tekst. Najbardziej wkurzyło mnie jedno. No bo skoro ja w domu tłumaczę jak wygląda religia, co się tam robi, dlaczego pan ma sukienkę, że może sobie na zajęciach usiąść trochę z tyłu, że idzie razem z przyjaciółką, więc jej będzie raźniej i w końcu to dziecko na religię poszło, zestresowane, ale spróbowała. I o to mi chodziło, żeby tylko zobaczyła jak to wygląda. Bo szczerze to mi to wisi czy będzie na religię chodzić czy nie. Ale skoro się odważyła i poszła i zobaczyła, że tam wcale nie jest tak źle, to dlaczego do cholery jasnej Pani wychowawczyni po religii, zamiast jej powiedzieć, że jest z niej dumna, że Faustynka jest dzielna, to ona powiedziała "Jak nie chcesz, to nie musisz chodzić". Jutro będzie religia, zobaczymy czy tym jednym zdaniem Pani zniweczyła całą moją pracę i tygodnie tłumaczeń. To przecież nie o to chodzi, żeby dziecku przez całe życie ulegać, ustępować, je trzeba do życia przygotować, bo w życiu tak nie będzie jak to wygląda u Claudii, siostry mojego męża, że siedzi całe życie w domu z indywidualnym tokiem nauczania i nie wychodzi z pokoju, bo od małego jej powtarzali, że "szkoła jest zła, nauczycielki głupie i szkołę spalić".  No i co? Musimy być z Panią jednym głosem, to musiałam przytaknąć i potwierdzić Faustynce, że nie musi chodzić na religię jeśli nie będzie chciała i ja nie wymagam tego od niej, ale też porozmawiałyśmy o tym jak było na tych zajęciach i poprosiłam, żeby spróbowała pójść następnym razem, bo koniec końców sama stwierdziła, ze było całkiem fajnie.  

Inna sprawa. We wrześniu Pani coś powiedziała w grupie, że jak pójdą do szkoły, to będą mieć swoje szafki. No i Faustynka przeżywa codziennie przed spaniem, to że ona nie będzie wiedziała, która to jej szafka.  Zamiast czytać/opowiadać bajki, to ja jej wieczorami tłumaczę, że to nie jest powód do zmartwień, że szafki będą na pewno podpisane lub ponumerowane, że zawsze możemy przykleić jakąś małą naklejkę i że nawet jak się pomyli, to nic złego  się nie stanie, bo takie pomyłki się zdarzają a poza tym nie wiemy nawet czy tam są szafki czy zwykła szatnia z wieszaczkami i każdy powiesi rzeczy gdzie chce. I dziecko będzie przez rok przeżywać te szafki, bo Pani bezmyślnie coś powiedziała, ale nie wytłumaczyła do końca, a właściwie to w ogóle. 

Pani niedawno powiedziała, że w szkole będą odpowiadać przy tablicy. Zacznie jakiś temat, ale się nie zagłębi, to po co w ogóle zaczyna?  Teraz Młoda przeżywa, że "co jak nie będzie umiała przy tablicy odpowiedzieć na jakieś pytanie?".

Od wczoraj  była akcja "zadanie domowe". Gdy wróciłam z córką z przedszkola do domu, ta przestraszyła się, bo jej się przypomniało, że kiedyś tam Pani dała zadanie w ćwiczeniach, które włożyli do teczki i mieli te teczki wziąć do domu, a ona zapomniała tej teczki z przedszkola, a to zadanie ma przynieść na jutro. Przeżywała to strasznie. Całe popołudnie i wieczór tłumaczyłam, że to nic, że rano powie Pani że zapomniała, że nawet ja mogę rano do Pani zadzwonić, że zadanie zrobi na następny raz, jak przyniesie teczkę do domu, że dzieci czasami zapominają o zadaniu, że Maciuś też już zapomniał dwa razy, co już do szkoły chodzi, że jej przyjaciółka też kiedyś nie przyniosła całego zadania.  Dzisiaj nie chciała iść do przedszkola. Wysłałam maila do Pani, żeby Faustynkę uspokoić. Biedna sobie strasznie szkodzi tym przejmowaniem się takimi błahymi sprawami, nerwobóli już dostała przez to. Chyba musimy ją skonsultować z psychologiem, bo ona się wykończy. Chce być idealna. Ciągle jej powtarzam, że my nie wymagamy, żeby dążyła do ideału, że kochamy ją bez względu na wszystko. Jezu, ja też byłam perfekcjonistką i miałam bardzo ciężko w życiu przez to. Czy to jest dziedziczne? Ja miałam matkę zrytą psychicznie, która się darła jak dostałam w szkole czwórkę, wyzywała od głupków, gówien i tępaków. Myślałam że to jej wychowanie się przyczyniło do mojego dążenia do perfekcji, do niskiego poczucia własnej wartości, braku pewności siebie. Co robię nie tak? Często powtarzam jej, że jestem z niej dumna, że ją kocham. Często chwalę. Myślałam, że dzięki temu będzie silniejsza ode mnie. 

I jeszcze jedno. Jest w grupie dziewczynka, z którą Panie sobie nie radzą. Nie radzą albo nie chcą, nie wiem. Dokucza innym dzieciom, bije, szczypie, nie słucha Pań, przeklina, pluje koleżankom do zupy, wrzuca dzieciom koraliki do kompotu... itp, itd. I co? Jajco! Nikt jej nie ruszy, nawet z rodzicami rozmów nie zaczynają, bo to dziecko z dysfunkcyjnego domu. I ona jest biedna, bo z patologii, a to ofiary są sobie winne, że się nie bronią. Brawo! To już trwa trzeci rok! Przez nią też Faustyna nie chce do przedszkola chodzić. Do szkoły też pewnie trafią do jednej klasy. 


Jak wyluzować ten mój Mały Kłębek Nerwów?

Podpowiedzcie coś. 

-------------------------------------------------------------------------------

Przeczytałam właśnie fragment:

"Rolą rodzica nie jest sprawiać, aby dziecko miało życie pozbawione trosk – w końcu czekają je różne sytuacje, na które nie będzie miało wpływu. Jego zadaniem jest nauczenie swojej pociechy, jak radzić sobie z silnymi emocjami i nie poddawać się w chwilach stresu"

który tylko utwierdził mnie, że jednak postępuję dobrze tłumacząc i namawiając córkę. No faktycznie, mogłabym odpuścić i powiedzieć "Jak nie chcesz to nie idź dzisiaj do przedszkola", ale ja wiem, że nie tędy droga. Dlatego ciągle z nią rozmawiam,  wyjaśniam, tłumaczę.


"Poczucie bezpieczeństwa to podstawa relacji z dzieckiem. Rozmawiaj, przytulaj, nie bój się okazywać uczuć i chwalić swoją pociechę. Niech czuje, że zawsze może na ciebie liczyć

Szczęśliwy dom daje dziecku poczucie bezpieczeństwa. To miejsce, w którym nie boi się ono o czymś powiedzieć, do czegoś przyznać, w którym jest czas na rozmowę, obowiązki, ale też zabawę.

Bądź ciepła i troskliwa dla swojego malucha. Dużo go przytulaj– ten wiele znaczący gest poprawia samopoczucie i silniej zawiązuje więź między rodzicem a dzieckiem.

Okazywanie uczuć, zapewnianie o tym, że się kocha, że ktoś jest najważniejszy na świecie, nie jest niczym złym. Wręcz przeciwnie – buduje zaufanie i jest kluczowe dla rozwoju psychoemocjonalnego"

/Fragmenty zaczerpnięte z parenting.pl/ 


środa, 30 września 2020

Wzloty i upadki, tornado w mieszkaniu, lekcja muzyki

Chwilę mnie tu nie było, wybaczcie, ale z drugiej strony mam teraz o czym pisać i nie wiem nawet od czego zacząć.

Jeśli chodzi o szkołę Maciusia, to jak na razie jesteśmy bardzo zadowoleni. Młody co rano leci jak na skrzydłach, a po powrocie do domu już w progu oznajmia z radością "Mam zadanie! Mam zadanie! Mam zadanie!". Ostatnio mieliśmy też spotkanie przed kamerką z panią wychowawczynią i psychologiem w sprawie programu terapeutycznego. Maciek został przez panie wychwalony, więc jestem przeszczęśliwa, że tak świetnie się zaaklimatyzował w nowym miejscu, nie buntuje się, nie wdaje w konflikty, jest chętny do pracy. Wręcz panie stwierdziły, że inne dzieci mogą brać z niego przykład. Normalnie duma mnie rozpiera. Wiadomo ma swoje dysfunkcje z uwagi na autyzm, nie wszystko rozumie, no ale po to wybraliśmy szkołę terapeutyczną, żeby miał szansę na lepszy rozwój pod okiem terapeutów. Wychowawczyni poinformowała mnie o zajęciach dodatkowych jakie Maćkowi zostały dobrane i tak z zajęć indywidualnych raz w tygodniu logopeda oraz zajęcia z psychologiem według potrzeb. Zajęcia rewalidacyjne dwa razy w tygodniu. Z zajęć grupowych zajęcia muzyczno-ruchowe, terapia światłem, LEGOterapia, zajęcia wspomagające radzenie sobie z porażką podczas gier np. planszowych (to baaardzo, bardzo się przyda, ponieważ mamy  duży problem, a często gramy w planszówki), dogoterapia. W październiku dostaniemy nową rozpiskę planu lekcji z uwzględnieniem tych wszystkich zajęć dodatkowych, więc już synuś nie będzie kończył lekcji o 12. Myślę, że dla niego to żaden problem, bo tak polubił szkołę, że on by tam najchętniej całą dobę przebywał jakby się dało. Boże, jak ja się cieszę! Jak sobie pomyślę, że miałby co rano płakać, że nie pójdzie, że siłą by go trzeba z łóżka wydzierać i ubierać, a później jakimś cudem do szkoły zaciągać... Tyle problemów odpadło. Chociaż, żeby nie było tak kolorowo, to dla równowagi powróciły problemy ze snem. Widocznie on na wszelkie zmiany reaguje bezsennością. W nocy budzi się co chwilę, lata do kuchni sprawdzić która godzina. W ogóle jest zafiksowany na zegarek. Celowo nie kupiliśmy mu do pokoju zegara, bo już by w ogóle nie spał tylko co minutę sprawdzał która godzina. Może to w ogóle wszystkie zegarki z domu powyrzucać? Nie wiem... 

Zachowania na drodze na razie bez zmian, jest nerwowo i stresująco. 

Pochwalę się! Odnieśliśmy sukces z obcinaniem paznokci!!! 😁

Chyba po prostu nadszedł ten dzień, że się udało i udaje póki co, przynajmniej u rąk, z nogami gorzej.  Tylko, że znowu powrócił problem obcinania włosów. Sami trochę zaniedbaliśmy, więc biję się w piersi, bo przez tą całą epidemię nie poszliśmy z nim do fryzjera, a gdy chcieliśmy sami obciąć synowi włosy przed wrześniem, to się okazało, że znowu jest cyrk, bo przerwa była zbyt długa. Trzeba by mu co miesiąc przycinać centymetr, żeby utrzymać regularność. Teraz sobie ustawię przypomnienie w telefonie, że każda np. pierwsza sobota miesiąca będzie dniem obcinania Maćkowi włosów i myślę, że z każdym jednym obcinaniem włosów będzie lepiej. 

Za to ciągle podtrzymujemy sukces mycia głowy! Hurra!!! 😁

A włosy myjemy teraz codziennie (oczywiście koniecznie z zachowaniem stałego rytuału trzymania szmatki na oczach i spłukiwania wiadereczkiem),  bo obowiązkowo po szkole, przedszkolu dzieci wskakują do wanny. 

Z zębami póki co spokój, więc już chwilę u stomatologa nie byliśmy, ale ubytków u dzieci nie widać, myją ząbki codziennie bez marudzenia. 

Dieta u Maćka jest rewelacyjnie zbilansowana. Chłopak już na prawdę je niemal wszystko. Czasami jakaś zupa mu nie zasmakuje to nie chce, ale zawsze spróbuje. Zjada kasze, makarony, ryż, pieczywo różne, nawet żytnie, wafle ryżowe z dżemem, ciasta, torty, twarogi, jajka pod różną postacią (oprócz na miękko). Je jabłka, gruszki, truskawki, banany, winogrono, pomidory, buraczki, marchewkę, kapustę (gołąbki zjada! krokiety!), sałatę, cebulę (cebularze czy podsmażoną na pierogach), rzodkiewkę, ogórki, nawet kiszone! Choć jeszcze niedawno miał na nie odruch wymiotny. Nawet jak czosnek przecisnę do sosu to zje, a on lubi intensywne smaki. Tak się cieszę, bo u syna nadal problem z podawaniem leków, więc rozszerzona dieta jest tu bardzo ważna. Boże, i pomyśleć, że jeszcze 3-4 lata temu jadł tylko mięso, ryby, ziemniaki i kanapki z szynką. Jak ja sobie przypomnę jak musiałam wstawać codziennie rano o 4:00 i mu te ziemniaki gotować do przedszkola, bo tam nie jadł, to ja tak się cieszę, że mało nie eksploduję z radości!!! 😁

Tak w tym miejscu jeszcze napiszę, wszyscy dzisiaj tacy fit, zdrowe odżywianie, fitness, itp, itd... W szkole prosili żeby na drugie śniadanie nie przynosić słodyczy. Maciek ma zawsze kanapkę/bułeczkę razową, zawsze z jakimś warzywkiem, a co inne dzieci? Ciastka, drożdżówki... Ale jakby się tak z kim zgadać, to zero cukru. Zeroo... Nie wierzcie we wszystko co inni mówią. 


Maciek ma ciągle problemy z koordynacją, utrzymaniem równowagi, potyka się, już nawet w szkole wylądował ze schodów, ale nic, radość nie znika z jego twarzy nawet jak pupa boli. 

Pięknie czyta.

Taka jestem wzruszona.

Mój ośmiolatek. Jeszcze 4 lata temu nie mówił nawet "mama". To jest nie do opisania co ja czuję. 

Rozryczałam się.

Mam tak wspaniałego syna. 

💙💚💛💜💗💙💚💛💜💗💙

Faustynka, moja mała księżniczka z sercem na dłoni.

Patrzę na nią i widzę siebie, moją wrażliwość, moją empatię, moją nieśmiałość, moją dojrzałość, mój strach i stres. Widzę też mojego męża - poranny śpioch 😉

Moja mała córeczka już ma 6 lat.  Ciężko było jej wrócić po tak długiej przerwie do przedszkola. Bardzo przeżywa ten powrót. Czasami popłakuje, mówi, że nawet da się zaszczepić na tego wirusa, żeby już tylko było normalnie. Żebym mogła jak dawniej wchodzić z nią do przedszkola, normalnie odbierać bez stania w kolejkach. Żeby mogła wziąć z sobą ulubionego misia. 

Miała bidula kontuzję. Na placu zabaw w przedszkolu zakuło ją w kolanku i strasznie płakała. A dosłownie wydarzyło się to kilka minut przed tym jak mąż poszedł ją odebrać. Przyniósł ją z przedszkola na rękach zapłakaną. Nic wielkiego się nie stało. Tylko krzywo stanęła, ale już do wieczora przesiedziała na sofie i następnego dnia nie poszła do przedszkola, a kolejnego prosiła żebym odebrała ją wcześniej, bo nie chce iść na plac zabaw. Teraz już jest dobrze, chyba zapomniała. 

Zadziwia mnie jej dorosłość w prowadzeniu dialogu. Nie jest jak inne dzieci, które się drą bo czegoś chcą. Jej można wszystko wytłumaczyć. O wszystkim można z nią normalnie porozmawiać, na spokojnie. Może to przez to, że od zawsze jej tak wszystko tłumaczyłam i ona nie zna, nie wie że można inaczej? Jest świetnym słuchaczem. Gdy czegoś nie rozumie zadaje pytania, a ja zawsze staram się na nie odpowiedzieć. Wielu jej rówieśników nie ma pojęcia jak należy się zachowywać, że w różnych miejscach należy się dostosować i w rezultacie wszędzie zachowują się tak samo, często głośno i niegrzecznie. Faustynka wie, że nie może biegać po sklepie, bo może się zgubić, że nie może krzyczeć, bo będzie innym przeszkadzać, wie, że w kościele należy siedzieć spokojnie i nie rozmawiać, bo to jest miejsce modlitwy. Tak samo w restauracji nie może szaleć, bo to nie miejsce na wygłupy. Od tego są place zabaw, po to chodzimy codziennie na spacerek, żeby się wybiegać, pograć w piłkę. W domu też jest bardzo spokojna. Potrafi się na godzinę zająć malowaniem albo pomaga mi w czasie gotowania czy pieczenia ciast. Potrafi od początku do końca obejrzeć bajkę trwającą ponad godzinę albo słuchać z uwagą gdy jej czytam przed snem. 

Jest też bardzo delikatna i wyczulona na kuksańce od koleżanek. Ona nigdy w domu nie dostała, nigdy, ani jednego klapsa. Też bardzo ją chroniliśmy przed Maćkiem, żeby jej nie zrobił krzywdy. Wiecie jak z nim było, jaki był w stosunku do Faustynki agresywny. My w domu nawet głosu nie podnosimy, więc ona nawet nie wie jak to jest na nią nakrzyczeć. Może to źle. Sama nie wiem. W sumie moja matka mnie wychowywała przez zastraszanie i ciągłe darcie i mnie to ani trochę nie zahartowało, wręcz przeciwnie, narobiło wiele szkód. Postanowiłam sobie, że będę całkiem inną matką niż ona. 

Moje dzieci się mnie nie boją i właśnie tego w swoim macierzyństwie chciałam. Ale też nie wchodzą mi na głowę, akceptują normy, dostosowują się do zasad, które mają w prosty sposób wytłumaczone. U nas nie ma "nie, bo nie". Pewnie gdyby usłyszały "nie i koniec kropka", też by się buntowały. A tu "nie, bo...", no to "aha".  I tak samo to działa w drugą stronę. Córka mi tłumaczy np. dlaczego nie chce iść dzisiaj do przedszkola i o tym rozmawiamy, szukamy rozwiązań, ja jej tłumaczę dlaczego powinna chodzić. 

Boże, jak ja się cieszę, że mam czas dla swoich dzieci. Nie ma nic ważniejszego na świecie dla mnie niż one. Ja wiem, zostanę zaraz skrytykowana, że hoduję "nieodpowiedzialne łamagi", że jestem darmozjadem, pasożytem żyjącym na koszt państwa. Wiem, wiem, ja już to znam, ja już to słyszałam. Mam wspaniałe, dojrzałe i odpowiedzialne dzieci, które zawsze mogą na mnie liczyć i dla których zawsze mam czas. 

I nie, nie uważam sie za jakąś supermatkę, ani bohaterkę i nigdy nie uważałam się za lepszą od innych. Nigdy z nikim się nie porównywałam. Dążyłam do ideału (co niekoniecznie jest dobre, może doprowadzić do depresji, a tam już też byłam) własną drogą, według własnej intuicji. I na pewno błędy popełniałam.


Zawsze broniłam innych rodziców. Zawsze usprawiedliwiałam. Starałam się rozumieć ich sytuacje. Ciężko pracują, po pracy są zmęczeni, a tu jeszcze obiad trzeba ugotować, gary pozmywać, ubrania wyprasować, no i kiedy się mają bawić, rozmawiać z dziećmi. Żyją w biegu. Do pracy, z pracy, zajęcia pozalekcyjne,... Ale zaczynam rozumieć słowa Anewiz i muszę przyznać jej rację w wielu kwestiach. Coraz częściej przyglądam się innym rodzicom, ich metodom wychowawczym albo często ich całkowitym brakiem i jestem przerażona, ale i przestaje mnie dziwić zachowanie niektórych dzieci. Bo jeśli rodzic (nie mówię że wszyscy, ale są takie przypadki) odstawi do przedszkola na godzinę 7, a odbierze o 17, to kto ma te dzieci wychować? Wrócą do domu, zjedzą, kąpiel i spać. 


Pewnego razu, jedna mama z przedszkola nie miała z kim zostawić dzieci, a miała po południu ważne spotkanie. Zapytała czy mogłaby podrzucić do mnie córki (jedna z grupy Faustynki, a młodsza prawie 3-letnia). No to czemu nie? Oczywiście, że chętnie pomogę. Chociaż nie powiem, trochę mnie zdziwiła taka propozycja, bo jednak jestem obcą osobą, tyle co się czasami w przedszkolu widzimy i to nasze córki się znają, a nie my.

Cieszyłam się, że dziewczynki się pobawią, przygotowałam kolorowanki, puzzle, nawet bajkę ustawiłam na tv taką co wiem, że lubią. I spodziewałam się wielkiego płaczu z powodu braku mamy (szczególnie tej młodszej, która mnie będzie widziała po raz pierwszy w życiu), ale tego co przeżyłam nie za bardzo. 

Mama zostawiła u mnie dziewczynki i poszła na spotkanie. Płacz? Nie. W ogóle nic. Tak się rozbiegły po mieszkaniu, że ich nie obchodziło czy mama jest czy nie. Pierwsze co to młodsza się rzuciła na tablet a starsza na komputer, jakby nie znały niczego innego. Wzięłam tablet mówiąc, że to nie jest zabawka. Komputer ma hasło, więc nie włączyły. No to co? Szaleństwo. No jakby tornado mi wpuścił do mieszkania! To one nie wiedzą, że pod spodem ktoś mieszka i się tak nie biega? W ogóle to w każdym pomieszczeniu były. W kuchni dorawały Lubisie. Nie żebym miała coś przeciwko, czy nie chciała ich poczęstować, ale ja nawet nie wiem czy nie mają alergii na gluten. No to piszę sms do mamy z pytaniem czy mogę im dać Lubisie albo muffinki, czy nie mają uczulenia na gluten. Nie mają, mama podziękowała. Ok. Czasami się mówi, że dziecko nie może usiedzieć 5 minut na miejscu, że pobawi się zabawką 5 minut i rzuci w kąt, ale ja tu odniosłam wrażenie, że te dziewczynki, to w ogóle nie potrafią się bawić, bo nawet przez jedną minutę się nie potrafiły czymś zainteresować. Usiadły do kolorowanek, odetchnęłam, ale po kilku kreskach znów się rozbiegły. Nawet na bajkę nie zwracały uwagi. W minutę wszystkie zabawki były rozsypane po całym salonie. No i żeby się jeszcze tym bawiły, a one tak tylko po przewalały, w ogóle nie zwracając uwagi, że mogą coś zepsuć, urwać. No to tory będą układać, po zczepieniu dwóch części puzzle. No to wszystkie puzzle tyle co powywalały z opakowań, namieszały... kloci, autka. To na orbitreka jazda. A to jeszcze przy pianinie ich nie było. Dziękuję Ci córeczko, złote z Ciebie dziecko. Ona do nich mówi: "No, noo, ręce trzeba najpierw umyć i porządnie wytrzeć, żeby nie były mokre". Trochę z nimi pograłam, pouczyłam gamy i "kotka". Ta młodsza co rusz się w głowę hukła, a to o futrynę, to w ścianę, to pod łóżko wlazła i przywaliła głową  w stelaż i ani nie kwikła! Latałam za nią jak jakaś wariatka, bo się bałam, że sobie krzywdę zrobi, a wspinała się nawet na parapety. Moja Faustynka ją łapała z łóżka, żeby nie spadła, a rodzona siostra w d**** miała. Już nawet po mojej córce widziałam, że miała dość, bo się o tą młodą też bała tak samo jak ja.

Z Maćkiem też różne jazdy miałam, ale z nim nie było kontaktu do 4 roku życia conajmniej, no autyzm, opóźnienie w rozwoju, ale ja to go cały czas na rękach nosiłam, żeby się nie zabił. A tu normalne zdrowe dzieci i nie rozumieją, że czegoś nie wolno, że można spaść z parapetu, że do akwarium się nie puka, że na orbitreku się nie huśta. Ale to i tak pal licho z ich zachowaniem. Zawsze można podsumować "Aaa, dzieci... niech się bawią".  To jaki charakterek pokazała rówieśniczka mojej młodej wprowadziło mnie w osłupienie. Wieczne niezadowolenie, skwaszona mina, muchy w nosie. Nie wiem po kim to ma, ale nie podobało mi się strasznie. "Ja mam lepsze", "Ja bym to zrobiła lepiej", "Ja też to miałam, ale zepsułam"... Podsumowując: moje jest lepsze, bo jest mojsze i chuj! Jak się przysłuchałam, to mi oczy na wierzch wyłaziły. Normalnie ego nie mieściło się w mieszkaniu.

Wiem, to nie moja sprawa, jak kto wychowuje swoje dzieci, czy ich nie wychowuje wcale. Mi nic do tego. Nie mam prawa krytykować, ale na miejscu tej znajomej, znając swoje dzieci bym choć delikatnie uprzedziła na co należy się przygotować. Chociaż ja w takiej sytuacji nie zostawiłabym dzieci pod czyjąś opieką, a już szczególnie osobie obcej.

Minęło coś ponad godzinę i mama wróciła. 

Zrobiłam herbatkę, poczęstowałam muffinkami. A to usłyszałam niedowierzanie w głosie, że sama je upiekłam, a to Faustynka ma za czysto w pokoju, "jak to jest w ogóle możliwe, żeby dziecko miało porządek"? No normalnie, jak sobie nabałaganią, to sobie posprzątają. Wystarczy wszystko odkładać na miejsce.  A to sugestie, że mieszkanie wynajmujemy, bo ona była pewna, że ja mówiłam, że wynajmujemy. Nie, mówiłam, że kupiliśmy swoje. W ogóle z każdą minutą rozmowy przybierała coraz to zieleńsze barwy. Opowiadała mi jak to jej młodsza już 3 razy spadła z łóżka piętrowego jak się ze starszą biły, a mi szczęka coraz bardziej się otwierała ze zdziwienia. To ja rozumiem dlaczego takie uderzenie o futrynę dla niej to nic, w końcu na co dzień gorsze wypadki jej się przytrafiają.  "A kto gra na pianinie?", "A ty to tak sobie nic nie robisz?"  Patrzę na nią pytającym wzrokiem.  Ona powtarza: "No nic nie robisz? Nie pracujesz?". No, nie pracuję. I ten triumf w jej postawie. Tak, już wiem po kim ta młoda to ma.

Czy mi to ujmuje? Po głębszym przemyśleniu uważam, że nie. Z resztą po ponownym przeczytaniu dzisiejszego tekstu tym bardziej uważam, że nie.

 💙💚💛💜💗💙💚💛💜💗💙

Inna znajoma kiedyś wyskoczyła do mnie z propozycją: "A bo słyszałam, ze Ty grasz na pianinie. Sprawdziłabyś tą moją małą, czy ma słuch, czy jest muzykalna, czy by się nadawała do szkoły muzycznej, bo mi dupę zawraca ciągle, że chce grać. Może byś ją trochę pouczyła". Ok. Chętnie.

No to wpadnij z nią, coś pogramy. 

Dziewczynka 6-letnia, czyli też rówieśniczka mojej Faustynki. Nawet się czytać nauczyła, taka była zdeterminowana chęcią grania na instrumencie. 

Jezu, jakbym moją Faustynkę miała przy pianinku. Taka spokojna, taka zadowolona, chętna do nauki.  No z godzinę siedziałyśmy przy instrumencie i ona by tak drugą przesiedziała tak była zachwycona. Uczyłam ją czytać nuty, za pomocą techniki kolorowych dźwięków. Nie jak to było za moich czasów, że nauczyciel napisał dźwięki na pięciolinii w różnych kluczach i kazał się w domu nauczyć i na następną lekcję już umieć. No jest to pracochłonne, nie powiem, że nie, ale dziewczynka ma predyspozycje i zapał, a to cieszy niesamowicie. Nauczyłam ją "Kotka" i "Sto lat". 

Mama stwierdziła, że to nudne, że trzeba mieć cierpliwość do grania i że to raczej nic z tego nie będzie. Chyba miała nieco inne wyobrażenie. Czyżby myślała, że córka po kilku minutach będzie trzaskała wszystkie nuty weselne i to jeszcze na dwie ręce? No niestety tak to nie działa. Dzieci latami uczą się gry na instrumencie, zanim zagrają muzykę, a nie wydukają dźwięki i kilka technicznych ćwiczeń. 

No przykro mi, bo entuzjazmu tej młodej długo nie zapomnę.

Dało mi to też dużo do myślenia i sama coś wyniosłam z tej lekcji.

Otóż, zawsze twierdziłam, że absolutnie nie zapiszę swoich dzieci do szkoły muzycznej, nie chciałam żeby grały, bo to za ciężka harówa, za duży stres, szkoda zdrowia.

Tylko czy ja im swoją postawą czegoś nie odbieram?

Może nie szkoła muzyczna, bo na tę chwilę naszych nie polecam, ale usiądę z Faustynką i Maćkiem pewnie też przy pianinie, bo przecież mogę to zrobić. Niektórzy by chcieli a nie mogą 😊

💙💚💛💜💗💙💚💛💜💗💙

Dziś pod przedszkolem Faustynki znowu cyrk! Wystałyśmy się w deszczu jak głupie w kolejce, aż miałam ochotę nas zawrócić do domu, ale skoro już dała się namówić do pójścia mimo ruszającego się ząbka, no to nie mogłam jej tego zrobić.

Przez jakiś czas nie było aż takich kolejek, ale co? Księdzunio przyniósł wczoraj wirusika. Tzn. wczoraj było izolowanie grupy, która miała z nim religię i wydawali nam wczoraj dzieci w dużych odstępach czasu i dzisiaj też przyjmowali w taki sposób, że wchodziło dziecko, pani zamykała drzwi, czekała 4 minuty i dopiero wpuszczała drugie dziecko i 4 minuty. No paranoja. Przede mną matka za rękę z przedszkolakiem, a na ręku malizna 6-cio miesięczna. I bądź tu człowieku zdrowy. Jutro wszyscy będziemy mieć kataro-wirusa i będziemy siedzieć w domu.

A propos kataru, już przerobiliśmy katarzynę po pierwszym tygodniu września i siedzieliśmy 5 dni w domu. Ja nie wiem jak te moje dzieci uzyskają choć 50% obecności. Przecież one co chwilę mają katar.


Rybki mają się dobrze. Już dawno nic nie zdechło, tfu, tfu.

Mąż przytargał nowe lustro do salonu. Boskie jest! On też, że je przytargał.


A co u mnie?

Chyba nawrót endometriozy, bo przez tydzień cierpiałam zanim okres dostałam. No i dostałam wczoraj i myślałam, że zdechnę, ale dzisiaj już jest lepiej 😘

Utrzymuję stałą wagę 55 kg, czasami ciut mniej, czyli tak jak lubię, ale zdaję sobie sprawę, że dobrze było by zrzucić jeszcze 2 kg, bo jak teraz tego nie zrobię, to po Bożym Narodzeniu będę mieć 57, a wtedy do 60 już jest bardzo blisko, właściwie tylko Sylwester 😂

A potem żeby zrzucić te nieszczęsne 6 kg, to jest u mnie 3 miesiące męki. Lepiej zapobiegać niż leczyć...

Odkąd regularnie ćwiczę nie mam takich spadków ciśnienia. Teraz to już tak nawet w normie. Mniej więcej 110/80. To nie to co 90/60!

Poprzesadzałam sobie paprotki. Pogram czasami na pianinku, bo jak dzieci miałam 24h na dobę, to nie zawsze był czas. A to sobie posprzątam. Dużo gotuję, bo lubię, żeby nie było, że przykuta do garów.

Dobrze mi...


Tak się rozpisałam, że aż o obiedzie zapomniałam, ale już opanowana sytuacja, później czeka nas tylko kolacja.

Zdrówka Kochani! Zdrówka!

czwartek, 3 września 2020

Witaj szkoło!

 Jak po rozpoczęciu nowego roku szkolnego?

Jak to u Was wyglądało?

U nas, tzn. w przedszkolu u córki, to jakaś tragedia i paranoja. Faustynka 1-go września stała w kolejce na kilkadziesiąt osób w deszczu i ciągle dochodziły nowe. W końcu się rozpłakała i nie chciała iść. Dobrze że syn miał rozpoczęcie dopiero na 9:30. Przyjaciółka mojej córki przyszła trochę później i stała pod przedszkolem aż 45 minut jak nie dłużej. Rodzicowi oczywiście nie wolno wejść do środka, jednak musi mieć rękawiczki i maseczkę. W drzwiach mierzą dziecku temperaturę i je zabierają. Przecież te procedury są durne. Jeśli rodzice będą chorzy, to i dziecko najprawdopodobniej będzie zarażone. 

Dlaczego wchodzi się tylko jednym wejściem? Przecież gdyby otworzyli drugie i jednym by wchodziły grupy młodsze, a drugim starszaki, to by sprawniej wszystko poszło. Z odbieraniem dziecka to samo. Poszłam po młodą i stałam aż w bramie, taka była  kolejka. Wczoraj trochę sprawniej to szło, ale i tak kolejki są. Rodzice się wściekają, bo spieszą się do pracy, bo inne dzieci muszą odwieźć do szkoły.

Musieliśmy porządnie przemyśleć logistykę biorąc poprawkę na te kolejki. Inaczej to miało wyglądać, bo ja miałam odstawiać dzieci, a mąż odbierać, ale jeśli utkniemy w kolejce z Faustynką, to nie zdążę z synem dojechać do szkoły. A kawałek drogi niestety mamy. Też nie chcieliśmy żeby Maciek od 7 rano siedział na świetlicy, przynajmniej nie na początek. Dla niego już sama zmiana otoczenia to mega wyzwanie. Kombinujemy. Wszystko się zmienia na bieżąco.  

Ten reżim sanitarny, to i tak fikcja. Dzieci w przedszkolu się przytulają, całują. Córka się żali, że na placu zabaw ustawiają ich w kolejki, że jest ich strasznie dużo, bo wszystkie grupy idą o tej samej porze. To po co ta kolejka do drabinek, skoro nikt ich nie dezynfekuje między jedną grupą, a drugą? To głupie jest. Nie można każdej grupy wziąć na dwór o innej godzinie? Co to za udawane procedury, które i tak nic nie dają?  Albo żyjmy normalnie, przechorujmy to gówno, skoro i tak ma z nami zostać jak grypa albo wprowadzajmy sensowne obostrzenia, a nie że do sklepu można wejść w byle majtkach na mordzie. 

Higiena niby też taka ważna, ale nikt mycia rąk nie kontroluje. Dzieci chodzą do łazienki w grupach 3-osobowych, ale bez nauczyciela. No i niestety niektóre z nich puszczają tylko wodę, zakręcają i mają już "umyte" rączki nawet ich nie mocząc.

Córki nie mogę odebrać z przedszkola wcześniej niż o 14.30. Dlaczego? Co to ma na celu?

Jednak żeby ją o tej porze odebrać muszę pod przedszkolem koczować już pół godziny wcześniej, żeby sobie zająć kolejkę. No cyrk.

 

W terapeutycznej szkole syna to trochę lepiej wygląda. Klasy są 8-osobowe. Miały być po 15 dzieciaków, ale z powodu epidemii podzielili jeszcze na pół i dobrze. W mniej licznej grupie może się prędzej skupi i czegoś nauczy. 

Dziecko normalnie wchodzi z jednym rodzicem (rodzic ma maseczkę), ma zmierzoną temperaturę,  dezynfekują ręce. Wszystko idzie sprawnie, bo rodzic pomaga dziecku się przebrać. Przychodzi Pani, prowadzi dziecko na górę. Ot cała filozofia. Po lekcjach też normalnie rodzic przychodzi do szatni, dzwoni domofonem, sprowadzają dziecko i już. Obiad każda klasa ma o innej porze, więc na stołówce  uczniowie z różnych klas także się nie spotykają. Dziecko można normalnie odebrać po obiedzie o 13 godzinie. Jeszcze nie mamy rozpiski z zajęciami pedagogiczno-psychologicznymi, które będą realizowane w szkole po lekcjach. Cieszę się bardzo, bo myślałam, że będę jeździć z synem na te zajęcia na drugi koniec miasta, jednak okazało się, że psycholog, logopeda, pedagog, fizjoterapeuta IS będą mieć dyżury w szkole, a  będzie to dla nas bardzo wygodne. 

Maciek zadowolony. Nie wierzę, że tak łatwo poszło. Szkołę już trochę znał, bo jeździliśmy tam na rehabilitację w ubiegłym roku. Było mu na początku bardzo przykro, że jego przyjaciel z przedszkola, również z autyzmem, nie idzie z nim do tej szkoły. A gdy dowiedział się, że będzie w klasie  z taką dziewczynką, którą znał dużo, dużo wcześniej jeszcze z przedszkola specjalnego, do którego chodził, zanim przenieśliśmy go do integracyjnego, mówił, że on nie chce się z nią przyjaźnić, bo to dziewczynka. Wszystko zmieniło się w dniu rozpoczęcia roku szkolnego, gdy się razem pobawili, podczas gdy rodzice wypełniali, podpisywali stosy dokumentów. Wczoraj po szkole oznajmił, że Kingusia jest jego przyjaciółką i że jest bardzo fajna i grzeczna i razem siedzą w ławce. 

Szkoda, że Faustyna tak rano przeżywa i nie bardzo chce chodzić do przedszkola. No przerwę miała długą. Pół roku w domu i jest teraz problem. 

 

Za to z Maćkiem mamy inny problem. Już bardzo ładnie chodził na spacery. Na luzie i nawet bez trzymania go za rękę. Sygnalizacja świetlna opanowana. Zielone, czerwone, wszystko wie.  Nawet na przejściach dla pieszych bez świateł się rozglądał i potrafił ocenić właściwie sytuację.   A nie powiem, pracowaliśmy nad tym długo. 

Jeden incydent zrujnował naszą długoletnią pracę. 

Z miesiąc temu wybrałam się z synem na spacer. Szliśmy sobie elegancko chodnikiem dla pieszych. W pewnym momencie Maciek odwrócił się i zobaczył, że po naszym chodniku jedzie rowerzysta, mimo iż obok miał swoją, pustą ścieżkę dla rowerów. Syn tak się zestresował. Wybiegł na ścieżkę i próbował mnie też na nią odciągnąć. Ja go z powrotem na chodnik, bo wiem, że rower nas ominie. Ten się wyrywa, płacze, krzyczy. Prawie wpadł pod ten rower.  Rowerzysta nas ominął, myśląc sobie że pewnie jakieś wariaty i sobie pojechał, a my do dziś mamy tak zajebisty problem, że jakbym mogła cofnąć czas do tego incydentu, to bym temu gościowi na rowerze "siodełko" skopała. Maciek tak zdziczał na drodze, że sobie nie wyobrażacie. Panicznie boi się rowerów. Muszę go mocno trzymać gdy jakiś się zbliża, bo nie wiadomo kiedy i gdzie mi odskoczy. Mało tego. Wariuje na przejściach dla pieszych. Jestem w mega strachu gdy z nim idę, bo boję się, że wyskoczy wprost pod samochód. I wszystko zaczynamy od początku.

 

Teraz lecę, bo muszę się zbierać po Maćka. Hejka!

wtorek, 25 sierpnia 2020

Wyprawka

Jak wiecie, Maciuś wkracza w  nowy etap, rozpoczyna edukację w  szkole  podstawowej  w  klasie  terapeutycznej.

Dostałam  na mail informacje o przedmiotach jakie należy przygotować w ramach  wyprawki szkolnej. Większość już zakupiona, ale białych spodenek na chłopca, to jak na razie nie spotkałam.


Swoją  drogą  to  nie wiem czy dojdzie do rozpoczęcia przez nas roku szkolnego. Zachorowania na covid lecą jak domino, to tylko kwestia czasu kiedy i my wlądujmy na kwarantannie. 

Przez pół roku się jakoś udało nie zachorować i nie mieć kontaktu z chorym i bardzo się cieszę,  jednak myślę że nie unikniemy zarażenia. Oby tylko Faustynka  przeszła łagodnie, bo ona ma taką niską odporność. 

Ja już miałam raz powikłania po grypie i wylądowałam z zapaleniem  mięśnia sercowego w szpitalu, a później bujałam się latami z arytmią  po kardiologach. Nie chciałabym powtórki. 


Jak zdrówko? Czy ktoś z Was  miał kwarantannę?

wtorek, 14 lipca 2020

Kwarantanna z przymrużeniem oka

Mój niedzielny trening:


- 60 minut na orbitreku ze średnim obciążeniem

- 10 minut ze zwiększonym obciążeniem

- 50 przysiadów

*************************************

Dzisiejszy  trening:


- 45 minut na orbitreku (30 minut ze średnim obciążeniem z utrzymaniem tętna do 130 uderzeń dla spalania tkanki tłuszczowej + 15 minut ze zwiększonym obciążeniem z tętnem powyżej 130 uderzeń dla poprawy kondycji i wytrzymałości)

- 60 przysiadów

***********************************
Kurujemy rybki.
Neony podskubały boczną płetwę molinezji. Była bardzo osowiała, słaba i chowała się przy podłożu. Odłowiliśmy bidule do słoika, podleczyliśmy, nakarmiliśmy, a gdy poczuła się  lepiej wpuściliśmy do akwarium. Odżyła.

Teraz mamy problem z neonami. Chyba karma jednak wraca.  Rozchorowały sie i są  w białe kropki. Mąż kupił lekarstwo, odłowił je do kwarantannika i mamy w domu rybi szpital, czyli neony na kwarantannie.

Za to molinezja Goldi czuje się jak nowo narodzona,  jak ryba w wodzie - dosłownie. Cieszę się bardzo, bo to już członkowie naszej rodziny. Zależy  nam  na tym żeby nie chorowały i cieszyły nas sobą jak najdłużej.

***********************************

Maciuś od września idzie do pierwszej klasy. Bedzie to klasa terapeutyczna z nauczycielem wspomagającym. Boję się. Wiem, że początek będzie  bardzo trudny, gdyż u syna ciężko  z akceptacją zmian.
Tym bardziej jestem przerażona gdyż  psycholog z Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej stwierdziła, że  gotowy nie jest. Szkoda tylko, że  dopiero  teraz  się  o tym dowiedzieliśmy. Przez tą  całą pandemię mieliśmy  mega poślizg w badaniach gotowości  szkolnej.
A musieliśmy w odpowiednich terminach poskładać wnioski i dokumentacje o przyjęcie  do  szkoły lub odroczenie i kontynuowanie przygotowania w przedszkolu. Syn odroczony był raz i byłam skłonna odroczyć go drugi raz, ale panie w przedszkolu zapewniały, że jak najbardziej sobie w szkole, w klasie terapeutycznej poradzi, a z przedszkola już nic więcej  nie wyniesie. Posłuchałam ich, ale nie wiem czy dobrze zrobiłam.

W ogóle  na perypetie z PPP i dostaniem sie do Maćka psychiatry w "czasie  zarazy"można by poświęcić cały następny tekst, ale póki co nie mogę sklecić tego postu.
Właśnie wstawiłam zupę i maluję z dziećmi farbami, a  w planach naleśniki. Nie dla mnie, żeby nie było 😋 Dla rodzinki.

Do następnego! 😘

środa, 3 czerwca 2020

Nauczanie zdalne. Kontynuacja poprzedniego wpisu.

Jak zapowiedziałam, tak postaram się opisać jak sytuacja z nauczaniem wygląda u nas.

Sytuacja  jest trudna  dla wszystkich.  Zarówno dla nauczycieli,  rodziców,  jak  i uczniów.
Nie podoba mi się ta cała nagonka i narzekanie na nauczycieli, ale i w drugą  stronę, na rodziców  i  uczniów.

Nie o to w tym wszystkim  chodzi, żeby obrzucać się  wzajemnie błotem! 

Nauczyciele są różni i rodzice są różni.  Uczniowie  też. Tak jak każdy człowiek jest inny. Nie można wszystkich wrzucać do jednego worka.

Wszyscy musieliśmy się dostosować i nie można się licytować kto ma gorzej. Bo i nauczyciele i rodzice i uczniowie  musieli nauczyć się pracy w takich warunkach,  podszkolić się z rzeczy komputerowych, ogarnąć te "całe Internety", nauczanie online, zadbać o lepszy sprzęt, więc ja już nawet nie będę  komentować tych wszystkich afer i awantur "jak to mamy źle", "kto ma gorzej" i "kto jest leniem".
Po prostu napiszę jak to wygląda u nas.


Jakoś specjalnie  mi obecna sytuacja nie uwiera. Z dziećmi dobrze  się  bawimy wykonując zadania jakie otrzymujemy z przedszkoli. No i też muszę to dokumentować, robić zdjęcia, nagrywać filmiki. Potem to wszystko obrabiać na komputerze i wysyłać mailem. Bardzo fajne doświadczenie. Szczególnie spodobało mi się tworzenie, łączenie, obrabianie i opisywanie filmów. Podejrzewam,  że  jestem jednym z nielicznych rodziców,  który się tak zaangażował. Wiem, że  dostarczamy najwięcej  zdjęć z pracy w domu, a jeśli o filmy chodzi, to ku radości niektórych rodziców, nie przechodzą mailem z powodu rozmiaru, dlatego robią tylko zdjęcia. Dałam radę i z tym, dlatego nauczyciele,   a w szczególności terapeuci mogą ocenić obiektywnie naszą pracę. Na czym bardzo mi zależy, w szczególności jeśli  chodzi o  zajęcia z Wczesnego Wspomagania Rozwoju.

Rozumiem,  że  nie każdy  rodzic ma na to czas. Przecież  wielu z nich pracuje.  

Jest niestety grupa rodziców, gdzie przynajmniej jedno nie pracuje lub jest w tej chwili na zasiłku opiekuńczym i przebywa z dzieckiem w domu, ale nie angażuje się zastawiając się brakiem sprzętu czy internetu, choć wiemy, że to nieprawda. Nie chcę tu nikogo obrażać, nie piszę ogólnie o wszystkich rodzicach, tylko o kilku jednostkach. 
Na grupę 26 dzieci w przedszkolu prywatnym pracuje tylko 9! Panie wstawiają nasze zdjęcia na stronę i  widać kto realizuje program. W kółko te same twarze, z których i tak połowa ma zdjęcia ze spacerów, jazdy na rowerze  czy łowienia ryb. To chyba nie tak powinno  wyglądać. 

Jeszcze jedną sprawę chciałam poruszyć, gdy mowa o rodzicach. 
Po co u licha,  niektórzy wykonują prace za dziecko?  Można pomóc, nawet trzeba w przypadku dzieci przedszkolnych czy nawet szkolnych, ale wyręczać? To przegięcie! Nie o to chodzi żeby praca MOJEGO dziecka była najpiękniejsza. A Niestety na stronie, na której panie umieszczają nasze zdjęcia,  gołym okiem widać, która praca jest samodzielna.  Samodzielna dziecka, czy samodzielna rodzica.


Temat pracy: Jak dbasz o Ziemię?


A no tak.
Samodzielna praca mojego syna.
I jestem z niego dumna!




Niektórzy nauczyciele  naprawdę się starają przygotowując zajęcia, nagrywają własne filmy i przygotowują materiały oraz zadania  i ja to szanuję. Wtedy dużo bardziej się staramy, żeby w domu te zajęcia przeprowadzić.

Niestety są też tacy, którzy  wrzucają gotowce ściągnięte z netu i każą zrobić to samo. Czyli wrzucić  gotowca z netu? Może powinniśmy tak zacząć robić? 

Znajomy (jest woźnym w szkole) opowiadał mojemu mężowi:
Nauczycielka plastyki wychodzi w czasie pracy ze szkoły.
- Gdzie to Pani idzie o tej porze? 
- Idę na zakupy po palmę.
- Na co Pani  palma? W tym roku świąt nie będzie. 
- A to dzieciom zdjęcie zrobię, żeby takie w domu zrobiły.

No to ja na miejscu dzieci poszłabym po palmę i zrobiła jej zdjęcie perfidnie w sklepie, a  później  wysłałabym do nauczycielki. 

U nas niestety też wiele gotowców jest wrzucane i to z zagranicznych stron. Niekiedy to bardzo zabawnie wygląda. Np. gdy należy połączyć obrazek zwierzątka z pierwszą literą i tak koń, jest na "h", a  nie są to materiały do zajęć  z  języka angielskiego.


Nauczyciel nauczycielowi nie jest równy. Jeden się stara inny nie. Akceptuję to. Rodzice też są różni. 


Jednak to czego nie mogę tu podarować,  to to, że jeśli wysyłam e-mail, to oczekuję jakiejś odpowiedzi, chociażby krytyki, co jest źle, co musimy poprawić. A właściwie to  szczególnie tej krytyki, bo ja nie jestem terapeutą, ani pedagogiem specjalnym i potrzebuję wiedzieć gdzie popełniamy błędy, nad czym powinniśmy popracować więcej, może jakieś konkretne ćwiczenie by się przydało,  bardziej  pod Maćka zindywidualizowane.  Szczególnie w przypadku zajęć  WWR (psycholog, pedagog, logopeda, SI). A Panie milczą. Po tygodniu wysyłam mail z pytaniem czy poprzedni w ogóle doszedł. Dostaję odpowiedź od psychologa "Tak , tak, oczywiście że  doszedł.  Wszystkie zdjęcia dochodzą  na skrzynkę.  Pięknie pracujecie". I tak  za każdym razem.

Zdaję sobie sprawę,  że  teraz tych  maili naprawdę mają  multum, no ale tak teraz wygląda praca.  
Ja przecież mogę powiedzieć,  że  nie jestem terapeutą  i olać po całości te zajęcia,  ale jednak  staram się, bo to dla mnie ważne. 

Wracając do  WWR, myślałam,  że  program terapeutyczny powinien być indywidualnie  dostosowany do każdego dziecka z orzeczeniem z osobna, a  tu to inaczej wygląda.  A jest tak, że terapeuta wrzuca materiały na platformę i wszystkie dzieci, niezależnie od swoich dysfunkcji, mają to zrobić. Tylko że  dla jednych to będzie  za trudne, a dla innych za proste.  Bez sensu.

Już nie wspomnę,  że  na samym początku epidemi zarzucono nas dziesięcioma folderami z kilkoma-kilkunastoma podfolderami z kartami pracy z czego każda liczyła po 20-27 stron. Czy ktoś to w ogóle drukował? Tych kart pracy  jest w folderach łącznie ponad 2000 stron. 



Podsumowując,  jestem ogólnie  zadowolona z pracy nauczycieli w przedszkolach moich dzieci. Muszę bardzo pochwalić zaangażowanie wychowawczyni Faustynki, z którą mamy regularny kontakt mailowy i nie jest on w ogóle z mojej strony wymuszony. Często sama pisze do nas z pytaniem "Co u nas słychać?", "Jak się czujemy?" Czuć tu to ciepło i zainteresowanie, którego zabrakło w przedszkolu integracyjnym u Maćka, ale i tam większość nauczycieli się stara i nawet organizują spotkania online dla lepszego podtrzymania kontaktu. 

Jeszcze raz dla wyjaśnienia,  nie chodzi  mi o obrażenie kogokolwiek. Bardziej zależy mi na zwróceniu uwagi na różnorodność podejścia do sytuacji różnych osób. I nie piszę ogólnie, tylko o tym jak zdalne nauczanie wygląda u nas oraz o moich osobistych odczuciach.



Odnośnie sprawy z Poradnią Psychologiczno-Pedagogiczną, chyba coś ruszyło.
Wysłałam skany wniosku o orzeczenie kształcenia specjalnego oraz inne dokumenty,  które  mogłyby być potrzebne i już dzisiaj dostałam odpowiedź,  że zostały przekazane Pani psycholog. Coś się dzieje. Z tym, że ta Pani psycholog miała dzisiaj do mnie dzwonić z terminem badania psychologicznego Maćka i nie zadzwoniła.

Potrzebne jest też zaświadczenie lekarskie od psychiatry, że  dziecko ma autyzm. Rok temu takie dostarczaliśmy, ale takie nie wystarczy. Musi być aktualne,  jakby z autyzmu można było się wyleczyć.
Wizytę mieliśmy umówioną na kwiecień.
Problem w tym, że nasza psychiatra wyparowała i nie wiadomo kiedy wróci.  W ogóle poinformowano mie, że w czasie epidemii w  Poradni  Zdrowia  Psychicznego  nie ma wizyt, a naszej lekarki musimy szukać w gabinecie prywatnym. Gdzie? W mieście X, a może Y...
I tak  sobie dzwoniłam tam co tydzień i dopytywałam o naszą panią  doktor i nic.
Szkoda tylko, że panie w rejestracji  zapomniały dodać, że inni lekarze u nich przeprowadzają wizyty zdalnie przez telefon. Sama dzisiaj zapytałam, czy jest możliwość umówienia Maćka do jakiegokolwiek innego psychiatry, bo chodzi tylko o zaświadczenie  o autyzmie. Pani powiedziała,  że  trzeba by się zapytać lekarza. No to ja się domyślam,  że trzeba  i zapytałam jak się mogę z lekarzem skontaktować.  No to ona, że trzeba zadzwonić. I cisza. No to pytam pod jaki numer. I dopiero mi podała. Jakaś dziwna ta kobieta.
Pani doktor, która odebrała telefon okazała się bardzo sympatyczna i kazała nam się umówić na wizytę zdalną już na jutro.

Gdyby to nie wypaliło, to pewnie nie byłoby  wyjścia jak jechać ponad 80 km na wizytę prywatną, która ograniczałaby by się do odebrania zaświadczenia, a kosztowałaby 200 zł.


Wszędzie jeden wielki bałagan, ale powoli się spod niego wygrzebujemy, więc  jestem dobrej myśli.


środa, 4 września 2019

Nowy rok szkolny czas zacząć.

Nowy rok szkolny rozpoczęty.
Jest dobrze, nawet bardzo dobrze.
Dzieci zadowolone.
Fustynka leci do przedszkola jak na skrzydłach, więc jest o niebo lepiej niż rok temu, mimo iż zmieniła się Pani. Ukochana Pani D. ma problemy ze zdrowiem i jest na urlopie. Jak długo? Nie wie nikt. Może do końca semestru, a może dłużej. Dzieci bardzo to przeżywają, ale moja Młoda zaakceptowała tą zmianę. Nowa Pani wydaje się bardzo sympatyczna. W grupie jest  19 osób (7 mniej niż w ubiegłym roku). 

Zapisałam córę na tańce do domu kultury, bo bardzo chciała i może jeszcze na zajęcia plastyczne, ale to zależy w jakich godzinach i w jaki dzień się będą odbywać.

Maciuś też zadowolony. Tylko mamy ogromny problem z ząbkami. Boli go górna  czwórka. Byliśmy już kilka razy u stomatologa, ale nic nie da sobie zrobić. Proponują nam leczenie w znieczuleniu ogólnym, czego się bardzo obawiamy, bo jeśli dojdzie do niedotlenienia i syn się uwsteczni lub coś jeszcze  gorszego, to rozedrę stomatologa, anestezjologa i w ogóle cały ten budynek wysadzę w powietrze. A autysta czyli osoba z zaburzeniami neurologicznymi może różnie zareagować na narkozę. Ich to nie obchodzi co się z moim dzieckiem stanie, bo to nie ich dziecko.

Szczęki Wam opadną jak napiszę co pewna Pani pedagog, znajoma mojego męża, którą ostatnio spotkał opowiadała o swojej pracy. Niby taka zadowolona, że robi to co lubi, kocha zajmować się dziećmi, ale tak się nasrała na rodziców i te ich dzieci, że poddała w wątpliwość to czy jest odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu. Bo jak ktoś kto kocha dzieci może powiedzieć, że  "w dupie ma co mówią rodzice. Mają w grupie żłobkowej 40 dzieci i ją gówno obchodzi czy któreś ma gorączkę, zesrało się, czy nie jadło, no bo przecież ma 40 dzieci w grupie". W ogóle wielkie pretensje do całego świata, że się musi dziećmi zajmować. Już wiem czemu nie ma swoich i męża też przy okazji. I jeszcze zaproponowała że jakbyśmy z mężem potrzebowali niani do dzieci to ona bardzo chętnie. Dziękuję bardzo. Potworów energetycznych w moim życiu było już stosunkowo za wiele.

Jak pedagog się tak zachowuje , to co dopiero stomatolog sobie myśli o moim dziecku. Pewnie, że piłam albo ćpałam w ciąży i dlatego mam niepełnosprawne. "Dobrze jej tak".  A jak się coś takiemu stanie to niewielka strata. 
Boże, ile ja już słyszałam opinii na temat niepełnosprawnych to włos się jeży na głowie. Ludzie w naszym kraju nie mają za grosz empatii. No nie wszyscy, wiadomo. Nie chcę tu nikogo urazić. 

Kurde,  no boję się jak diabli! Nie wiem co robić z tymi zębami u syna. 
Jak na najbliższej wizycie nie da nic ruszyć, to zostaje narkoza. 

piątek, 30 sierpnia 2019

Energio wróć!

Hej,
Nie mam ostatnio siły na pisanie. Nie mam siły na nic. Czuję się fatalnie. Nie wiem co się ze mną dzieje. Energia równa  0, a nawet -1. 
Jestem ciągle zmęczona i senna, a przecież nie powinnam, bo syn coraz częściej przesypia całe  noce. Kładę się w okolicach 22-23, a wstaję dopiero o 6-6:30. W nocy budzę się raz, góra dwa. Ostatnio takie super warunki miałam w podstawówce. 
Podejrzewam że to sprawka złej diety. Złej jak złej. Po prostu mój organizm nie lubi niektórych rzeczy, jakie lubię ja. 
Chyba znowu muszę odstawić gluten, mięso i cukier. Tym bardziej że waga ruszyła w górę i mam 2 kg na plusie. 
Prawdopodobnie to właśnie gluten jest sprawcą mojego złego w ostatnim czasie samopoczucia. A ciekawe czy jakbym tak sobie zrobiła badania pod kątem alergii pokarmowych, co by mi tam powychodziło.  Od glutenu zaraz mi się pogarsza stan cery, a zbyt duże dawki laktozy przypłacam biegunką. Może warto by było w końcu takie badania wykonać. 

Wakacje się kończą. W poniedziałek dzieciaki idą do przedszkola. Póki co się bardzo cieszą. 

Z terapeuty Maciusia jesteśmy bardzo zadowoleni. Pani świetnie z naszym synkiem pracuje. To tylko 4 godziny w tygodniu, ale jakościowo mega.  

Dzisiaj miało przyjechać nasze nowe łóżko,  ale okazało się że musimy jeszcze tydzień poczekać. 
Ja sobie nakupiłam w ostatnim czasie paprotek i bawię się w ogrodnika. 
A skoro przy temacie kwiatów jesteśmy, jakie polecacie przy dzieciach? Na razie mam paprocie i zielistkę, a u dzieci w pokoju... miętę (jakby chciały ją zjeść). 


Wracając do poprzedniego wpisu, przeanalizowałam kilka spraw i stwierdzam, że babcia męża wcale nie jest w złej sytuacji, bo ja na jej miejscu sprzedałabym działki i kupiła sobie mieszkanie. To nie jest tak, że ona jest w sytuacji bez wyjścia tak jak ja kilka lat wstecz, kiedy nie miałam nic i jeśli nie męka w tym domu wariatów, jedynym rozwiązaniem (wcale nie dobrym) był dom samotnej matki.

Tylko babcia to już chyba taki typ męczennicy, którego bez dobrej terapii nie da się wyplenić. Ona po prostu nie zna innego życia. Kocha córkę jak każda matka (prawie każda) i chce dla niej jak najlepiej, kosztem choćby własnego życia i zdrowia.


piątek, 12 października 2018

Kurwica mnie bierze już z tymi chorobami...

Masakra!

Odkąd Młoda zaczęła przedszkole nie ma tygodnia żeby nie dostała gorączki. Jak nie przeziębienie, to zapalenie gardła, potem zapalenie ucha przez niedoleczony katar. W końcu udało się, że przechodziła ładnie cały tydzień, a jaka była zadowolona, no i oczywiście znowu dostała 40 stopni gorączki, bo w przedszkolu Pola była chora i zaraziła Stasia, a Stasiu zaraził Faustynkę i znowu w domu. Pisałam Wam już o Stasiu? Otóż to narzeczony naszej Księżniczki i głównie dzięki niemu nasza córa tak chętnie chodzi do przedszkola.

Aż się dziwię, że Maciuś się trzymał tak długo i nie zarażał, ale to też do czasu, bo ostatnia infekcja Faustynki zaatakowała również jego, a wiecie jak to z nim jest. Młoda się nażarła witamin, wypiła syropków, Tantum Verde bez problemu i jej przeszło po kilku dniach, a syn tylko czopki przeciwgorączkowe. Wczoraj co 4 godziny miał 39 stopni, ale dzisiaj już jest o wiele lepiej, bo od podanego w nocy czopka jeszcze gorączka się nie pojawiła.

Faustynka już wczoraj była w przedszkolu, naszalała się na placu zabaw i teraz ma zielony katar. Mąż nie miał jak jej zawieźć, więc musiała ku swojemu niezadowoleniu zostać w domu, bo ja ze względu na Maciusia też jestem dzisiaj uziemiona. Bidula opłakała to strasznie, mimo, że Stasiu choruje i go jeszcze w przedszkolu nie ma, leżała krzyżem w korytarzu i tak wyła, aż się cała obsmarkała z brwiami włącznie. 
Jestem z niej dumna! Nie, że się obsmarkała, rzecz jasna, tylko dlatego, że tak strasznie lubi chodzić do przedszkola. Nie spodziewałam się, że tak będzie. Byłam raczej przygotowana na takie sceny w odwrotnej sytuacji, gdy będziemy wychodzić z domu do przedszkola.

Po mutyzmie ani śladu. Jak zwykle za szybko wpadam w histerię. Oczywiście konsultowałam swoje podejrzenia z psychiatrą Maciusia i Pani mi skutecznie wybiła je z głowy, a przede wszystkim zasugerowała żeby dać Młodej czas, bo była wychowywana w szklarni. Cały czas pilnowaliśmy aby Maciuś w przypływie agresji nie zrobił jej krzywdy, a i my jako osoby spokojne, nieawanturujące się nie przekazaliśmy dziecku, że można inaczej i idąc do przedszkola Faustynka zderzyła się z brutalną rzeczywistością. Pewnie gdybym jej nie chroniła tak bardzo przed tym wariactwem na dole, to by teraz zachowywała się jak Agnieszka, siostra męża, co oczywiście nie jest dobre, ale życie takiej osobie zdecydowanie ułatwia, bo by teraz Młoda grała pierwsze skrzypce w przedszkolu jak Hania i by jej nikt nie podskoczył. Poza tym gdyby to był mutyzm to by raczej nie chciała ruszać się z domu do dzieci, do ludzi. Fakt faktem nie je dalej nic lub prawie nic. Właściwie zjada tylko banany jak są na drugie śniadanie, rosół jeśli jest na zupę i mięsko lub rybę na drugie danie, ale bez ziemniaków czy kaszy gryczanej, które przecież uwielbia i w domu wsówa aż się uszy trzęsą. Po powrocie do domu zawsze się chwali, pokazując na palcach, ile razy była w toalecie na siku.

Najbardziej cieszy mnie, że Faustynka się w końcu otworzyła i w przedszkolu mówi. Rozmawia zarówno z dziećmi jak i z Paniami. Mieliśmy tydzień temu spotkanie, coś w rodzaju wywiadówki i powiem szczerze, mam powody do ogromnej dumy. Panie chwalą moją Perełkę bez końca. Jest grzeczna, nie mają z nią żadnych problemów, wykonuje polecenia, pomaga innym dzieciom, ładnie się bawi, jest bardzo samodzielna, na spacerek się ubiera całkiem sama, łącznie z zasuwaniem bluzy czy kurtki, sama korzysta z toalety, pamięta o myciu rączek, jest mega inteligentna. Pani powiedziała, że Faustynka ma przyjaciela - Stasia, który jest tak samo grzeczny jak ona i też bardzo inteligentny. Są to dzieci wysoce inteligentne dlatego tak świetnie się dogadują i stali się wręcz nierozłączni, ale Stasiu jest tak samo jak nasza Kruszyna, niejadkiem.

W domu nasza Księżniczka cały czas opowiada o Stasiu, a gdy chorowała mówiła, że bardzo za nim tęskni, ma też w planach zaprosić go na swoje urodziny, które będzie miała w marcu w nowym domu, tzn. mieszkaniu.

Bardzo się cieszę, że Faustynka ma takiego Stasia :)
Pani w przedszkolu zapewniła mnie, że Młoda nie tylko ze Stasiem się bawi, ale z dziewczynkami też, co mnie mile zaskoczyło, bo opowiada tylko o Stasiu.

W piątek dzieciaki poszły na przedstawienie o "Czerwonym Kapturku". Młoda była tak podekscytowana, że później cały weekend odgrywałyśmy te role. A to ja byłam wilkiem, a Faustynka Kapturkiem, a to ona była babcią, to później ja Kapturkiem, a Młoda wilkiem, to znowu ja babcią i tak w kółko, chyba ze sto razy :) Ona ma rewelacyjną pamięć do bajek. Już 2 lata temu potrafiła sama opowiedzieć o "Śpiącej Królewnie", o "Śnieżce", o "Trzech Świnkach", a później dochodziły kolejne i kolejne i oczywiście piosenki, bo poczucie rytmu i melodii też ma rewelacyjne, więc śpiewamy co wieczór kołysanki i opowiadamy w łóżku te bajki. Opowiadamy, nie czytamy, bo dzieci zasypiają przy zgaszonym świetle.

Oby tylko te choróbska dały se siana, bo jestem tak cholernie, przepraszam, ujebana...



Maciuś też rewelacyjnie sobie radzi. Panie go uwielbiają, z resztą z wzajemnością. Dzieci go zaakceptowały bez problemu, szczególnie dziewczynki, ale w ogóle się im nie dziwię, bo on ma taką śliczną buzię i oczy, w ogóle nie widać po wyglądzie, że coś z nim nie tak. Oczywiście niepoprawnie się wysławia, ale inne dzieci go poprawiają, tak normalnie bez śmiechów. Tylko z Julkiem dochodzi czasami do starć i ten Maciusia popchnął dwa razy na placu zabaw tak, że raz syn miał obdarty łokieć, innym razem kolano i skarży się w domu na Juliana, mówi że jest niegrzeczny i robi źle.

Do diety nie mam zastrzeżeń. Wybiórczość pokarmowa jest niemal niezauważalna. Syn je nawet surówkę z kapusty!!! Z zup wypija płynną część, bo ciągle nie może zrozumieć, że można połączyć konsystencję stałą z płynną dodając jarzyny w kawałkach do wody, ale śniadania i drugie dania to bez problemu. Warzywa raczej omija, ale nie wszystkie, bo pomidory zjada, fasolkę szparagową i surówki na bazie kapusty też. Ryż, ziemniaki, kasza (oprócz gryczanej),  mięsko, rybka, pierogi, racuchy, naleśniki bez problemu. A najważniejsze, że próbuje nowych rzeczy. Kiedyś rzucił się na kiszone ogórki, ale go skwasiło i mimo, że chciał tego ogórka zjeść, pojawił się odruch wymioty, wypluł to co ugryzł i powiedział: "Nie lubię ogórka. Blee".

Pracuje chętnie, ale często się zawiesza, ma problemy z koncentracją. Uwielbia wszelkie aktywności ruchowe i aktywnie uczestniczy mimo czasami występującej niezgrabności ruchowej czy zaburzeń równowagi. Od małego owielbiał gdy razem tańczyliśmy, wygłupialiśmy się na podłodze, śpiewaliśmy piosenki z prostymi układami choreograficznymi, graliśmy w piłkę, spacerowaliśmy. W zasadzie tylko dzięki aktywnościom fizycznym byłam w stanie nad nim zapanować, jakoś sobie z nim radzić. Musiałam go zmęczyć żeby w ogóle zasnął, taki był nadpobudliwy.

Jestem zadowolona z nowego przedszkola. Panie po miesiącu pracy z Maciusiem zauważyły u niego wyostrzenie zmysłów, nadwrażliwość słuchową, dotykową, zaburzenia równowagi, fiksacje, stymulacje. Nic im nie podpowiedziałam, wszystko dostrzegły same. Mam wrażenie  że w poprzednim przedszkolu Panie nie robiły nic, kompletnie nic. Teraz, bez porównania.

Maciuś ma rewelacyjną pamięć, którą z resztą Panie podają jako jego szczególne uzdolnienia.

Jeszcze ma rewelacyjny słuch, bo po brzmieniu silnika wie kto przyjechał, bez możliwości spojrzenia do okna i nie mówię tu o domownikach, tylko o rodzicach przywożących dzieci do przedszkola, ale tego jeszcze Panie nie wiedzą, ja zaobserwowałem, to w poprzednim przedszkolu.

Jak się ostatnio okazało wzrok też ma aż za dobry. Maciuś był poraz pierwszy u okulisty i dna oka co prawda nie dał zbadać, ale badanie ostrości wzroku wyszło aż za dobrze i Pani doktor stwierdziła nadwzroszność. Powiedziała, że u autystów często występuje z uwagi na wyostrzenie zmysłów.



Trochę się opisałam o tych moich dzieciakach. Co mogę napisać o sobie?
Zmęczona, to na pewno.
Wczoraj w końcu miałam wizytę u ginekologa. Mięśniaków, polipów brak. Cytologia pobrana, czekam na wynik. Skierowanie na badania poziomu hormonów w 3-5 dniu cyklu i USG piersi jest. Czekam. Miesiączki się spodziewam za tydzień i później zobaczymy.

Ginekolog proponuje w moim przypadku wkładkę hormonalną, która miałaby stabilizować poziom hormonów i przy okazji zabezpieczać przed ciążą. Dziewczyny, czy któraś z Was miała z nią do czynienia lub ma?

Nie wiem co pokażą wyniki badań, ale jeśli hormony będą w normie, to wolałabym nie stosować sztucznych hormonów nie ważne czy doustnie czy za pomocą wkładki. Póki co ból jest do wytrzymania. Lekarz zalecił leki przeciwzapalne, bo no-spa nie pomoże. Ameryki nie odkrył :P Wiem to od dwudziestu lat, bo miesiączki miałam od zawsze bardzo bolesne, obfite i przedłużające się, ale zawsze jednak regularne.


Niemniej jednak, jest dobrze :)
A teraz muszę kończyć, bo bawimy się w sklep. Kto to wszystko posprząta? 

wtorek, 11 września 2018

Relacje po pierwszym tygodniu w przedszkolu

Maciuś

Świetnie sobie radzi. Moja duma jest nie do opisania. Tak bardzo się cieszę ze zmiany przedszkola. W poprzednim syn już się po prostu nie rozwijał. Panie skupiały się na słabszych dzieciach, a Maciuś był już trochę z boku i nie robił postępów. Poza tym traciłam do tamtego przedszkola zaufanie, nikt o niczym nie informował, a zajęcia z Wczesnego Wspomagania były realizowane coraz rzadziej, z doskoku, tak, że musiałam się wręcz dopytywać o to kiedy Młody ma logopedę, a kiedy psychologa czy fizjoterapię.

Ze zmianą przedszkola miałam mega obawy, tym bardziej, że wybraliśmy integrację, ale cieszę się bardzo, bo może syn zacznie znów robić postępy, a tam pewnie byśmy stracili kolejny rok. Jestem bardzo mile zaskoczona podejściem nowych pań. Kiedyś jedna zapewniła, że będą o Maciusia walczyć, bo widzą, że można, że jest o co walczyć i że zrobią wszystko co w ich mocy aby mu pomóc. Bardzo go chwalą, to za niesamowitą pamięć, to za czytanie, to za pomaganie. Dostałam też szczegółową rozpiskę kiedy syn ma jakie zajęcia z WWR. Panią psycholog znam, bo już wcześniej mieliśmy przyjemność ją poznać. A co najważniejsze - Maciuś jest szczęśliwy! Chce tam chodzić. Cały poprzedni rok szkolny to była dla nas straszna męka, bo nie chciał rano wstawać, wychodzić z łóżka, ciągle płakał, krzyczał, że nie chce do przedszkola. Siłą go z łóżka wydzierałam i na siłę ubierałam. Nie chciał nic rano jeść, wymiotował, oblewał się celowo herbatą, żeby tylko nie jechać - przebierałam go po kilka razy. To przez co przeszliśmy było straszne. 

Cieszę się bardzo, że odważyliśmy się na tę zmianę.

Maciuś ma fajne zajęcia grupowe -  taniec nowoczesny z Panem, którego od dawna zna, capoueire, taniec towarzyski, rytmikę, angielski, szachy,... Codziennie jest coś ciekawego. Dziś ma indywidualne zajęcia z pedagogiem specjalnym, a w przyszłym tygodniu z logopedą i psychologiem, poza tym dwa razy w tygodniu pracuje 1:1 z panią koordynator. Ładnie zjada posiłki, właściwie to tylko wybiera ogórka czy rzodkiewkę z kanapek. 


Faustynka

Nie mogę powiedzieć, że jest źle, bo poszła do przedszkola bez problemu, bez płaczu, bez zapierania się rękami i  nogami czy zostawianiem śladów po paznokciach na futrynie, tylko z każdym kolejnym dniem przestawało jej sie podobać i to mnie martwi. W pewnym momencie już bardzo nie chciała iść, bo jakaś dziewczynka ją popycha, więc obiecałam, że porozmawiam z Panią i tak też uczyniłam. Panie zwróciły na Faustynkę większą uwagę i dzień  okazał się bardzo przyjemny. Młoda nawet spróbowała odrobinę obiadku, co mnie bardzo ucieszyło, bo przez pierwsze trzy dni nie zjadła kompletnie nic, nic nawet się nie napiła. Martwi mnie, że moja Kruszyna ni słowem się w przedszkolu nie odzywa, nie potrafi się otworzyć. Wykonuje bez najmniejszych problemów polecenia Pań, ale nic do nich nie mówi.

Pech chciał, że po tym fajnym dniu dostała wieczorem gorączki i strasznego kataru, przez co w piątek nie mogłam jej puścić, mimo że tym razem sama chciała. Podkurowałam ją przez weekend i wczoraj poszła chętnie, ale dzisiaj rano już znowu był kryzys i nawet płacz. Jednak przekonałam ją,  że będzie fajny obiadek z mięskiem, że jak zje w przedszkolu to jej kupię żelki i w końcu poszła. Tylko strasznie zdziwia z ubraniami, tak się stroi, że masakre mam z nią rano, a w rezultacie dzisiaj zmarzła. A mówiłam, że musi być długi rękaw, a nie krótki. Zobaczymy czy jutro będzie pamiętać.

Faustynka w domu się żali, że dziewczynki się z nią nie bawią, tylko popychają, zabierają zabawki. Właściwie jeśli się z kimś bawi to tylko z jakimś Stasiem. Boję się, że ona jest tak przejęta i zestresowana, że nie tyle nie odzywa się do pań, co w ogóle, do dzieci również i może została trochę odrzucona przez grupę. A może ona ma po prostu Aspergera? Czy to jest aż taka chorobliwa nieśmiałość? Martwię się. 

W ogóle te dzieci są jakieś takie agresywne, walczą o wszystko, rywalizują, zero współpracy. Tak jakby każde z nich chciało mieć dla siebie całe przedszkole i skupiać całkowicie uwagę pań na sobie. Właściwie to mnie to nawet nie dziwi, bo to co zobaczyłam na spotkaniu z rodzicami wiele mi objaśniło. Kudre... jakie muchy w nosie mają niektóre mamuśki, jakie wąty o rzeczy odgórne np. związane ze statutem. A jakiego tatusia widziałam... Wielka gwiazda, primadonna to za mało powiedziane. Nie dziwię się teraz tej jego Hani, że tak się rozpycha i wszystkich bije.

W dniu dzisiejszym stwierdzam, że trening umiejętności społecznych bardziej przyda się Faustynce niż Maciusiowi. Cieszę się, że w domu córa jest bardzo otwarta i mi o wszystkim mówi i w ogóle bardzo dużo razem rozmawiamy.



Dzisiaj mąż odbiera dzieci, więc po powrocie do domu opuściłam roletę i korzystając z ciszy, bo teściowa spała w najlepsze, myślałam że i ja sobie nadrobię senne zaległości. Ehe... Przewracałam się z boku na bok przez prawie dwie godziny. Nie potrafię zasnąć w dzień. Może też się w jakimś stopniu stres u mnie aktywuje. Dzieci w przedszkolach, a ja chodzę po ścianach zamiast odpocząć. Pewnie jeszcze minie trochę czasu zanim się przyzwyczaję do tego stanu rzeczy. Zrobiłam pranie, zrobiłam paznokcie i siadłam do laptopa. Dzieciaki pewnie właśnie mają obiad. Za pół godzinki odbierze je tatuś, więc i ja się biorę za jakieś gotowanko ;)


foto z kobieta.onet.pl


poniedziałek, 3 września 2018

Pierwszy Dzień

Kurczę, tyle się u nas ostatnio dzieje, że nie mam kiedy pisać ;) 

A teraz to nawet nie wiem od czego zacząć. 
Może od tego, że dzisiaj mamy pierwszy dzień szkoły/przedszkola. 

Piszcie Dziewczyny jak Wasze pociechy! 


U nas zmiany. 
Już wyjaśniam jakie. 

Przepisałem syna do innego przedszkola, a właściwie to już do "zerówki". Przenieśliśmy go z przedszkola terapeutycznego do integracyjnego. W ubiegłym tygodniu miał adaptację i jestem tak mile zaskoczona i szczęśliwa, że aż mi słów brakuje na opisanie mojej radości. Poprostu rewelacja! Chciał rano jeździć z tatą, więc się tak zorganizowaliśmy z mężem, żeby to było możliwe i pykło, załapało, poszło... Maciuś trochę był zdezorientowany na początku, trochę zagubiony, bo nagle jest coś inaczej, ale autyzm nie stawiał oporu. Nie było krzyków, ani łez. 
W tygodniu adaptacyjnym chłopaki jeździli razem sami. Najpierw mąż zostawił Maciusia na 4 godziny, następnym razem na 5, później 6 godzin i też on go odbierał.

Maciuś zaakceptował tą zmianę i widzę, że nie jest mu żal poprzedniego przedszkola, do którego i tak od dłuższego czasu nie chciał już chodzić. 

Niezbyt chętnie je posiłki. Jest typowym mięsożercą, więc raz tylko podziubał w ryżu z truskawkami, innym razem zjadł jednego racucha (co i tak w jego przypadku jest sukcesem). Ze śniadaniami nie ma większego problemu, bo kanapki lubi i z szynką i z serem, tylko warzywa z nich zdejmuje. Choć muszę się pochwalić i Maciusia oczywiście, bo udało nam się jakiś czas temu wprowadzić do diety pomidora!
Parówki to wiadomo, to co autystyk lubi najbardziej, ale płatki z mlekiem też wsówa. 

Bardzo szybko zapamiętał imiona dzieci i Pań, aż się Panie zdziwiły, ale fakt faktem pamięć syn ma niesamowitą.

Cieszę się bardzo, bo widzę po nim, że jest dobrze. Nie wiem jak inne dzieci reagują na niego, jego zachowania, "machanie skrzydełkami", ... Nie miałam okazji porozmawiać o tym z Paniami, ale dzisiaj ja go odbiorę, więc dopytam. Jednak jestem dobrej myśli ;) 



Faustynka dzisiaj rozpoczęła swoją przygodę z przedszkolem. Poszła dzielnie, zadowolona, dumnie przebrała się w szatni, ale przy wejściu do swojej sali zawahała się i ją wryło w drzwiach i było widać, że jednak zmieniła zdanie, ale podeszła Pani, zapytała o imię dziecka. Młoda oczywiście straciła język, jak zawsze w stresów ej sytuacji, więc ją przedstawiłam. Pani wzięła ją za rączkę i wprowadziła do sali. Co było dalej? Nie wiem. Nikt nie dzwoni, więc chyba nie bardzo źle. 

Przyznam się, że ja jestem przerażona. 
Jestem prawie pewna, że Faustynka nic nie zjadła. Ona jest taka wybredna... 
Ciekawe czy się w ogóle odzywa? Ona jest taka nieśmiała. 

Zastanawia mnie tylko jedno: Nie pokićkają się Paniom imiona? Jak one tak szybko zapamiętają które dziecko jest które?


Pamiętam jak 3 lata temu Maciusia prowadziła do przedszkola. Oj, łatwo nie było. A później siedziałam niedaleko na ławce w parku i sama zalewałam się łzami.


Dziś czuję po sobie, że mam podwyższone ciśnienie, więc kawusia mi nawet niepotrzebna ;)



Piszcie jak Wy wspominacie początki Waszych dzieciaczków w przedszkolu ;) 

wtorek, 31 października 2017

Ciecierzyca w roli głównej.

Długo tu nie zaglądałam. W przedszkolu u syna odbyło się pasowanie na przedszkolaka. Syn jest już starszakiem, ale z racji że został utworzony nowy budynek, zostało przyjętych dwunastu nowych chłopców z autyzmem. Wcześniej mieliśmy tu bardzo kameralne warunki, bo dzieciaczków było tylko ośmioro. Niestety po przedstawieniu zdarzył się wypadek. Młodszy braciszek jednego z chłopców oblał się gorącą kawą. Wezwano pogotowie i chłopiec pojechał wraz z rodzicami do szpitala.

Troszkę się przeziębiliśmy i kilka kolejnych dni spędziliśmy w domu. Ja nie wiem czemu odchorowałam najbardziej z potwornym bólem gardła i nieposkromionym katarem. Później czekał nas intensywny tydzień w przedszkolu. Nie miałam ani czasu ani siły na pisanie. Nie miałam nawet siły na ćwiczenia. Wracam do diety i ćwiczeń bo dobiłam  do prawie 65 kg! Znowu! Dziś jestem z dziećmi w domu, bo w przedszkolu syn ma wolne. Fiksum-dyndum straszne. Nadpobudliwość Maciusia nie daje mu usiąść na 5 minut. Cały czas wymahuje wszystkimi kończynami, każdą w innym kierunku, strącając przy tym różne przedmioty i obijając  się o meble. Nawet gdy siedzi i je, jego nogi wciąż idą, tłuką się o krzesła i stół. I tak oto między 6 a 10 rano zdążyłam już 3 razy pozcierać  rozlaną herbatę, rozsypany  cukier, posprzątać podarte papiery, chusteczki i papier toaletowy, rozsypane chrupki. A ile razy musiałam przerywać kłótnie i bójki to nie zliczę.  Ale udało mi się zrobić coś jeszcze.

Jako że kupiłam sobie pół kg suchej ciecierzycy, postanowiłam zrobić z niej sałatkę oraz zupę. Wyszło wyśmienicie! Jednak następnym razem postawię na ciecierzycę z puszki.

W kolejnym wpisie dodam przepisy, a dziś już uciekam, bo Młody rozniesie zaraz pokój w drobny mak.

Pa!

piątek, 6 lipca 2012

Pani magister

Miałam chwilę załamania. Tak wiem, nie powinnam była tego pisać, ani nawet myśleć. Mam przecież wspaniałego męża, cudownego synka, kilka dni temu obroniłam tytuł magistra  (choć jeszcze 2 miesiące temu wydawało mi się to nieosiągalne). Powinnam się cieszyć, jednak czasami jestem wykończona, jest mi ciężko, ale przecież nikt nie mówił, że będzie łatwo.
Ostatni miesiąc był naprawdę męczący.
Mały M budzi się często w nocy, a tu sesja. Chodziłam ledwo żywa. Do tego każdy wykładowca chciał udowodnić, że czegoś nie wiem, nie umiem, że nie zaliczę, bo przecież niemal nie chodziłam na zajęcia. Nie dałam się, ale tylko ja wiem ile pracy musiałam włożyć w to aby osiągnąć te wyniki jakie mam.