Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moi Biologiczni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moi Biologiczni. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 czerwca 2020

Zastanów się jakim rodzicem jesteś

"Tak, jak rodzic traktuje dziecko, tak dziecko traktuje siebie. Jak dziecko traktuje siebie, tak je traktują inni".
https://www.onet.pl/styl-zycia/jakmowic/chce-opisac-zachowanie-ktore-zaobserwowalam-u-doroslej-pary/yc3sgzd,30bc1058

Ja płacę  całe życie za czyjeś błędy i dysfunkcje.  Nie tak być powinno. To przecież  nie  jest  moja wina, że się urodziłam.

czwartek, 30 marca 2017

Dobra wiadomość

21 marca odbyła się ostatnia rozprawa.

Sędzina postanowiła w całości odrzucić wniosek moich biologicznych o ustalenie kontaktów z wnukami.

Wygraliśmy! Nie dostali ani jednego spotkania! Sędzina się na nich poznała.

Prawdopodobnie będą się apelować, ale jestem dobrej myśli.

Dziękuję za rady, szczególnie tym, którzy namawiali nas do pokazania im dzieci, bo wg tych osób i tak moi biologiczni mieli by się znudzić (nie chodziło o dzieci tylko o dręczenie mnie!). Takie rady możecie sobie wsadzić...

czwartek, 28 kwietnia 2016

Czy dowcipy o teściowych to czysty przypadek?

Chyba nie.
- Tato, dzik zaatakował babcię!
- Jak sam zaatakował, to niech sam się broni.

- Wiesz, że mamusia była wczoraj u tego słynnego dentysty?
- Tak? A co? Kanały jadowe jej udrażniał?

- Tato, co to są ambiwalentne uczucia?
- Jak widzisz, że teściowa spada w przepaść w twoim nowym mercedesie.

Co to jest: jedna ropucha i czterdzieści żabek? Teściowa wiesza firanki.

Teściowa przyjeżdża z wizytą.
Zięć: - Mama na długo?
- Zostanę, jak długo będziesz chciał.
- To mamusia nawet herbaty się nie napije?

Mąż do żony: - Nie mówię, kochanie, że twoja mama źle gotuje, ale rozumiem już, czemu twoja rodzina modli się przed obiadem.
- Dlaczego jesteś smutny?
- Porwali mi teściową. Mówią, że jeśli nie dam im okupu, to ją sklonują.



Dowcipy pochodzą z artykułu -->> Syn, synowa i teściowa. Dlaczego relacje są złe?

Artykuł - standard w polskiej rodzinie. Tak jest bardzo często. Czasami lepiej czasami gorzej. U mnie o wiele gorze. Historia opisana w artykule to przy moim życiu pikuś. Dziwne że jeszcze nie trafiłam na terapię... Może najwyższy czas o tym pomyśleć?



Trafiłam również na tekst -->> Teściowa zniszczyła moje małżeństwo.

Tutaj z kolei teściowa, to wypisz wymaluj moja matka, która nie potrafiła, nie chciała i nie próbowała mnie kochać, a już na pewno nie mojego wybranka. Dlatego ja też potrafiłam po kolejnej awanturze odejść z domu rodzinnego wraz z mężem. Nie utrzymujemy kontaktów.

Jak widać nie jestem sama. Ludzie mają podobne problemy. Ja niestety mam z dwóch stron. Nie mam ani rodziców ani teściów. Taka jest bolesna prawda. Jestem zdana wyłącznie na siebie. Nie mam się nawet komu pożalić.

środa, 4 listopada 2015

Jak nie urok to sraczka

I znów się zaczyna...

Stalking, czyli nękanie, także poprzez:

"manipulowanie ofiarą na przykład poprzez wszczynanie postępowania karnego przeciwko ofierze lub groźby wszczęcia postępowania czy groźby lub próby samobójstwa celem wymuszenia na ofierze pewnych zachowań, w tym wymuszenia kontaktu ze stalkerem"

Rodzice znów po ponad roku przypomnieli sobie o mnie. Nagle potrzebują się widzieć z wnukami i zamierzają domagać się spotkań z moimi dziećmi drogą sądową.

Nagle moja matka w liście pisze jak to mnie kochają, tylko chyba już nie pamięta, że jak miałam naście lat potrafiła mi wielokrotnie wykrzyczeć, że mnie nie kocha, że nigdy mnie nie kochała i że mnie nie chciała, ale musiała mnie sobie zrobić, bo rodzina mojego ojca domagała się praw do jego domu pozostawionego po rodzicach, pod pretekstem, że moi rodzice dzieci nie mają, a tamci po kilkoro. Potrafiła powiedzieć, że mnie nienawidzi, bo ona nienawidzi dzieci.

Teraz pisze, że miała poważną operację, że będą spisywać testament na tego co ich będzie dochowywał? Że niby kto? Że niby ja? Najpierw wyrzucili mnie z domu gdy zaszłam w ciążę (NIE WPADKA! BYŁAM 10 MIESIĘCY PO ŚLUBIE!), a teraz liczą na to że będziemy udawać rodzinę? Dobry żart.

sobota, 16 sierpnia 2014

Problemy

Postaram się w skrócie opisać wydarzenia ostatniego tygodnia.

W zeszły piątek mieliśmy spędzić miło wieczór z dziećmi na rajdzie, a chodziliśmy po komisariatach. Dlaczego? Bo mój ojciec przypomniał sobie, że ma córkę. Zaczął znów wydzwaniać do nas, tzn. do mojego męża, bo ja zmieniłam numer. Po co dzwonił? Tego nie wie nikt. On sam chyba też. Masa pretensji, wyzwisk... Skończyło sie na tym, że idzie do sądu ubiegać się o widzenia ze mną i moimi dziećmi. A na co mu moje dzieci jak się nigdy wcześniej nimi nie interesował? Ten sąd to chyba tylko po to, żeby mi na złość zrobić. Pojechaliśmy na komendę porozmawiać z kimś o stalkingu i sporo dowiedzieliśmy się od sympatycznej pani policjantki. Póki co nie złożyłam oficjalnego doniesienia, ale zrobię to jeżeli w dalszym ciągu nie dadzą nam spokoju.

Mąż na jednym z portali społecznościowych dostał prezent w postaci wirtualnego tortu na urodziny. Cieszy się że ma wielbicielkę, a ja podejrzewam, że to teściowa wysłała, bo się przecież odgrażała, że będzie się mścić.

We środę gotowałam spaghetti z sosem bolońskim. Sosu miało być na dwa dni, ale wczoraj z garnka wygrzebałam jedną małą porcję dla męża. Dla mnie i M nie wystarczyło, mimo iż wiem, że mięsa było na trzy nawet cztery spore porcje. Dziś to samo. Ugotowałam Strogonowa i mąż właśnie przyszedł mi powiedzieć, że go sporo ubyło. No i co robić? Co robić? Za rękę nie złapaliśmy, to się każdy wyprze. Wkurza mnie to już strasznie. Stoje przy garach z dwójką dzieci, a teściowa zamiast ugotować swoje to nasze podbiera.

Mam wrażenie, że niedługo umrę ze zmęczenia. Dzieci śpią, ale ja się kręce, spać nie mogę, bo na dole jak zwykle się drą, kłócą i tak jeszcze z dwie godziny będzie, a już prawie północ. Potem teściowa i siostry męża śpią do 12 w południe, a ja zapieprzam od siódmej rano każdego dnia i to jeszcze na paluszkach, bo by był armagedon jakbym je obudziła.

Mam dość...

------------------------------------------

Dopisane 16 sierpnia

Zapomniałam jeszcze wczoraj napisać o bardzo bolesnym szczególe, a mianowicie o moim kręgosłupie, który od czasu drugiego porodu niesamowicie mi doskwiera. Bywa, że ból jest tak silny, że nie mogę się poruszyć. Czy to może mieć jakiś związek ze znieczuleniem w kręgosłup? Powinnam się wybrać do lekarza. Postaram się w najbliższym tygodniu, bo to staje się nie do zniesienia.

Budowa utknęła w martwym punkcie. Mąż zapewnia, że zdążymy przed zimą, ale ja zaczynam w to wątpić.

piątek, 10 stycznia 2014

Trudny listopad. W grudniu babcia trafia do szpitala.

Długo mnie tu nie było, ale kompletnie nie mam czasu na prowadzenie bloga. A do napisania mam naprawdę sporo. Postaram się ostatnie dwa miesiące streścić w kilkunastu zdaniach.

Na przełomie października i listopada zaczęłam dostawać dziwne, anonimowe smsy na temat mojej teściowej i jej matki, o tym że są złodziejkami, że ukradły coś w jakimś sklepie, że mają sprawę na policji, że teściowa w liceum zaszłą w ciążę i usunęła i tym podobne teksty. Domyślam się że to moja matka komuś kazała takie rzeczy przysyłać, albo sobie kupiła komórkę i sama pisze. Mówiąc szczerze, mnie to nie obchodzi  co robi czy co robiła moja teściowa, to jest jej sprawa, przecież ja się za nią wstydzić nie będę. Mam swoje życie, swoje sprawy i swoje zmartwienia.

Później zaczęły się telefony od ojca, a myślałam, że po tej akcji z odsyłaniem moich rzeczy już sobie dali spokój.

Teściowa była chwilę spokojna jak dowiedziała się, że jestem w ciąży, ale długo to nie trwało, bo na początku listopada pojechaliśmy z mężem i M na zakupy i kupiłam sobie kozaki na zimę. Nie jakieś wypasione, ani drogie, bo kosztowały 30 zł na wyprzedaży, ale to wystarczyło żeby doprowadzić ją do białej gorączki. Ona jest zazdrosna o takie głupoty, błahe sprawy i przez swoją złośliwość daje mi to odczuć. Potem była wielce obrażona bo sobie skróciłam spodnie u krawcowej. Miałam 4 pary spodni do skrócenia, po prostu przez ostatnie 2 lata kupiłam sobie te 4 pary i teściowa zadeklarowała dawno temu (jak kupiłam pierwszą parę jeszcze w poprzedniej ciąży), że mi te spodnie skróci, po czym ja sobie je obcięłam i tak sobie czekały na obszycie przez 2 lata. Znalazłam je przez przypadek upchnięte z jakimiś ich rzeczami, pewnie z nadzieją, że zapomnę i spodnie zostaną na A albo C. Wkurzyłam się, zabrałam je i 3 inne pary, po czym pojechałam z nimi do krawcowej. Teściowa się do nas z 2 tygodnie nie odzywała i babcie też nastawiała przeciwko.

Któregoś dnia teściowa wyjechała do mojego męża z tekstem: "Skarbuje bo jest kasa" - od kiedy pamiętam mówię do mojego męża "Skarbie" i nie ma to związku z pieniędzmi, bo ja nie jestem taka jak ona. No ale cóż, człowiek mierzy drugiego swoją miarą.

Teściowie byli na balu andrzejkowym i po powrocie dowiedziałam się, że mój M nie chodzi i nie mówi. Ponoć moja matka takie ploty rozsiewa po całej miejscowości.

Na początku grudnia dostałam bardzo silnego bólu brzucha, normalnie zwijałam się w przedpokoju na górze i nawet nikt nie słyszał jak wołałam o pomoc, bo tak byli na dole zajęci awanturami. Przeleżałam tak zapłakana kilkanaście minut i dopiero jak A wychodziła na górę, to krzyknęłam żeby szybko pobiegła po mojego męża. Gdy przyszedł pomógł mi wstać i zaprowadził do pokoju. Mieliśmy jechać do szpitala, ale ból był tak silny że nie byłam w stanie się ruszyć, więc tak przeleżałam, aż trochę minął. Nie było plamienia, ruchy dziecka czułam dobrze, więc nigdzie nie jechaliśmy wtedy. Następnego dnia miałam wizytę u ginekologa i wszystko było ok.

Okazuje się, że babcia ma żółtaczkę. Ma intensywnie żółte zabarwienie skóry, normalnie jakby ją ktoś pomalował farbą. Mój mąż  na to, że ją trzeba zawieźć do szpitala. Teściowa zaczęła rozradzać, bo może przejdzie i strasznie nie chciała dopuścić do tego żeby babcia pojechała, bo by służącą straciła. Mój mąż nie dał za wygraną, bo widział, że z babcią jest źle. Kazał jej się przygotować, wziąć jakieś ubrania na zmianę i najpotrzebniejsze rzeczy, bo na pewno ją w szpitalu na kilka dni zostawią. Co się jeszcze okazało - babcia sikała na czarno już od prawie trzech tygodni i od trzech dni już była żółta, ale nikt nic nie powiedział, bo teściowa nie zostanie bez niej w domu. W szpitalu lekarze ochrzanili babcię, że tyle czasu zwlekała i się powinna cieszyć, że w ogóle żyje, albo nie zapadła w śpiączkę. Porobili jej badania i chcieli zostawić na oddziale, ale ona nie była przekonana. Lekarz się jej pyta czy zostanie, ona na to że nie wie, on że musi odpowiedzieć tak albo nie, a ona że dalej nie wie, że się boi zabiegu. Lekarz na nią nakrzyczał, że zabiegu się boi, a śmierci się nie boi. Ona na to że jak musi to zostanie, a lekarz, że nie musi, że to jest jej decyzja i musi zdecydować sama. A ona że ona musi do córki zadzwonić się zapytać.No ludzie drodzy, głupota! Ona się będzie pytać córki czy zostać w szpitalu i się poddać leczeniu, czy wrócić do domu, bo sobie córcia bez niej nie poradzi i być może nie przeżyć najbliższej nocy. W końcu w szpitalu została, ale teściowa ją nastraszyła zabiegiem, że się może nie wybudzić. I tak się okazało, że zabiegu nie było, ale teściowa udawała że się zamartwia i jest słaba strasznie przez to. Teścia do pracy nie puściła, musiał w poniedziałek brać urlop. Ona cały dzień leżała. Jak do niej zajrzałam, bo pobiegłam za M do sypialni to zaczęła gadać jak to się martwi, bo by się babcia z zabiegu mogła nie wybudzić, a ja na to że tak głupio myśleć nie można i sobie dała spokój z takimi gadkami. Miałam ochotę jej wygarnąć, że jakby się o matkę martwiła, to by ją już dawno osobiście do szpitala zawiozła, albo chociaż do lekarza jak tylko babcia na czarno sikać zaczęła. A ona jej tylko wmawiała że samo przejdzie. Poza tym jakby się martwiła to by w ciągu tego weekendu co babcia w szpitalu leżała i na zabieg czekała, choć raz do matki przyjechała, a ona przeleżała w łóżku z laptopem na kolanach twierdząc, że "słabuje".

Babcia w szpitalu spędziła miesiąc. Jaka nagle synowa w tym czacie się  okazała dobra i do rany przyłóż, bo teść musiał w końcu wrócić do pracy i nie miał kto herbaty do sypialni przynieść. Już teściowa nie cwaniakowała. Odmówiła wszystkich nauczycieli do C, bo kto drzwi im otworzy jak babci nie ma? Teściowa do ganku nie wejdzie, bo by zapalenia płuc przecież dostała, poza tym ona się musi do 11 wyspać a nie do nauczycieli wstawać rano, albo nie daj Boże coś sprzątnąć. Teść jak nigdy do domu musiał wracać o 14 mimo że pracuje do 15 i w czasie pracy też musiał przyjeżdżać do domu służbowym samochodem (13 km), bo przecież Niunia się źle czuje i trzeba jej śniadanie zrobić, herbatę przynieść, psa wyprowadzić, w piecu napalić... Teść nagle musiał przejąć obowiązki babci, ale i tak nie wszystkie, bo dziewczyny myły na zmianę naczynia, C kilka razy ziemniaki oskrobała, a teściowa palcem nie ruszyła przez ten czas. Wstyd! Przez cały miesiąc ani razu matki w szpitalu nie odwiedziła. Jeszcze większy wstyd! Mój mąż jeździł codziennie po pracy do babci, pytał co jej potrzeba, kupował wodę jakieś tam ciastka, jechał drugi raz i do domu wracał dopiero o 19-20. Wkurzało mnie to przez pierwszy tydzień (później się przyzwyczaiłam), bo to nienormalne żeby wnuk jeździł codziennie i tak dbał, a córka w domu leży. To nawet ja z M potrafiłam się zebrać i do babci pojechać 4 razy.

Straszny problem był z A, bo spała zawsze z babcią w pokoju obok naszego, a teraz ją strach obleciał i się bała spać na górze. Co noc uciekała do sypialni, niemiłosiernie się przy tym tłukąc o 1-2 w nocy. Spała z rodzicami, ale do czasu, bo któregoś dnia zwymiotowała (jakieś zatrucie albo wirus żołądkowy) i wyleciała na zbity pysk. Musiała się przenieść na górę, bo się teściowa przestraszyła, że się zarazi i się wyzamykała na dole a teść A przeprowadził na górę, dał jej wiadro na sikanie,  bo miała zakaz nawet do ubikacji zejść. Zastanawiam się co by było jakby A miała 3 lata a nie 13. Zamknęli by ją na klucz na górze samą bez opieki? Jak była babcia to się zawsze ona w takiej sytuacji zajęła, ale co gdyby jej nie było? Teściowa by malutkie dziecko zostawiła na pastwę losu.
--------------------------------------------------------------------------------------------

 Widzę, że tego naprawdę dużo, więc podzielę na części.

CDN

sobota, 15 czerwca 2013

Pragnę spokoju.

Sobota. Synek sobie drzemie po obiadku, a ja jestem już tak zmęczona że nie mam siły na nic. Odpoczywać nie bardzo potrafię, więc stwierdziłam że sobie trochę ponarzekam na blogu.

Dwa tygodnie temu ojciec sobie o mnie przypomniał. Wraz z mężem, jako że był to Dzień Dziecka, zabraliśmy naszego Małego M na wycieczkę i zakupy. Mimo że pogoda nie dopisała było bardzo fajnie, dzień wydawał się udany. Około godziny 15 do mojego męża dzwonił jakiś obcy numer, ale że złapaliśmy gumę i mąż zmieniał koło, to nie odebrał. Później próbował oddzwonić, ale było zajęte. Jak się potem okazało to był mój ojciec. Gdy nie dodzwonił się do mojego męża, to zadzwonił do teścia. Najpierw kazał nam pozabierać łóżko i jakieś tam moje sukienki, buty, które u nich zostały i tam zawadzają. Za jakieś dwie godziny zadzwoniła do nas teściowa, że mój ojciec tam przyjechał i rozmawia z teściem. Nie wiem czy to można nazwać rozmową, bo atmosfera była napięta i teść się pod koniec już bardzo zdenerwował. Kiedy wróciliśmy wieczorem do domu dowiedzieliśmy się, że przyjechał chyba po to żebym wróciła do nich. Kazał mojemu teściowi wyrzucić moje, jak to powiedział, "szmaty", to pójdę. A teść mu odpowiedział, że nic nie będzie wyrzucał, ani nam rozkazywał, bo jesteśmy dorośli i że my tam na pewno nie wrócimy, bo mamy swój dom i on nami rządzić nie będzie. Pod koniec jeszcze mój ojciec wypomniał, że już trzy lata mijają od ślubu a jego nikt na kawę nawet nie zaprosił. On chyba w ogóle nie wie już co mówi, ani czego chce. Po tym wszystkim jacy byli dla mnie, dla mojego męża jeszcze się ojcu zachciewa kawy. Później wydzwaniał do mnie, ale że zablokowałam sobie jego numer to nawet nie wiedziałam, więc znowu do teścia wydzwaniał z pytaniem czemu ja nie odbieram. To teść dał mi za którymś razem telefon żebym z ojcem pogadała i powiedziała jasno co myślę. Jak odebrałam, to miał pretensje że on dzwoni do mojego teścia a nie do mnie. Kazał mi pozabierać swoje sukienki. Ja powiedziałam, że nie potrzebuję, bo już sobie kupiłam nowe, a poza tym nie chcę potem się dowiadywać od osób trzecich, że się nie miałam w co ubrać i wróciłam po sukienki. Już ja dobrze wiem co by moja matka nagadała na mieście. Powiedziałam mu że nie chcę utrzymywać z nimi kontaktu i żeby nie dzwonił, ani tu nie przyjeżdżał. On mnie zwyzywał, nawrzeszczał na mnie i się w końcu rozłączył. Kiedy zadzwonił jeszcze raz, teść mi dał telefon, więc odebrałam, to mnie ochrzanił, że ja odbieram nie swój telefon i mam dać mojego teścia. Oddałam telefon. Teść się pyta o co chodzi, a ten z pretensjami że mi dał telefon. Pokłócili się w końcu, bo teść przez grzeczność mi dał telefon, skoro się mój ojciec nie mógł do mnie dodzwonić, a tamten jeszcze ma wąty i powiedział mu że pogadają jak mój ojciec wytrzeźwieje, bo on sam nie wie czego chce. To w ogóle jakaś masakra była. W końcu wieczorem przyjechał jakiś samochód i kierowca powyjmował worki z ubraniami, butami, torebkami, których ja nie chcę. Leżała tam też wielka kartka, na której było napisane, że ja ich wykończę psychicznie, że mają nadzieje że mój mąż straci pracę, ale to było napisane w taki sposób jakby oni mieli mieć na tą utratę pracy jakiś wpływ. Matka napisała: "Daję ci tu ciuchy żebyś z gołą dupą nie chodziła i w jednych butach". Tam jeszcze coś pisało, ale szkoda gadać.

Mam już dość tego wszystkiego. Obsmarowują mnie na mieście. Przypominają sobie raz na rok o mnie i mi żyć nie dają w spokoju. Ciągle jakieś groźby wyzwiska. Doszliśmy z mężem do wniosku, że to przez to że w ostatnim czacie często wychodzimy z dzieckiem. jeździmy na wycieczki, zakupy, spacerujemy po mieście. Moja matka rozgadała że mój mąż mnie uwięził i ktoś ją musiał wyśmiać, bo mnie widział tu czy tam. Poza tym lata mijają i pewnie zapragnęli mieć służącą.

Mam czasami ochotę uciec jak najdalej stąd. Boje się, że nas będą nachodzić, że zrobią coś złego mojej rodzinie, skrzywdzą mi dziecko. Moi rodzice to furiaci zdolni do wszystkiego. Gdy jestem z dzieckiem na spacerze ciągle się rozglądam, nawet gdy pranie rozwieszam na dworze to oglądam się za siebie co kilka sekund.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Żyj i daj żyć innym

Dziś moja matka nasłała na nas pomoc społeczną.
Wszystko byłoby dobrze gdyby nie pierwsze pytanie - "Czy utrzymuje Pani kontakty z mamą?". Od kiedy pomoc społeczna pyta się o takie rzeczy? Jestem przecież dorosła. Mam 24 lata, męża i dziecko.
Normalnie szczęka mi opadła jak ta Pani zaczęła twierdzić, że mojej mamie na pewno jest przykro, itp. itd.
Nie mogłam uwierzyć własnym uszom.
To chyba nie dzieje się na prawdę.
Próbowałam wytłumaczyć tej Pani, że przecież to rodzice nie utrzymują ze mną kontaktu, to oni mnie wyrzucili z domu i nigdy się nie interesowali ani mną ani wnukiem. A matka jeżeli dzwoniła lub pisała to tylko po to aby mnie obrażać lub mi grozić, więc przestałam odbierać.
A Pani dalej swoje, że moja matka na pewno tęskni, że chce wnuka zobaczyć.
Totalna masakra. Zrobiła z siebie ofiarę, aby uprzykrzyć mi życie.
Wiem po co to robi. Boi się. Zaczęła zdawać sobie sprawę, że jest coraz starsza. Potrzebuje darmowej służącej.
Pani z Pomocy była bardzo dobrze poinformowana, ponieważ wiedziała jakie pytania zadać.
"Mąż pracuje?"
"A gdzie?"
"A co Pani robi?"
" Aha, skończyła Pani szkołę"
"A kiedy?"
"A jaką?"
"Dziecko choruje?"

Dzięki tym pytaniom wiem jakich bzdur moja matka im nagadała.
Chciała udowodnić, że nie mamy warunków dla dziecka, dlatego nakłamała, że mój mąż nie pracuje, że ja nie skończyłam szkoły, że nie ma tu miejsca dla nas, że dziecko choruje i pewnie nie mamy pieniędzy na leczenie.
Bzdury wyssane z palca.
Nie wyszło jej.

piątek, 24 lutego 2012

Zainteresowanie rodziców po 7 mieiącach ciszy.

Ostatnio wiele się u nas działo, niestety nie bardzo miałam czas żeby o tym pisać. Wiadomo jak to jest przy małym dziecku. Korzystając z okazji, że nasz mały M. śpi sobie smacznie, opiszę choć troszkę co u nas słychać.

Kiedy byłam w ciąży dbaliśmy z mężem i z teściami żeby nikt nie wiedział, w którym miesiącu ciąży jestem i na kiedy jest termin. Gdy ktoś pytał udzielaliśmy wymijających odpowiedzi. Nie chcieliśmy aby doszło to do moich rodziców. Również kiedy już urodziłam nie chwaliliśmy się tym. Jednak długo się nie dało tego ukryć, bo już kiedy mąż pojechał zapisać małego M. do ośrodka zdrowia wieści o dziecku rozeszły się jak świeże bułeczki. Podejrzewam że to jedna z pielęgniarek zadzwoniła do mojej matki z tą informacją, bo już godzinę po powrocie męża miałam od matki telefony. Nie odbierałam ich. Przecież nie mamy o czym rozmawiać. Wyrzucili mnie w końcu z domu. Czego teraz chcą?
Sytuacja się zaogniła, gdy moi rodzice zaczęli obdzwaniać rodzinę mojego męża i to nie tą najbliższą, bo teściowie nie odbierali. Matka skombinowała numer do dziadków mojego męża z całkiem innej miejscowości i tam wydzwaniała, aby się wybielić i oczernić jak zwykle nas. Wygadywała bzdury jakie nigdy nie miały miejsca. Że mój mąż i ja byliśmy strasznie źle w stosunku do nich nastawieni, że pyskowaliśmy, wyzywaliśmy im, nie chcieliśmy w niczym pomóc, żyliśmy na ich koszt, wyrzucaliśmy ich z pokoju, wyklinaliśmy, że mój mąż mnie buntował...itp.itd. Coś takiego nigdy nie miało miejsca, ale oczywiście dziadkowie im uwierzyli. A chodziło o to głównie że nie odbieramy telefonów. Dziadkowie przegadali do mojego teścia, że się musimy z moimi pogodzić, przeprosić, bo tam jest dom duży i szkoda takiej chaty, a tu przecież nie ma miejsca. A my zanim znajdziemy coś własnego to minie 15 lat i tyle będziemy siedzieć teściom na głowie. I teść odebrał jak mój ojciec zadzwonił i naobiecywał, że z nami porozmawia. Stwierdziliśmy z mężem, że trzeba to raz na zawsze zakończyć. odbiorę i powiem im jasno, że po tym co mi zrobili nie chcę mieć z nimi nic wspólnego. Tak też zrobiłam. Spokojnie bez wulgaryzmów wyjaśniłam ojcu co zrobili, bo jak się okazało to nie wiedział. Zaczął się na mnie drzeć, że tak być nie może, że nie odbieram telefonów i się obrażam. mówiąc prościej - mam się dać gnoić i jeszcze ich lizać za to po dupach. Jak zwykle zaczął mnie wyzywać. Powiedziałam, że chcę aby mi dali święty spokój, bo im nigdy nie wybaczę. Ojciec kazał tylko pozabierać resztę swoich rzeczy bo lokatorzy mają przyjść mieszkać. Nie pytał jak się czuję, nie pytał o wnuka. A ja głupia myślałam, ze dzwonią, bo chcą dziecko widzieć albo żebyśmy wracali. Głupia naiwna. Potem dzwonił do męża - usłyszał to samo. Myśleliśmy że to już koniec, jednak się przeliczyliśmy.
Ojciec z matką zaczęli terroryzować telefonami dziadków mojego męża, a rodziców teścia. Wygadywali że bram ki piątej klepki, że postradałam rozum.
Mam już tego wszystkiego dosyć.

czwartek, 1 września 2011

Moja historia cz. 3.

W II. cz. obiecałam, że napiszę o tym jak było po ślubie.
Dostałam wówczas wiele komentarzy.
Jeden zacytuję:
"Co za bezsens...  
Jak ma być gotowy do małżeństwa ktoś, kto nie potrafi sprzeciwstawić się mamusi? A potem co? Ona będzie decydowała o narodzinach dziecka, o kupnie mieszkania czy domu, o wyjazdach na urlopy?  
Jak się pojawi wnuk, to będzie powtórka z tego, co było przed ślubem.  
Trzeba było wziąć ten swój skromny ślub w tajemnicy i od samego początku dać rodzicom do zrozumienia, że wam na głowę wchodzić nie będą... Bo teraz jak już daliście sobie raz na nią wejść, to pozamiatane."

Tak, moja matka chciała decydować o wszystkim. Porostu od zawsze żyła moim życiem jakby było ono jej (cz. 1., cz. 2.).
Tak też było po ślubie.
Mogliśmy się od razu wyprowadzić do teściów lub wynająć sobie mieszkanie i mieć święty spokój, ale jestem jedynaczką, więc, jak to tak?
Nie chcieliśmy aby ktoś nam zarzucił, że "zostawiłam kochaną mamusię na stare lata". Tym bardziej, że mało kto wiedział jak na prawdę jest u mnie w domu, jak byłam całe życie traktowana i ile przez rodziców wycierpiałam. Ludzie zakładali, że jak jedynaczka, to na pewno wypieszczona, a było wręcz przeciwnie. Pisałam o tym wcześniej więc nie będę się już powtarzać. Poza tym ciągle miałam skrupuły. Jako jedyne dziecko czułam się odpowiedzialna i zobowiązana w przyszłości im pomóc, opiekować się nimi.

Ciągle mieliśmy z mężem nadzieję, że się ułoży, że będzie dobrze. Zawsze odnosiliśmy się do nich z szacunkiem i we wszystkim pomagaliśmy, a także staraliśmy się nie przeszkadzać, nie narzucać się. Jednak się przeliczyliśmy.

Dostaliśmy co prawda część domu do swojej dyspozycji - kawałek parteru. Rodzice mieszkali na pierwszym piętrze. Jednak matka ciągle przesiadywała z nami. Gdybyśmy z domu nie wychodzili, to pewnie było by to nawet 24 godziny na dobę.
Ciągle coś było nie tak, ciągle coś jej nie pasowało, o wszystko się czepiała, ubliżała mi. Np. przed weselem kuzynki wyzywała, że "ducia".  Bo nie zrobiłam sobie na głowie blond pudla, a ona innej fryzury "nie uznaje".
Mąż mi szepnął abym nie reagowała na głupie docinki, bo ona chce mnie sprowokować i zdenerwować do tego stopnia, abyśmy na to wesele nie pojechali, a ona aby miała pole do popisu w obsmarowywaniu mnie jaka to jestem wyrodna.
Matkę gryzło również to, że mamy własne pieniądze. Te które dostaliśmy w prezencie ślubnym od gości, dlatego też się tak wypytywała wszystkich ciotek, kto ile nam dał do koperty (pisałam o tym w cz. 2.).
Chciała żebyśmy się tych pieniędzy jak najszybciej pozbyli i rozporządzała co na co mamy wydać. Itp. Nie mogła znieść, że mając własną kasę nie jesteśmy od niej zależni. Kiedy kupiliśmy sobie samochód była bardzo zadowolona, jednak szybko ją zgasiliśmy, że ze ślubnych pieniędzy nie wydaliśmy ani złotówki. Szykowały się w rodzinie kolejne wesela, a ona zaczęła nam wpierać ile komu mamy dać na prezent, w co mamy się ubrać, jak mam się uczesać. My na te wesela już nie jechaliśmy. Oczywiście była wojna, bo że ja mam rodzinie w dupie i wolałam jechać na zajęcia na uczelni niż do kochanej rodzinki.
Kiedy kupiliśmy sobie łóżko, aby nie spać na tej starej, ciasnej, skrzypiącej i niewygodnej wersalce oczywiście wybuchła awantura, bo przecież wersalka jest dobra. Chcieliśmy sobie trochę przemeblować, poprzestawiać meble, to też szukała problemów. Jednak po kilku dniach zaświeciła jej się w głowie żarówka i kazała nam kupić cały komplet sypialniany do tego łóżka (szafa, komoda i takie tam) z myślą że pozbędziemy się nareszcie pieniędzy. Ale my wiedzieliśmy, że długo tu mieszkać nie będziemy więc bez sensu jest się wprowadzać z takimi rzeczami.
Warunki mieszkalne mieliśmy kiepskie. Przydała by się nowa lodówka bo w tej zamrażalnik nie mroził, pralka, bo ta była całkowicie zepsuta i pranie musiałam robić ręcznie, albo pytać się o pozwolenie czy mogę skorzystać z pralki rodziców. Nie mieliśmy kuchenki tylko taką polową, przenośną na butle na której mieściły się jedynie dwa garnki, więc porządny obiad musiałam gotować na raty. Stare walące się meble i te ohydne ściany z grzybem i zapleśniałe podłogi. Wiedzieliśmy jednak, że nie możemy się wziąć za remont, bo nie chcieliśmy mieszkać z wiecznie wtrącającą się i czepiającą dosłownie o wszystko matką.
Nie mogliśmy znieść tego jej przesiadywania z nami. No chyba rozumiecie, jak to młode małżeństwo, chce się sobą nacieszyć a nie wysłuchiwać ciągle zrzędzącej baby. Częściej odwiedzaliśmy teściów, bo chociaż tam mieliśmy odrobinę spokoju. Mojej matce to nie pasowało. Zabraniała nam tam jeździć. Więc nie tłumaczyliśmy się gdzie jeździmy. Niemal każdego dnia jechaliśmy po moich skończonych zajęciach do teściów, a wracaliśmy pod wieczór do domu. Ona jednak przychodziła i przeszkadzała. Więc wracaliśmy jeszcze później. Ale ona potrafiła przyjść nawet o 22, 23 i siedzieć z nami do północy. Trudno było ją wyprosić, bo nie reagowała na nasze aluzje. Mówiłam, że musimy rano wstać i już jest późno. Ale ona wtedy z pretensją, że to trzeba było wcześniej wrócić, a to jest jej dom i może chodzić, wchodzić kiedy jej się podoba. A najciekawsze jest to, że zawsze wiedziała kiedy wejść. Tzn. w najmniej odpowiednim momencie. Ona strasznie nie chciała żebyśmy sobie zrobili dziecko więc tylko nasłuchiwała co i jak, żeby przerwać nasze miłosne uniesienia. Mieliśmy już tego serdecznie dość. Ja też już byłam tym wszystkim zmęczona, mąż tak samo. A tu było jeszcze coraz gorzej.
Jakby tego wszystkiego było mało, to przegrzebywała nasze wszystkie rzeczy, przeszukiwała szafki, przeglądała lodówkę, wszędzie grzebała pod naszą nieobecność, przeglądała nawet kosz na śmieci. To przecież widać jak się wraca do domu i jest coś poprzestawiane.
Kiedy coś jej nie pasowało, w czymś się z nią nie zgadzaliśmy, chcieliśmy po swojemu lub zwracaliśmy jej uwagę to kazała "wypierdalać", bo to jej dom i wszystko ma być tak jak ona chce.
Na mieście rozpowiadała że nic tylko "leżymy w łóżku i się pierdolimy". Była rozzłoszczona bo jej nie właziliśmy do dupy.
Czepiała się, że się nie uczę, że zawalę studia. Darła się, że "jak zrobimy sobie bachora to mamy wypierdalać z jej domu". Trochę nie rozumiem pojęcia "jej dom", nigdy w życiu nie zarobiła ani złotówki, a ten dom jest mojego ojca po jego rodzicach. Ale dobra, niech jej będzie.
Wracając do tematu. Kiedy moje kuzynki szybko po swoich ślubach zaciążyły, zaczęła mnie również podejrzewać o to samo. Czego ja wtedy nie usłyszałam. Że "jestem głupia", "że się skurwiłam", "jestem zwykłą kurwą", "pojebana", "popierdolona", "tylko seks nam w głowie" i że teraz to na pewno zawalę studia. Ale w rzeczywistości to ona chciała żebym ja te studia zawaliła, bo nie mogłam się okazać lepsza od moich kuzynek, ona by tego nie przeżyła. Przecież to były jej oczka w głowie.
Dlatego też po tym wszystkim, jakieś 9-10 miesięcy po ślubie, kiedy zaszłam w ciążę i byłam z tego powodu bardzo szczęśliwa, bałam się do tego przyznać i trzymaliśmy to z mężem w tajemnicy.
Jednak awantury były ciągle o coś, a ja bardzo źle znosiłam te pierwsze miesiące ciąży. Do tego ten codzienny stres, aby nie słyszeli jak wymiotuję. Dziękuję Bogu za tak wspaniałego męża, który przez cały ten trudny okres mnie bardzo wspierał, pomagał i o mnie dbał. Bez jego miłości nie dałabym sobie rady. A awantury z matką bez zmian. W końcu mąż stwierdził, że może jak będą wiedzieć o ciąży to się uspokoją i nie będą mnie denerwować. W jakiś dzień kiedy wyjątkowo źle się czułam, a ona znowu przyszła mnie gryźć, bo czemu to leżę w łóżku zamiast robić. I skakała do mnie jak diabeł. Mój mąż poklepał ją po ramieniu z uśmiechem na twarzy i słowami "niech się Pani uspokoi, będzie Pani babcią". A w łóżku leżę bo się źle czuję, wymiotuję non stop i lekarz kazał leżeć. Od tego momentu dopiero się zaczęło. Odstawiła straszny cyrk. Spakowała się i wyprowadziła - oczywiście tylko pod publikę. Jak obeszła wszystkie sklepy, koleżanki i sąsiadki, to na wieczór wróciła z tą spakowaną walizką. Oczywiście w domu ojciec wytoczył mi awanturę, "bo co ja mamusi zrobiłam, że się spakowała i poszła z domu". No ale sęk w tym, że nic nie zrobiłam. Powiedzieliśmy o ciąży, a ona poszła. Kiedy wróciła do domu ojciec przyszedł drugi raz i mówi "idź szukać mamy bo jeszcze nie wróciła". -"jak nie wróciła? przecież jest na górze", -"nie, nie ma jej", -"to może pojechała do xxx(swojej rodzinnej miejscowości)", - "co jej zrobiłaś? idź szukać mamy". Jeszcze powiedział, że jak wróci to ją mam przeprosić. A ona w tym momencie otworzyła drzwi i wparowała z nosem zadartym pod niebiosa, bo stała cały czas za drzwiami i się przysłuchiwała - ojciec wiedział o tym. Kazał się nam przeprosić, a raczej wymusił przeprosiny ode mnie, ja już tego samego nie usłyszałam. No cóż. Od tamtego momentu dziecko nazywają "problemem" i nie kryją swojego niezadowolenia. A takie awantury zaczęły wybuchać jeszcze częściej. Po prostu matka to przemyślała, że teraz to będzie wypadało coś pomóc, choćby dziecko przybawić jak będę musiała pojechać na uczelnię, bo przede mną ostatni, piąty rok. Poza tym, jak to z dzieckiem, będzie płakało, z czasem plątało się pod nogami, a ona nie potrzebuje. Ona się musi do południa wyspać, a później na miasto i "hulaj dusza piekła nie ma" do wieczora, a nie żeby się dzieckiem opiekować, albo nie wysypiać. Choć ja bym nigdy w życiu jej dziecka pod opieką nie zostawiła. Ale ona tego nie wie. Mieliśmy z mężem taki plan, że zaraz po porodzie się wyprowadzimy do jego rodziców. Ale wszystko rozwiązało się samo.
Jak już pisałam wyżej - źle znosiłam pierwsze miesiące ciąży, brałam nawet leki i lekarz zagroził, że jak nie będę o siebie dbała i leżała w łóżku to będę musiała leżeć w szpitalu. Więc prawie nie wychodziłam z pokoju. To był kolejny problem, bo w rodzinie szykowały się kolejne wesela. Powiedziałam matce, że nie mogę pojechać mimo iż bym bardzo chciała, niestety nie dam rady. Żeby to chociaż było gdzieś na miejscu, to tak na chwilkę, albo na sam ślub. Ale to 50 km od domu. Zaczęło się. Matka awantury nie zrobiła, ale nastawiła ojca. Wpadł zdenerwowany wieczorem do naszego pokoju, mój mąż akurat zmywał podłogi, a ojciec z pretensjami, że czemu matce nie pomagam, że powinnam sama wziąć kosiarkę i cały ogród wykosić, że nie miał jej kto ostatnio do lekarza odwieźć. Co ze mnie za córka i że bym się wstydziła. I jak mi przed rodziną nie wstyd żeby na wesele nie pojechać. Zaczął mnie wyzywać, że jestem "pizda", "głupia pizda". Powtarzał to chyba z dziesięć razy. Mąż stanął w mojej obronie, że przecież w ciąży jestem i tak nie można się na mnie wyżywać. Że leżę w łóżku, bo lekarz kazał, nie daję rady wstać, leki mam brać - wskazał ręką na cały worek lekarstw, jak nie to w szpitalu będę leżeć i nawet on sam podłogi dziś zmywa. Ojciec zaczął, że tyle bab w ciąży jest i chodzą. Mąż na to że jedne chodzą inne leżą, jedna się czuje dobrze, a inna nie i że Marta (moja kuzynka) przecież też całą ciążę leży i jest na zwolnieniu lekarskim, ale że jest jakaś uprzywilejowana to jej wolno, a mi nie. Ja z tego całego stresu, zapłakana i rozdygotana zaczęłam wymiotować. Ojciec nie wiedział co powiedzieć to zmienił temat, że jak jeszcze raz pojadę do teściów to mogę nie wracać i jak nam nie pasuje to mamy "wypierdalać z domu". Na koniec powiedział "od poniedziałku macie sobie szukać mieszkania i się stąd wynieść". Mąż zaczął mnie uspokajać i jak doszłam choć trochę do siebie, to spakowaliśmy się i przyjechaliśmy do teściów. Cała ta sytuacja miała miejsce na kilka dni przed naszą pierwszą rocznicą ślubu, więc teraz tak mówimy, że to taki prezent od moich rodziców dostaliśmy.
Minął od tego czasu ponad miesiąc, a ja odżyłam. Jestem już w 17 tygodniu ciąży i czuję cię dużo lepiej. Z rodzicami nie miałam kontaktu do wczoraj. Wczoraj wieczorem zadzwonił do mojego męża mój ojciec, żebyśmy sobie nasze łóżko zabrali, bo od przyszłego tygodnia przychodzą lokatorzy. Mój mąż spokojnie do niego mówił, że dobrze, łóżko to nie problem bo się porozkręca tylko musi sobie jakiś transport na materac załatwić, a mój ojciec z pyskiem "zabierać to bo wypierdolę wam to na pole" i się rozłączył.
 
Przepraszam za ogromną ilość niecenzuralnych słów jakie padły wyżej, ale pomimo iż sama takich nie używam, chciałam odzwierciedlić całą sytuację.

Jeśli chodzi o moich rodziców - może uznacie mnie za złą wyrodną córkę (nie dbam o to) - ale nie chcę mieć już nigdy z nimi kontaktu. Po tym wszystkim co przeszłam przez nich przez 23 lata więcej nie chcę. I nie chcę aby nasze dziecko, w przyszłości dzieci miały z nimi jakikolwiek kontakt.
Wreszcie się uwolniłam.
Zaczynam nowe życie.

piątek, 19 sierpnia 2011

Moja historia cz. 2. - czyli o przygotowaniach do ślubu z tej drugiej,gorszej strony.

W "Moja historia cz. 1." obiecałam że napiszę o przygotowaniach do ślubu. A dokładnie o tym jak było w rzeczywistości i dlaczego teraz jest tak a nie inaczej - czyli o skłóconych rodzinach.
 
Jak już wcześniej wspominałam, ślub miał odbyć się w tajemnicy. Tylko my i świadkowie. To nie nasze "widzimisię", to sytuacja nas zmusiła, a mianowicie nie akceptacja naszego związku przez rodziców, moich rodziców. Owszem, wolelibyśmy mieć normalny ślub, na który zaprosilibyśmy nasze rodziny. Szczególnie zależało nam na rodzinie męża, wówczas narzeczonego, ponieważ jego rodzice nie mieli nic przeciwko temu abyśmy się pobrali. Jakby to wyglądało przed męża rodzicami, chrzestnymi, dziadkami i resztą rodziny. Myśleliśmy również o tym aby zaprosić tylko rodzinę męża, ale jak wytłumaczymy się z braku mojej rodziny? Jednak byliśmy zdecydowani na potajemny ślub. W 2008 roku już wszystko zaplanowaliśmy, ale pod koniec roku zmarł mój wujek. Wydarzyło się wtedy coś niemożliwego, coś zadziwiającego. Po śmierci wujka moja ciotka, a siostra mojej matki została sama. Sama w wielkim, pustym domu. Miała córkę, starą pannę, mieszkającą daleko od domu rodzinnego, która po śmierci ojca zaczęła częściej odwiedzać matkę, ale jednak z niczym sobie nie radziły, ponieważ wszystkim zajmował się zawsze wujek. Nawet rachunki okazały się problemem, a co dopiero inne rzeczy. Ciotka żaliła się do mojej matki, a ta się przestraszyła. Tak jak kuzynka jestem jedynaczką. Matka pomyślała, że gdyby coś się stało ojcu, będziemy w tej samej sytuacji i nagle zmieniła zdanie odnośnie ślubu, do którego tak usilnie nie chciała dopuścić. To był po prostu cud. Mimo iż do tej pory robiła co mogła aby zniszczyć nasz związek, to początkiem 2009 roku zmieniła znanie i sama wręcz wspomniała o ślubie.
Zaczęliśmy pędem szukać sali, aby się rodzice nie rozmyślili. Jednak wybór, jak się okazało, nie należał do nas. Salę wybrała moja matka twierdząc, że oni dają na to pieniądze i my nie mamy nic do gadania. Tak było ze wszystkim. Próbowałam z rodzicami rozmawiać, że to mój ślub i powinnam mieć coś do powiedzenia w tej sprawie, ale to było jak grochem o ścianę. Były jakieś zgrzyty, próby dyskusji, drobne awantury, ale odpuściłam. Bo tak na prawdę zależało mi tylko na tym aby wyjść za mąż za ukochanego mężczyznę. Całą oprawa nie miała dla mnie znaczenia, tak samo mogłam iść do ślubu w podartych jeansach, bo uważam że to nie takie rzeczy są ważne.
Matka wtrącała się we wszystko i mnie  szantażowała. Mówiła że ona płaci  i wszystko  ma być  tak  jak  ona chce. Gdy powiedziałam że niechcemy od nich pieniędzy i że zorganizujemy wesele  po swojemu  za swoje pieniądze, wpadła  w szał. Zagroziła że ona i ojciec nie przyjdą i nastawią całą rodzinę  przeciwko  nam. Odppuściłam.    Po zarezerwowaniu sali zaczęła wybierać zespół - bo jaka to ona jest muzykalna, normalnie nikt się na muzyce nie zna tak jak ona. Na szczęście zespół jest jedną z nielicznych rzeczy jaką udało się nam wybrać, ale musiałam matce wmówić, że wszyscy członkowie tego bandu są absolwentami akademii muzycznych. Później problem z kamerzystą i fotografem, bo ona musiała postawić na swoim. Ktoś jej doradził drogiego kamerzystę i tak samo fotografa, których nagrania/zdjęcia nie zasługiwały na tak wygórowaną cenę. A co najgorsze matka mówiła, że mamy sobie za wszystko zapłacić sami. No to my na to, że w takim razie nie może się wtrącać i robimy wesele po swojemu, to zmieniała zdanie, że oni za wszystko płacą więc my nie mamy nic do gadania. I tak cały czas, niemal do dnia ślubu.
Lista gości - kolejny szok. Matka naliczyła ponad 200 osób i to nawet takich co my w ogóle ich nie znamy. Jak pomyślałam, że mamy sami za wszystko zapłacić to zbladłam. Oczywiście nie mogłam zaprosić swoich koleżanek, matka za to zapraszała swoje.
Godzina ceremonii ślubnej - w tajemnicy wybraliśmy się do księdza i ustaliliśmy 15. Matka za wszelką cenę chciała jak najwcześniej - 13 a najlepiej to w ogóle 12.
Suknia ślubna - katastrofa. Nie mogłam nawet zmierzyć modelu jaki mi wpadł w oko. Musiałam mierzyć to co się jej podobało. Najgorsze, że to były same princeski. Wyglądałam w tym fatalnie jak piłka w falbankach. Panie ekspedientki tylko mi współczuły takiej matki. Jestem niska i drobna więc źle wyglądam w tego typu sukniach. Ale przecież nie ja jestem ważna. Poza tym nie mogę przyćmić urody moich kuzynek - oczek w głowie mojej matki. W końcu kompromisem wybrałyśmy w miarę fajną sukienkę, chociaż podobały mi się inne i dużo tańsze (matka do dziś mi wypomina te 2200zł).
Buty ślubne - kupiłam sama. Po powrocie do domu usłyszałam od niej: "Nie o takich butach marzyłam". Zadarła w górę nos i wyszła obrażona.
Obrączki - no oczywiście, że też nie takie. To co kupiliśmy z narzeczonym sami zawsze jej nie pasowało.
Zaproszenia ślubne - bez słowa informacji zakupiła i przyniosła do domu. Moim zdaniem tandetne i drogie - gdzie indziej te same widziałam 50% taniej. Ale niech jej będzie.
Świadkowie - również wybrani przez moją matkę i poinformowani o tym za naszymi plecami.
Rodzice narzeczonego byli bardzo zaniepokojeni, ponieważ moja matka tak wszystko ustala, decyduje się na najdroższe rzeczy i raz mówi że za wszystko zapłaci a innym razem, że młodzi sami mają zapłacić, więc zorganizowaliśmy rodzinne spotkanie.
Na owym spotkaniu teściowie próbowali rozmawiać o ślubie, choć moi rodzice ciągle zmieniali temat. W końcu przyszły teść zapytał wprost jak to z tym płaceniem. Na co mój ojciec, że sobie popłacimy z prezentów. Teść się bardzo zdenerwował i powiedział, że to nasze pieniądze i nie będziemy z nich płacić, bo to nasz prezent. Poza tym takich rzeczy nie mówi się na kilkanaście dni przed ślubem. Teściowie odjechali bardzo zdenerwowani, ponieważ moi rodzice udają milionerów, a jak przyszło co do czego to jedyne dziecko - córkę chcą oskubać ze ślubnych pieniędzy.
Wersja jaka została ustalona, to taka że rodziny płacą po połowie, tak żeby nikt nie był poszkodowany. Jednak moja matka zaczęła swoje: "orkiestra należy do młodego, wodka należy do młodego, kamerzysta i fotograf do młodego, kościół do młodego, bukiety też do młodego, a goście, czyli opłata za salę... po połowie". Teściowa się wkurzyła, bo jak to tak? No to jak tradycyjnie to za gości płacą rodzice młodej. W końcu wyszło, że narzeczony musiał płacić za wszystko. Teściowa zadzwoniła na kilka dni przed ślubem do mojej matki i wynikła z tego awantura. Oczywiście moja matka odwróciła kota ogonem, że to teściowa nie chce za nic zapłacić i się ojciec uniósł dumą, że jak tak to zapłaci za wszystko.
Od tamtej pory rodziny się do siebie nie odzywają.
Na ślubie moja matka miała minę jak na pogrzebie i rozpowiadała do całej rodziny swoją wersję i wypytywała kto ile nam dał do koperty. Próbowała zepsuć atmosferę weselną, ale jej się nie udało. W rezultacie sama wyszła na idiotkę, bo nawet do zdjęć stała ze zbolałą miną. Oczywiście też obgadała rodzinę mojego męża w całej naszej miejscowości, więc ludzie źle o nas myślą. Nie przejmujemy się tym bo wiemy jak było na prawdę.
Jestem już rok po ślubie, a ojciec mi wypomina, że wydał na wesele 40 tys. zł i że mamy mu to zwrócić. Po pierwsze - jakie 40 tys? Najwięcej kosztowali goście weselni, 140 zł od osoby. Osób było 96. Czyli 13,5 tys. Za alkohol, samochód, organistę i fotografa płacił mój mąż. A mój ojciec 2 tys za orkiestrę, 1 tys za kamerzystę i 500 zetów na księdza. Dodając do tego suknię ślubną z dodatkami - czyli jakieś 2500 zł, kosmetyczkę i fryzjerkę - nie więcej niż 200 zł cena jaką zapłacił za wesele nie przekracza 20 tys zł. Skąd mu się wzięło drugie tyle?
Aaa... chyba zaczynam rozumieć. Matka przed ślubem szastała pieniędzmi na prawo i lewo, wydają je na firanki, zasłonki, dywaniki i inne zbędne pierdoły jakimi się chciała pochwalić gdy przyjadą goście w dniu wesela. Ale goście nawet nie zajrzeli do domu, tylko podczas błogosławieństwa czekali na dworze. Ona musiała wszystkie te pierdoły podciągnąć pod mój ślub, a ojciec gówno z tego wie.

O ślubie i weselu to by było na tyle.
Następnym razem kilka słów o tym jak było po ślubie.

środa, 6 lipca 2011

Moja historia cz. 1.

Witam po bardzo długiej nieobecności.
Właściwie miałam zakończyć prowadzenie bloga, ponieważ miał on dotyczyć jedynie przygotowań do ślubu, a że ślub odbył się rok temu, to chciałam zostawić bloga w takiej formie, trochę jako pamiątkę tych cudownych chwil.

Jednak po przeczytaniu postów Pani Agnieszki na blogu agar.blog.onet.pl
pt. "Bo co ludzie powiedzą" i "Nie tak Cię wychowałam", które mnie bardzo poruszyły,  postanowiłam opowiedzieć swoją historię.

Pani Agnieszka opisała tam historie dwóch kobiet. Po przeczytaniu komentarzy zauważyłam, że wiele osób nie wierzy w prawdziwość i możliwość zaistnienia takich sytuacji. Jeśli nie wierzą, to dobrze, bo to znaczy że sami tego nie doświadczyli. Ja wierzę, bo sama przeżyłam coś podobnego.

 

Moi rodzice - głównie matka znęcali się nade mną psychicznie, ojciec jakoś się nie interesował moim wychowaniem, ogólnie mam z nim słaby kontakt. Tak jak u Ewy gdy dostałam 4 bałam się przyznać w domu, bo myślałam że mnie zabiją. Poza tym te męczące zajęcia pozalekcyjne - w wieku 7 lat oprócz zwykłej podstawówki uczęszczałam do szkoły muzycznej, na kółko taneczne i dodatkowy angielski (zaznaczam że rodzice nie są wykształceni, ojciec - zawodówka, matka podstawówka i to na samych trójach to tak jakby dziś na dwójach. Oczywiście mi wparła całkiem inny obraz siebie- miała same piątki, grała na mandolinie i chodziła do liceum akrobatycznego tylko się połamała i musiała pójść do zawodówki, papierosy zaczęła palić dopiero po ślubie bo ją siostra mojego ojca zmusiła, do tego była świetną tancerką i tańczyła jak w "Tańcu z gwiazdami" i śpiewała w zespole, aha i jeszcze zjeździła całą Polskę bez prawa jazdy, bo akurat jak je miała zrobić to zaszła w ciąże i przeze mnie nie zrobiła, krótko mówiąc pokrzyżowałam jej plany). Sama się sobie dziwię jak dawałam radę i do tego zawsze świadectwo z paskiem. Po podstawówce gimnazjum muzyczne do którego dojeżdżałam 15 km, miałam tam zajęcia ogólne a popołudniu muzyczne więc spędzałam po 10 - 12 godzin poza domem (dojeżdżałam autobusem). Oczywiście nie było mowy o znajomych, nie mogłam wychodzić do koleżanek, już nie wspomnę o imprezach. Gimnazjum i ciągła rywalizacja z "artystami" wykańczały mnie psychicznie. Nie chciałam już tam się uczyć. Dziewczynki w wieku 13-14 lat a potrafiły by się na wzajem utopić w łyżce wody byle dostać główną rolę na scenie. To nie było dla mnie, ale matka nie pozwoliła mi wrócić do szkoły w rodzinnej miejscowości - "bo co ludzie powiedzą", "będą się ze mnie śmiać że sobie nie dałam rady".


Gdy patrzę na to po latach, jest to dla mnie doprawdy zadziwiające.
Jak można wysłać dziecko (tak! dziecko, bo 13 lat to niewiele) do szkoły oddalonej o 15 km od domu, mimo iż mogło by uczęszczać do szkoły, która jest pod nosem. Ach te wygórowane ambicje rodziców...
Znam rodziców, którzy zapisują dzieci na dodatkowe zajęcia, często oddalone od miejsca zamieszkania, ale oni sami te dzieci dowożą, dbają o to by codziennie zjadły ciepły obiad i nie pozwolili by aby dziecko wracało nocą autobusem samo do domu.
O mnie nikt nigdy się nie martwił, no chyba że oceny pod to podciągnąć, bo dla matki tylko to się liczyło. Gdy wracałam do domu to nie pytała się czy coś jadałam, tylko jakie oceny dzisiaj dostałam i co mam się na jutro uczyć.
Nikt nawet nie raczył wyjść po mnie w zimie do przystanku, kiedy to już o godzinie 17 było ciemno jak wiadomo gdzie. W zimie, gdy o 5 rano było jeszcze ciemno, do autobusu chodziłam dwa razy dłuższą drogą, bo bałam się iść skrótem przez ten straszny park niedaleko mojego domu, często oblegany przez pijaków i łobuzów.


Szkołę muzyczną zmieniłam po pierwszej klasie na inną - popołudniową, a gimnazjum wybrałam jakieś w miarę niedaleko od niej. Dalej 12 godzin spędzanych poza domem. Wstawałam o 5 bo o 5.53 miałam autobus a o 7.30 zaczynałam lekcje, po szkole wypiłam Kubusia zjadłam drożdżówkę i biegłam na fortepian i inne muzyczne zajęcia. Bywało tak że zajęcia miałam do 20 i o tej godzinie szkoła była zamykana i portier szedł już do domu a ja musiałam się błąkać po przystanku i czekać do 21.15 na autobus. Wracałam do domu i byłam wykończona. Obiadu oczywiście nie dostałam, bo się matce gotować nie chciało, chociaż pewnie i tak nie miałabym siły go zjeść. Jedyne o czym marzyłam to było położyć się do łóżka - ale nie, ja musiałam się uczyć bo musiałam mieć same piątki i czerwony pasek na świadectwie. Godzina grania na pianinie, zadania i uczenie się na następny dzień. Spałam góra 5 godzin na dobę, a zdarzało się że nie spałam w ogóle bo uczyłam się do rana. Dodaję że nie mogłam się uczyć w sobotę na tydzień w przód, bo również miałam wówczas zajęcia w szkole muzycznej. Zostawała niedziela - matka zabraniała mi chodzić do kościoła, bo nie mogłam przecież marnować czasu, musiałam się uczyć. Kłóciłyśmy się przez to. Kłóciłyśmy się w ogóle bardzo dużo, a bo nie zdążyłam rano łóżka pościelić i sprzątnąć po śniadaniu przed wyjściem do szkoły, a bo się po szkole położyłam na kilkanaście minut żeby odpocząć, a bo jakim prawem ja jestem zmęczona, a bo nie zrobiłam ojcu kolacji, a bo nie zrobiłam zakupów bo jak wysiadłam z autobusu to już sklepy były zamknięte, a przecież mogłam zrobić tam gdzieś koło szkoły a potem z reklamówami się przewracać w autobusie, a bo to, a bo tamto. Poza tym zawsze musiałam mieć czas żeby jej pomagać w domowych obowiązkach, czy to w roku szkolnym czy na wakacjach. Nigdy nie miałam wakacji - tylko książki, pomoc w ogrodzie, obrywanie owoców w sadzie, robienie przetworów, gotowanie obiadów, trzepanie dywanów, zmywanie podłóg i tak od najmłodszych lat. Zawsze coś.

Zazdrościłam rówieśnikom, bo widziałam stojąc w oknie, jak biegają za piłką, grają w klasy czy skaczą na skakance. Ja nie mogłam. Księżniczka uwięziona w wieży, strzeżona przez strasznego smoka - zdanie często powtarzane przez znajomych.

 Po gimnazjum matka wybrała mi liceum. Tak wybrała, bo ona wybierała wszystko, zawsze. Jedno z najlepszych w Polsce. Dostałam się bez problemu bo miałam bardzo dobre wyniki z gimnazjum, ale miałam złe przeczucie. Nie chciałam się tam uczyć. Miałam bardzo dobrą koleżankę w gimnazjum, która niestety się nie dostała do tego liceum, chciałam pójść razem z nią, do tego o nieco niższym poziomie. Jednak nie miałam nic do powiedzenia, bo jak mówi matka "zwierzęta i dzieci głosu nie mają". Tak zostałam wychowana. W przekonaniu, że rodzice są najważniejsi i trzeba ich zawsze słuchać, nie można się im sprzeciwiać, bo przecież chcą jak najlepiej.
Chciałam liceum zmienić. Nie odpowiadało mi towarzystwo, jakaś taka udawana arystokracja, dążenie po trupach do celu, wyścig szczurów. Nie pozwoliła mi bo musiała się mną chwalić przed sąsiadkami, że jestem w najlepszym liceum w całym województwie. Nie miałam już samych piątek, były czwórki a nawet trójki. Koszmar. Nie wyrabiałam. W szkole też panowała ogromna niesprawiedliwość i bardzo stresująca atmosfera. Najlepsze oceny mieli najbogatsi, a ja... taka szara myszka, córka kierowcy i gospodyni domowej. Po I klasie, na wakacjach, chciałam pójść z koleżanką na pielgrzymkę. Tylko 3 dni. Usłyszałam kategoryczne nie. Bo, że ja się tam idę kurwić. Ja w odpowiedzi krzyknęłam "Ja się tam idę modlić!". Nigdy w życiu nie dałam jej powodów do tego aby mogła mieć o mnie takie zdanie. No chyba, że ona mierzyła mnie swoją miarą. Tak chyba właśnie było. Ojciec wówczas wstawił się ze mną pierwszy raz. W wieku 17 lat pod koniec wakacji zaczęłam się spotykać z chłopakiem - rodzice go przepędzili po dwóch tygodniach i tyle go widziałam.
Zaczęły się 18stki. Zostałam zaproszona do koleżanki. Rodzice mnie o dziwo puścili, ale o 22 musiałam być w domu. Na imprezie proponowano mi alkohol ale odmówiłam, wręcz się pokłóciłam z jedną koleżanek, bo nie chciałam pić przed swoją 18stką. Koleżanka z tekstem "- no Jezu, tylko miesiąc Ci został", a ja na to "-no właśnie Aniu miesiąc, dlatego zaczekam" (nie rozumiem jak ktoś mógł moją matkę zmusić do palenia papierosów). Wróciłam do domu spóźniona 15 minut i oczywiście awantura. Nie rozumiem mojej matki. Miała dziecko idealne - w szkole same piątki, nie pijące alkoholu, nie włóczące się po imprezach, papierosa w ustach do tej pory nie miałam (mam 23 lata), a gdy już byłam pełnoletnia i mogłam pić alkohol, nigdy nie zdarzyło mi się upić. Z resztą nie przepadam za alkoholem. Gustuję jedynie w "babskim smakowym piwie" typu redd's lub czerwonym winie. Okazjonalnie.

 Ona nigdy mnie nie doceniła. Zawsze wychwalała moje kuzynki - puste lalki barbi bez wykształcenia ale w jej oczach, piękniejsze, mądrzejsze i bardziej zaradne ode mnie. Robiłam wszystko żeby matkę zadowolić, ale i tak one były lepsze, tak jest do dziś. Najbardziej wkurza mnie to, że wiem jakie one są. Na własne oczy widziałam jak piły paliły, lizały się z chłopakami w wieku kilkunastu lat. Wiem, że chodziły na imprezy. Nigdy nie miałam z nimi o czym rozmawiać, gdy byliśmy na jakimś zjeździe rodzinnym. Opowiadały jedynie o imprezach i o chłopakach. Czułam się jak piąte koło u wozu.

Po 18stce zaczęłam się spotykać z moim obecnym mężem. Przeszliśmy przez piekło. Nie mogliśmy się spotykać częściej niż raz w miesiącu bo co ludzie powiedzą. Mój wówczas jeszcze chłopak myślał, że mi na nim nie zależy bo miałam jakieś wymówki co chwile żeby się nie spotkać, a ja się wstydziłam że w tym wieku mi rodzice zabraniają, myślałam że jak mu powiem to ucieknie jak tamten pierwszy. Nawet przyszli teściowie uważali że coś jest nie tak, bo przez pierwszy rok nawet tam nie pojechałam. Matka mi zabroniła "bo dziewczyna przed ślubem do chłopaka pojechać nie może, jak pojedzie tzn. że dziwka". Matka robiła mi pranie mózgu. Że faceci zdradzają, itp. Że mój chłopak też mnie zdradza, że ma nie takie i jak seksu dostanie to pójdzie do innej i jeszcze do kumpli wyśmieje że łatwa. Jak widziała że te gadki nic nie dają to zaczęła jemu prać mózg: że ja nic nie robię w domu, że nie umiem sprzątać, gotować, że mam bardzo zły charakter, ale to też nic nie dało. Zdałam maturę, oczywiście było gadanie że jestem tak głupia że na pewno nie zdam i że "w dół nasram" jak siostra mojego ojca, bo wpadła w wieku 18 lat. Wyzywała mnie od dziwek. Wkurzało mnie to, bo ciągle byłam dziewicą i chciałam zaczekać z seksem do ślubu. Zaczęłam w tajemnicy jeździć do chłopaka, a że niby jedziemy do kina a niby na imprezę. A my chcieliśmy mieć chwilę spokoju, bo jak byliśmy  u mnie to ona cały czas siedziała z nami żebyśmy się przypadkiem nie pocałowali, a my nie mogliśmy nawet porozmawiać. Zaczęłam studia i zaręczyliśmy się. To dopiero dolało oliwy do ognia. Rodzice byli przeciwni abym wyszła za mąż. Matka miała inny plan. Miałam do 30 nikogo nie mieć tylko mamusie adorować. Miałam być jej służącą tak jak do tej pory. I skończyło się to dobre. Nagle nie miał kto zrobić kolacyjki, bo narzeczony do mnie zaczął przyjeżdżać niemal codziennie (w końcu mamy do siebie tylko 2 km), to ja kolację robiłam nam. Nie miał kto wykonywać za nią obowiązków, bo narzeczony mi otworzył oczy że to nienormalne żebym ja wszystko w domu robiła a ona tylko leży przed tv. Matka posunęła się do tego że zaczęła wydzwaniać do moich jeszcze wtedy przyszłych teściów i wygadywać bzdury na mój temat aby przegadali mojemu narzeczonemu żeby mnie zostawił. Nagle poznałam swój całkiem nowy życiorys - odwrócony o 180 stopni od prawdy. Że miałam wielu chłopaków, narkomanów i niewiadomo kogo jeszcze, że nie potrafię nic zrobić w domu, że mam dwie lewe ręce, że Wojtkowi będzie ze mną źle, bo ja mam bardzo zły charakter i w ogóle jestem do dupy. Teściowie byli przerażeni. Narzeczony zrobił w domu awanturę, bo on mnie wybrał i zdania nie zmieni.
Toczyliśmy wojnę o naszą miłość z obiema rodzinami. Teściowie zmienili zdanie bo mnie poznali i zobaczyli jaka na prawdę jestem. Często się głupio czułam , bo widziałam że jestem sprawdzana, np. jak sobie radzę w kuchni. Ale właśnie się dziwili, bo radziłam sobie świetnie, a po tym z tego co się nasłuchali od mojej matki to myśleli że nawet wody na herbatę nie będę umiała zagotować. Postanowiliśmy wziąć potajemny ślub bo moi rodzice wciąż byli przeciwni. Datę wyznaczyliśmy na czerwiec 2009 - rok po zaręczynach. Ale końcem 2008 roku wydarzył się cud. Gdy zmarł mój wujek, matka zobaczyła, że jej siostra została sama z niezamężną córką i nagle nie mogły sobie z niczym poradzić. W styczniu 2009 sama zaproponowała ślub na 2012 rok. Przekonaliśmy ją na 2011, a przy rezerwacji sali ją pani przekonała na 2010. Pobraliśmy się gdy obroniłam licencjat a mąż magistra. Oczywiście z matką toczyliśmy, toczymy i będziemy toczyć wojny bo ona się za bardzo wtrąca. Ale najważniejsze że my jesteśmy razem.

Przy okazji ślubu, a raczej przygotowań do nie go wynikła wielka awantura między moimi rodzicami a rodzicami męża. Rodziny do dzisiaj są skłócone. Ale o tym może następnym razem, bo i tak się za bardzo rozpisałam. Choć to i tak nie wszystko, ponieważ o wielu bolesnych sytuacjach chciałabym najzwyczajniej w świecie zapomnieć i po prostu nie chciałam ich wspominać.
To taka wersja "light".
 
Pozdrawiam wszystkich serdecznie!