Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maciek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maciek. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 czerwca 2024

I jak żyć? Jak tu, kurwa, żyć?!

 


   Wczorajszy dzień przywitałam pełna nadziei, po to by przez wkurw załapać totalnego doła.

    

    Jestem mamą 12-letniego chłopaka z autyzmem.

Byłam umówiona na wizytę w PZP Dzieci i Młodzieży na pierwszą wizytę bez dziecka do psychologa. Zapewniono mnie, że po pięciu wizytach będą decydować czy syna przyjmą czy nie. No niby dlaczego nie? Działają przecież równolegle z Poradnią Autyzmu, która jakimś dziwnym trafem nie prowadzi terapii choć w internetach zapewniają nie tylko diagnozę ale i właśnie terapię. Taaa, reklama....

Pokierowała nas tam obecna psycholog, z którą Maciek pracuje już prawie rok, po tym jak poprzednia, stricte od autyzmu i jedyna od autyzmu w przyszpitalnej Poradni Autyzmu, powiedziała, że ma grafik zapełniony do końca roku i mojego syna nie przyjmie, po czym  z końcem roku przeszła z Poradni Autyzmu na Oddział w szpitalu i już w ogóle poradnia została bez psychologa. To tak kurwa można? To jest w ogóle legalne?

Wracając do obecnej pani psycholog - jest cudowna i bardzo się stara, ale jest też szczera, co w tym zawodzie jest rzadkością. Powiedziała wprost już po kilku zajęciach, że deficyty są tak duże, że nie jest w stanie z Maćkiem pracować i syn potrzebuje bardziej specjalistycznej opieki, najlepiej w Poradni Autyzmu. To jako, że w tej przyszpitalnej poradni się nie da, wydębiłam skierowanie i umówiłam syna do innej Poradni Autyzmu. Tzn. próbowałam go tam umówić, gdyż w rejestracji mnie poinformowano, że prowadzą tylko diagnozę i kazali się umówić do równolegle prowadzonej PZP, więc tak też uczyniłam. Już nawet pomijam te niemal roczne kolejki. 

    W końcu wczoraj nadszedł ten dzień. I co? I gówno, bo pani psycholog stwierdziła, że jak są deficyty, to już mi może powiedzieć, że syna nie przyjmą. "No ale jak to? Jeszcze go Pani nawet nie widziała! Zapewniono mnie o pięciu spotkaniach, po których dostanę odpowiedź".

-"Nie, nie, to do pięciu spotkań, ale ja już widzę po opinii ze szkoły, że my nie przyjmiemy, bo my tu oferujemy psychoterapie, bo to poradnia psychologiczna, proszę pytać w Poradni Autyzmu"

-"To właśnie z Poradni Autyzmu mnie tu przekierowali, bo u nich jest tylko diagnoza, a nie terapia, a syn diagnozę już ma".

-"To nie, to trzeba szukać gdzie indziej".

-"No ale gdzie, gdzie ja mam się udać?"

    Pani psycholog w PZP przeprowadziła ten wywiad, ale jasno dała mi do zrozumienia, żebym się cudów nie spodziewała.


    No i co? No i co teraz?

    Chłopak, 12-letni, bardzo fajny, grzeczny, który MA POTENCJAŁ!!! Tak właśnie! On ma potencjał!!! Dlaczego go przekreślacie?!


DLACZEGO GO, KURWA, PRZEKREŚLACIE?!!!


Jak zwykle wszystko muszę robić sama. Tylko dlaczego wszyscy inni biorą kasę?

Po chuj te wszystkie poradnie istnieją? Po chuj!


Trzy lata o TUSy dla syna walczyłam. TRZY zasrane lata! bo wszyscy odsyłali od drzwi do drzwi.


    A psychologów coraz więcej i więcej i więcej. 

Collegium Humanum 

Kolegium Tumanów!!!


czwartek, 5 stycznia 2023

Poświątecznie

Witam po długiej przerwie. Co tu dużo mówić? Chorowaliśmy. Jak zresztą zwykle w porze jesienno-zimowej. W zasadzie to tylko październik był jeszcze udany i dzieci nie opuściły w szkołach ani jednego dnia. Niestety mi przytrafiła się niewielka kontuzja, która wykluczyła mnie z ćwiczeń na jakieś 3 tygodnie. Oczywiście wypracowane mięśnie poleciały. Ehh... bywa. W listopadzie rozłożyła nas jelitówka. Jesienny standard. Natomiast w grudniu grypa lub inny covid. W zasadzie to jeszcze święta była chorowite, bo syn już zdrowiał, po to żeby zaraz dopadło córkę. Biedna jeszcze w sylwestra była skończona.

Jednak jak to się mówi: "nie ma tego złego..." Spędziliśmy razem wiele miłych chwil. Jeszcze przed tymi chorobami kupiliśmy sobie turbo puzzle 1000 elementów, więc mieliśmy co robić na wolnym. 


7 grudnia już zapakowaliśmy obraz w ramkę.


Między jelitówką a grypą Maciek miał to badanie przez biegłego sądowego psychiatrę, o które wnioskowałam w odwołaniu do sądu. Wyczekaliśmy się tam w kolejce, że ho ho. Odczucia po tym spotkaniu mieliśmy mieszane, ponieważ pani doktor nie dała po sobie poznać jak wg niej przebiegło. Podobno niektórzy mówią od razu rodzicom czy dziecko wymaga czy nie wymaga opieki w samodzielnej egzystencji. Dzisiaj jednak pierwszy stres opadł, ponieważ dostałam pismo z sądu z opinią psychiatry sądowego i jest w niej jasno napisane, że Maciek wymaga stałej opieki. Opinia lekarza jest nam przychylna. Teraz wszystko leży w gestii sądu. 

Już na początku grudnia jak co roku ubraliśmy choinkę. Wiem, że powinno się to robić dopiero w Wigilię, ale dzieci lubią już w mikołajki prezenty wyjmować spod drzewka. Z resztą ja też tak uwielbiam ten Świąteczny klimat, że nie wyobrażam sobie, żeby ten nastrój gościł tylko przez chwilę.  



 

Zawsze przed Świętami mamy ten sam dylemat. Babcia męża się zapowiada, że przyjedzie, a później w ostatniej chwili, gdy przygotowujemy się do Wigilii, odwołuje lub przekłada swój przyjazd na pierwszy czy drugi dzień Świąt. Oczywiście ostatecznie twierdzi, że przyjedzie po Świętach. I jak co roku nastawiamy się, że musimy się przygotować na gości. Wiadomo, że moja teściowa nie przyjedzie, bo nadal się boi covida i ciągle nie wychodzi z domu nawet na podwórko. Być może to już do końca życia tak będzie. Ale gdyby babcia męża przyjechała, to wiadomo, że nie sama, tylko ktoś ją musi przywieźć. Mój teść? Mało prawdopodobne, bo raczej żona go nie puści. Zostaje Agnieszka. Mieszka z chłopakiem, więc to już by były dodatkowe trzy osoby. I w taki sposób zostajemy w każde Święta z górą jedzenia, które konsumujemy aż do sylwestra i już nam bokami wychodzi i tak się zastanawiam, że może to trzeba odpuścić i więcej już nic nie przygotowywać. Tylko kameralnie na naszą czwórkę. A jak jednak nas kiedyś zaskoczą no to trudno. Gdyby się nie zapowiadali to bym powiedziała wprost, że nie wiedzieliśmy, że przyjadą, a tak to nie wiem. Chyba trzeba to olać i się przestać stresować.  Mąż twierdzi, że to zawsze tak będzie, tzn. nie będzie wiadomo czy nas najadą czy nie. Ja się go pytam, no ale dlaczego nie możemy jak u normalnych ludzi się umówić czy przyjadą czy nie, a nie że ja nagotuję na 10 osób i się potem marnuje, tak samo zakupy przedświąteczne, dobrze było by  wiedzieć czy robić na czworo czy dwa razy tyle. A prezenty pod choinką? Pamiętam, że raz babcia też tak się nie mogła zdecydować i  w dzień Wigilii zadzwoniła, że z Agą i jej jeszcze tym poprzednim chłopakiem przyjedzie i ja leciałam jeszcze przed zamknięciem sklepów dokupić pierogów i po prezenty. Oczywiście nie przyjechali. Odwołali o godzinie 17 jak już wszystko czekało na stole. 
W tym roku i tak przemyślałam mocno zakupy, na tyle, że chyba nic nie musieliśmy wyrzucić, ale pierogi i uszka jedliśmy przez tydzień. No ale w końcu powiedziałam do męża, żeby zadzwonił kilka dni przed Świętami do siostry i zapytał wprost czy przyjadą czy nie. Tak też zrobił. A Agnieszka była bardzo zdziwiona pytaniem i mówi: "to podobno jesteś chory". Mąż faktycznie miał wówczas grypę. No i się wszystko ładnie rozwiązało. Mogłam normalnie zaplanować ostatnie zakupy i menu. 

Uwielbiam Święta i te świąteczne przygotowania, gotowanie świątecznych potraw, przystrajanie mieszkania. Absolutnie nie narzekam. Ja chyba po prostu nie lubię niespodzianek. Poza tym relacje z rodziną męża mamy jakie mamy i dla mnie to chyba jednak za dużo udawać rodzinę do zdjęcia. Pewnie stąd u mnie taki stres. Jednak najtrudniejsze z tego wszystkiego jest chyba patrzeć na zawód Faustyny, która czeka na prababcię. To chyba boli najbardziej. 








Wigilia



Święta




Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

piątek, 29 lipca 2022

Koniec szkoły. Wycieczka. Fotorelacja.

Wciąż nie pozbyłam się trefnej ósemki, ale termin już umówiony, więc powoli się oswajam psychicznie.

Rok szkolny zakończony pomyślnie. W ogóle niesamowite czego dowiedziałam się o moim synu. Mama jednej z koleżanek Maćka powiedziała mi, że jej córka bardzo pochlebnie wypowiada się na jego temat. Podobno gdy jeden z chłopców dokuczał tej dziewczynce, a robił to często, to mój Maciek zawsze stawał w jej obronie i że "on jest taki rycerski". Kurcze... Wow... Jestem bardzo dumna z syna.

Faustyna? Rewelacja! Zakończyła pierwszą klasę z pięknym świadectwem i dyplomami, ale nie to jest najważniejsze. W drugim semestrze na tyle się oswoiła, że stres zaczął mijać. Boże! Jak ja się cieszę! Tak mi szkoda było tego dziecka, gdy każdego ranka aż się trzęsła ze strachu i do tego te poranne biegunki. Mam nadzieję,  że mamy to już za sobą. Na razie tęskni za szkołą i koleżankami.


Na działeczce z początkiem wakacji stanął mały drewniany domek, który mocno ułatwił nam życie. Mówię  Wam, super  sprawa.  Gdy się trochę urządziliśmy,  zrobiliśmy sobie tygodniowy kemping. Fajne doświadczenie,  choć wszyscy byliśmy mocno niewyspani. Jestem pod wrażeniem determinacji Maćka. Postanowił sobie, że spędzi 7 dni na działce i mimo całej niewygody, trzeszczącego materaca, świergotu ptaków, huku z okolicznych ulic czy głośnej muzyki i chichotu z innych działek, uparł się i się udało. 

Może i byliśmy jak Zombi, ale szczęśliwe Zombi.

Za domkiem rozłożyliśmy basen. Faustynkę ciężko z niego wyciągnąć. Nasza rybka. Niedługo zaczyna drugą klasę i prawdopodobnie będą jeździć na zajęcia na pływalni. Byłoby super. Cieszę się. Ja nie miałam takiej możliwości. Rezultat jest taki, że nie potrafię pływać. Mało tego, chyba się już nigdy nie odważę na naukę. 

Chcąc w końcu wykorzystać bon turystyczny postanowiliśmy pojechać na nasze pierwsze, rodzinne wakacje. Wybraliśmy Kraków.  Wyjazd złożył się akurat na dwunastą rocznice naszego ślubu. Wow! Kiedy to zleciało? Mieliśmy więc taką rocznicową wycieczkę. Dzieci bardzo chciały odwiedzić Zoo i wyszaleć się w aquaparku. Zaplanowaliśmy 3-dniowy wyjazd. Zarezerwowałam hotel, wygenerowałam kod, spakowałam walizkę i pojechaliśmy. 

W Parku wodnym byliśmy o 9. Przed wejściem zjedliśmy drugie śniadanie aby mieć energię na zabawę. Było super! Spędziliśmy tam 6 godzin! Ja już głos straciłam pod koniec i niestety ból gardła mnie dopadł. Może to od chloru? Tak na pierwszy raz, to pewnie za długo. 

Przed wyjazdem czytałam opinie na temat tego miejsca i trochę się stresowałam, bo były niezbyt pochlebne. No cóż,  mogłoby być czyściej, ale bawiliśmy się tak świetnie, że nie będę narzekać. Miejsce super dla rodzin z dziećmi. Każdy coś dla siebie znajdzie. Jednak uprzedzam, najlepiej udać się tam w godzinach porannych, bo gdy wychodziliśmy, to o 15 (w piątek) były tam straszne tłumy i mega kolejki do kas, więc możecie sobie wyobrazić,  że nie inaczej jest przy zjeżdżalniach, a o jacuzzi nawet nie wspomnę, bo nawet rano nie udało nam się skorzystać. 

Dla osób narzekających na brak możliwości pływania, mogę powiedzieć tylko tyle, że obiekt ten to nie pływalnia, tylko park wodny. Są owszem tory dla umiejących pływać, ale myślę, że głównym zamysłem i przeznaczeniem była jednak zabawa. 

A "kwaśne miny" ratowników mnie wcale nie dziwią, bo jeśli nie można blokować zjeżdżalni, czy wspinać się na nich pod prąd, ani też pchać się na trzeciego, to nie można i rodzic powinien to dziecku wytłumaczyć, a nie się obrażać na personel. 

Pamiętacie jak mi znajoma podrzuciła na półtorej godziny córki? Pewnie też miałam nietęgą minę biegając za nimi po parapetach.  Niech każdy zacznie rachunek sumienia od siebie, a potem wydaje opinie. 

Na miejscu wykorzystaliśmy kupon gastronomiczny dołączony do płatności bonem. Ogólnie wykorzystaliśmy z bonu 294 zł.

Mówiąc krótko,  POLECAM!

Muszę przy okazji pochwalić Maćka. Wiecie, że z uwagi na autyzm ma problem z moczeniem głowy. Był tak zdeterminowany, że się przełamał. Wchodził do wody i nawet zjeżdżał na mniejszych zjeżdżalniach. Widziałam jakie to dla niego trudne i jak walczy sam ze sobą,  ale chęć zabawy zwyciężyła i choć cierpiał, próbował przezwyciężyć strach i ból. 

Faustyna to jak ryba w wodzie. Jej nic nie przeszkadzało. Szła na 110 cm i próbowała pływać, sama mierząc 130 cm. Super! 

Na pewno będziemy wracać.


Tęczowa zjeżdżalnia


Zanim pojechaliśmy do hotelu,  postanowiliśmy po raz pierwszy posmakować Burger Kinga.  Ceny niespecjalnie zachęcają, ale w dzisiejszych czasach chyba już nigdzie nie zachęcają. Chociaż może to nieobiektywna opinia, w końcu na codzień jemy w domu. Coraz rzadziej zdarza nam się wyskoczyć na fast fooda, a właściwie to mamy u nas taką ulubioną włoską pizzerię i jeśli już jemy na mieście, to właśnie tam. 
Z resztą nie od dziś wiadomo,  że jedząc w domu, to i zdrowiej, no i kieszeń nie ucierpi. Poza tym ja po prostu lubię gotować. 
Burgery same w sobie były ok, choć nie jestem fanką mięsa, ale są też opcje Vege,  więc jest w czym wybierać. 

Gdy się najedliśmy i wybraliśmy w stronę hotelu, używając przy tym nawigacji googleowskiej,  mąż dostawał przez nią szewskiej pasji. Makabrycznie prowadziła. Chwilami jeździliśmy w kółko 😜  Tego nie polecam.

Hotel 3-gwiazdkowy.  Dwie doby w pokoju rodzinnym dla naszej czwórki kosztowały niespełna 800 zł. Śniadania smaczne w formie bufetu. Trochę byłam niewyspana, bo nie mogłam zasnąć przez podekscytowanie tym wyjazdem i wrażeniami z całego dnia. Zawsze miałam problem z zaśnięciem w nowym miejscu, np. u koleżanki w czasach szkolnych. Wygląda na to, że Maciek zaburzenia snu wyssał ode mnie. Rano już od 6 było słychać innych gości. 

Drugi dzień spędziliśmy na zwiedzaniu. Pojechaliśmy pociągiem,  a   właściwie kolejką miejską na Dworzec, pokręciliśmy się po Galerii Krakowskiej i udaliśmy na Stare Miasto, zrobiliśmy kilka zdjęć na Rynku,  wysłuchaliśmy Hejnału, następnie kupiliśmy bilety do Kościoła Mariackiego i mogliśmy na żywo podziwiać dzieła ołtarzowe. Faustynka była zachwycona. Później zrobiliśmy sobie spacer na Kazimierz, gdyż w tamtejszej Galerii mieliśmy do odebrania bilety w Cinema City, a dzieci miały obiecane "Minionki. Wejście Gru". Szczerze? Nie podobał mi się ten film. Gdy wracaliśmy na Dworzec, mieliśmy jeszcze piękną, słoneczną wręcz upalną pogodę. Wszystko zmieniło się gdy jechaliśmy pociągiem. Złapała nas straszna burza. Do hotelu wpadliśmy przemoczeni do suchej nitki, mając przy tym ubaw po pachy. 


Ach te gołębie... owszem, piękne, 
ale z mojm szczęściem, miałam stresa, 
że mnie przyozdobią tak jak one najlepiej potrafią.



Te z plecakami to my


A tu nasza turystka, która stwierdziła, 
że w przyszłości zostanie podróżniczką.


Wieczorem choć byliśmy już zmęczeni, wybraliśmy się do pobliskiej restauracji na pizzę. Na zdjęciach lokal wydawał się większy, ale na szczęście mieli dla nas miejsce. Pizza smaczna. 

Druga noc była bardziej udana, nie słyszałam innych gości, ani w nocy ani rano. Tylko pociąg mnie obudził o 5:20 (zapomnieliśmy zamknąć okno przed snem), ale udało mi się jeszcze zasnąć. 

W niedzielę rano wymeldowaliśmy się od razu po śniadaniu, gdyż spieszyliśmy się do Zoo. Dojechaliśmy na 9:00 i spędziliśmy tam 5 godzin. Bon nie obejmuje płatności w Zoo. Za bilety zapłaciliśmy 81 zł (30 zł normalny, 25 zł ulgowy, 1 zł dla dziecka z orzeczeniem i 25 zł dla opiekuna). 

Niesamowite wrażenia oglądać z bliska tak piękne stworzenia jak flamingi, uchatki, surykatki i wiele, wiele innych. 


Maciek jak zwykle zostawił nas w tyle. 
Ciężko dotrzymać mu kroku. 
Już nie raz pisałam, że on jest jak Husky.









Niekiedy zapach odstraszał. Szczególnie gdy dosłownie na kilka minut przed karmieniem słoń zrobił wielką 💩. Maciek znowu miał okazję walczyć z demonami. Jest wrażliwy na zapach, ale przetrwał. W dalszym ciągu uwielbia pingwiny i to właśnie dla nich marzył o wycieczce do Zoo. Faustynka zakochała się w uchatkach. Pokaz karmienia był rewelacyjny. I to zżycie zwierzęcia z człowiekiem mocno rozczulające. 








 

Lew przechadzał się dostojnie, 
aby w końcu wyłożyć się na ziemi 

i dumnie zaprezentować widok swoich jajec (zamazałąm).




Po wyjściu z Zoo udaliśmy się spacerkiem pod Kopiec Piłsudskiego. Rozbolała mnie potwornie głowa. Młoda też już miała dość. 



Pod kopcem zjedliśmy ciastka i wróciliśmy na parking, mijając przy tym tłum ludzi idących do Zoo. To jeszcze nic. Wyjeżdżając z parkingu nie mogliśmy uwierzyć w długość kolejki do parkingu, na którym nie było już miejsc. Jeśli planujecie wyjazd do Zoo to tylko rano. Po południu się nie wbijecie, szczególnie w weekend. 

Po zrealizowaniu wszystkich zaplanowanych atrakcji, wyruszyliśmy w drogę powrotną. Zahaczyliśmy o McDonalda i dopiero po wypiciu drugiej kawy przestała mnie boleć głowa. Zrobiliśmy sobie Dzień Dziecka. Młoda zjadła dwa hamburgery,  Maciek dwa cheeseburgery, a my mieliśmy do opracowania po Maestro, ale ja poległam. 

Po powrocie do domu kąpiel i pranie, a w nocy...

Nie, nie to.

Maciek zaczął kwiczeć. Mąż przyszedł do mnie z pytaniem czy jest mięta, bo chyba Maćka brzuch boli i mu niedobrze. No w końcu po trzech dniach takiego jedzenia, to wcale nie byłoby dziwne. Poszłam zaparzyć synowi herbaty, ale on w pewnym momencie wyskoczył z łóżka jak z procy i puścił pawia w progu łazienki, czyli tam gdzie zwykle. 

Z nim jest ten problem,  że zawsze gdy coś mu jest, coś boli, to nie chce się przyznać i musimy się domyślać co się dzieje. 

Okazało się,  że to nie brzuch go boli, a gardło. Maciek często wymiotuje od bólu gardła. Zawsze tak jakoś pechowo,  że na coś nowego. Jak kupiliśmy Faustynce nowe łóżko, to musiał je oznaczyć i oczywiście teraz nie było inaczej.

Wybaczcie opis.

Wymiociny obryzgały całą łazienkę, pół przedpokoju i oczywiście nowiutką walizkę. Ehh... Ja byłam w pół przytomna. Mąż zajął się sprzątaniem,  a ja synem.

Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.  Dobrze,  że w domu  😊

Rano mnie mocno rozbolało gardło. Mąż pojechał do pracy, a ja zajęłam się generalnym sprzątaniem,  szorowaniem ścian i walizki.  

I tak sobie z Maćkiem chorujemy już któryś dzień z kolei z ostrym zapaleniem gardła. Młoda od wczoraj też jakaś niewyraźna. Katar ma straszny i oczy jej łzawią. Ogólnie to wszyscy stan podgorączkowy i męczący kaszel. Tylko mąż jeszcze się jakoś trzyma. 

Ciekawe czy to kolejna koronka czy jakaś bakteria z klimatyzacji hotelowej? Biorąc pod uwagę przez jakie wielkie skupiska ludzi się przewinęliśmy ostatnio,  to wcale nie dziwne, że nas jakaś infekcja dopadła. Ale żeby tak w środku lata?!


Podsumowując.  Wycieczka udana. Wszyscy zadowoleni. Bon turystyczny,  fajna sprawa. Gdyby nie on, pewnie byłoby nam szkoda kasy na wyjazdy. A tak z bonu poszło prawie 1100 zł i jeszcze zostało 400 z haczykiem (dziecku z orzeczeniem przyznają podwójną kwotę).  I tak poza bonem wydaliśmy łącznie z paliwem 900 zł. A ja w trzy dni przytyłam prawie 3 kg. W każdym bądź razie, wracamy do zdrowego odżywiania. 

Kurcze, niektórzy cały rok harują, żeby w wakacje gdzieś wyjechać. Podziwiam rodziców wyjeżdżających z dziećmi na dwutygodniowe wczasy, szczególnie zagraniczne. U nas nie obyło by się chyba bez gorączek, sraczek czy innej "małpiej ospy". 

My to jednak domatorami jesteśmy. Teneryfa to nie dla nas. Leżaczek na działeczce i jest gites. A w razie awarii typu gorączka, kwadrans do mieszkanka. 

Jest owszem jeszcze kilka miejsc,  które chcielibyśmy odwiedzić, ale nie są to odległe cele. 


A Wy? Jak spędzacie wakacje? 

Znacie jeszcze jakieś ciekawe miejsca w Krakowie? Może polecacie jakiś hotel lub restaurację? My na pewno chcielibyśmy jeszcze pojechać do aquaparku, wówczas zwiedzimy także Wawel. 




czwartek, 19 sierpnia 2021

Lekarka, która sama potrzebuje pilnie psychiatry

Jeśli piszę chaotycznie i nieskładnie, to wybaczcie, ale jeszcze nie doszłam do siebie. Limit wkurwów na ten tydzień już wyczerpany. 


19 lutego 2021 napisałam na blogu: "Ale to i tak nic w porównaniu do tego na jaką lekarkę od rehabilitacji dla Maćka trafiliśmy ostatnio, ale to temat na kolejny post. Mówię Wam, padniecie 🤣"

Jednak zaniechałam i nie opisałam, a szkoda, bo będzie kontynuacja i tym razem mi wcale nie do śmiechu.

Mąż miał rację - człowiek od tej kobiety wychodzi chory.


Może powrócę do lutego, bo to warto opisać. Wówczas nie mogłam pojechać z Maćkiem na to spotkanie z Panią doktor w sprawie rehabilitacji. Faustynka miała w tym samym czasie tańce, a jej samopoczucie i lęki nie pozwalały na pójście do DK z tatą, dlatego też z synem pojechał mąż. 

Gdy wrócił był w takim stanie... Nigdy wcześniej go takiego nie widziałam. Po pierwsze to w ogóle musiał usiąść i posiedzieć. Po jakimś czasie wydukał z siebie tylko: "Więcej tam nie pójdę", nastąpiła długa pauza i  "Ona jest pojebana".  Dzisiaj mam dokładnie to samo. 

Nie mogłam się nadziwić gdy mi opowiadał jak przebiegała wizyta. A było tak:

Najpierw stwierdziła, że ją strasznie podnieca jak z dzieckiem przychodzi tatuś. I że współpraca się będzie świetnie układać, bo tatusiowie są zajebiści, a matki beznadziejne. No, Boże, jak ją to podnieca... Rozkraczyła się na fotelu (powtarzam to co mi mąż powiedział) i taki tekst dosłownie: "Sorry, że się tak rozjebałam na fotelu, ale ja w domu też taka rozjebana siedzę".  Może sobie leki pomyliła czy co? No nie wiem. I nie na "Pan" tylko wszystko na "Ty", np. "Jakie masz oczekiwania?" Mąż próbował potłumaczyć, że dziecko jest nadwrażliwe na dotyk, potrzebuje zajęć SI, że mogły by pomóc spotkania z psychologiem czy logopedą, żeby pomógł się troszkę dziecku przystosować do społeczeństwa, coś pomóc w przystosowaniu się do norm społecznych, żeby Maciek radził sobie trochę w życiu, żeby wiedział chociażby takie rzeczy, że np. w sklepie musi zapłacić za zakupy. A ona się uczepiła tych zakupów: "Powiedz - Mój syn jest złodziejem, masz kartkę i napisz teraz: Mój syn jest złodziejem, weź tą kartkę, schowaj pod poduszkę i z nią śpij, pogódź się z tym, że twój syn jest złodziejem. Musisz to zaakceptować" 🤦

Na tę chwilę tyle z tego pamiętam, bo już kilka miesięcy minęło. Może jeszcze dopytam później mężą i uzupełnię, ale normalnie szok.

Myślałam, że ta kobieta się popisuje przed tatuśkiem, a do mnie na kolejnej wizycie będzie normalna. No i dzisiaj nastał ten dzień. Minęło te 30 godzin rehabilitacji, które wówczas wypisała i aby móc kontynuować musieliśmy się stawić do tej Pani doktor. Podniecona nie była, najwidoczniej nie ta orientacja. Pytała czy widzę poprawę, więc odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że tak, głównie o poprawie w utrzymaniu równowagi. Wszystko fajnie. Powiedziałam, że zależy nam aby kontynuować te zajęcia, a ona się pyta czy Maćkowi się podoba i jak pracuje i zwróciła się z tym pytaniem do fizjoterapeutki, która też była obecna. No i trochę niefajnie wyszło, bo owszem na początku super pracował a na ostatnich dosłownie dwóch zajęciach mu się trochę nie chciało i narzekał. Wytłumaczyłam go, że to pewnie przez to że teraz są wakacje, ale od września się to zmieni. Pani doktor zaproponowała przerwę. Wymyśliła, że chłopak pomiędzy 9 a 14 rokiem życia nie powinien mieć kontaktu z kobietami. Serio? Wow... No to społeczeństwo ma wielki problem. W szkole Panie nauczycielki, w poradniach psychologiczno-pedagogicznych też Panie psycholog czy jak kto woli psycholożki, pedagożki, logopedki(?). Jak dla mnie Panie psycholog/pedagog... ale nie o tym.

I co? Wszyscy chłopcy są niesforni i zawsze na 'nie' przez kobiety? A co najlepsze wg tej Pani doktor trzeba im pozwolić na to co chcą.

Jakieś dziwne podejście obserwuję obecnie u psychologów czy lekarzy. O Faustynce też psycholog kiedyśtam powiedziała "Jak nie chce chodzić do przedszkola to niech nie chodzi", "Jak chce nową zabawkę, to trzeba jej ją kupić", ...itp, itd...  Rozumiem, że jak syn będzie chciał mi kiedyś uciąć łeb, to mam nie protestować tylko mu na to pozwolić. No brawo! Będzie chciał siedzieć cały dzień przed komputerem, baaa, dzień... tydzień, niech siedzi. Tak? Będzie chciał jeść tylko słodycze, niech je słodycze. Super! Czyli jak nie chce spać, to niech nie śpi. Jak się nie chce wypróżniać, to niech się nie wypróżnia. Niech mu co dwa tygodnie robią w szpitalu lewatywę i to pewnie w znieczuleniu ogólnym, bo na żywca się nie da. 

W ogóle mi jakieś wywody prawiła jak to rodzice chcą mieć idealne dziecko...bla bla bla. Niech mówi o sobie i swoim dziecku, a nie wypowiada się za wszystkich innych rodziców. Jeśli ma takie problemy, to niech się sama uda do specjalisty, a nie na mnie przelewa własne frustracje. 

W każdym bądź razie Pani doktor zarządziła dwa miesiące przerwy i kazała przyjść po tym czasie z nowym skierowaniem (czy oni biorą jakąś ekstra kasę z NFZu za skierowanie?). Ja na to, że owszem możemy zrobić przerwę, ale co najwyżej dwa tygodnie, nie miesiące i o nowym skierowaniu mowy nie ma, bo nikt mi teraz nie wypisze takiego skierowania jak było pół roku temu wypisane i jest jak najbardziej aktualne. A na przerwę do lutego się nie zgadzam. 

Specjalnie się z dwójką dzieci tłukłam autobusem w największych korkach, żeby mnie odesłała z kwitkiem? Jakbym nie chciała kontynuować rehabilitacji Maćka, to bym do niej się nie umówiła i spędziła bym dzisiejszy, jakże piękny dzień z dziećmi na hulajnogach w parku, a nie czekała do niej godzinę w kolejce, bo miała opóźnienie! Uhhh...

Wypisała nam te zajęcia z zaleceniem miesiąca przerwy w rehabilitacji. Na wrzesień i tak już mało terminów zostało, więc brałam co było. Życie... 


W ogóle chyba ostatnio odsyłanie z kwitkiem jest w modzie, bo ... c.d.n...





czwartek, 17 czerwca 2021

Będzie emocjonalnie i z przekleństwami, bo jestem w chwilowej rozsypce psychicznej.

Zwątpiłam w sens istnienia takiego zawodu jak psycholog. Uważam, że jest to zawód zupełnie niepotrzebny.

Po prostu ręce opadają. 

Na przestrzeni ostatnich 6 lat, miałam do czynienia z wieloma specjalistami, głównie za sprawą Maćka u którego zdiagnozowano autyzm, jak również w ostatnim roku Faustyny z powodu lęku przed przedszkolem. Sama też próbowałam terapii, na którą straciłam półtora roku i nic mi ona nie pomogła. 

Jaki z tego wniosek? Jeśli sama nie uporasz się ze swoimi, czy swojego dziecka problemami, to nikt Ci nie pomoże, bo prawda jest taka, że Ciebie czy Twoje dziecko każdy ma w dupie. Wiem, ostre stwierdzenie i być może krzywdzące, ale tak to widzę, tak czuję po tym wszystkim przez co przeszliśmy. 

Miałam dziś konsultację z psychologiem szkolnym Maćka w sprawie problemów w domu. Jak to w ogóle brzmi...PROBLEMY W DOMU. Już wcześniej nakreśliłam wychowawczyni sytuacje ze snem, a raczej jego brakiem, z zaparciami nawykowymi, z występowaniem zachowań agresywnych w stosunku do młodszej siostry, niezdrowa rywalizacja z nią, i tym podobnych sprawach. 

W szkole z Maćkiem problemów nie ma. Chętnie się uczy. Panie są zadowolone. A Maciek i agresja nie idzie w parze. Wychowawczyni była wielce zdziwiona i mi nie mogła uwierzyć, ale jak się okazało, "Co dla jednych jest podłogą, to dla innych staje się sufitem" i tak musiałam wytłumaczyć, że to nie chodzi o to, że on siostrę pobije, tylko jak coś jest nie po jego myśli (ona go wyprzedzi albo w czymś wygrywa), to Maciek ją z całej siły ściśnie za ramiona, czy ostatnio była taka sytuacja, jak Faustynka wzięła rakietki do badmintona, to on chcąc jej je wyrwać, tak mocno ścisnął tymi paletkami jej palec, że mógł go złamać. On wie, że zrobił źle i gdy młoda zacznie płakać od razu ją przeprasza, ale zależy nam, żeby był w stanie się opanować i bardziej się kontrolować w takich sytuacjach.  A może to nie są zachowania agresywne? I ja niepotrzebnie histeryzuję? Jednak wydaje mi się, że jeśli już teraz nie będziemy reagować i czegoś z tym robić, to się przerodzi w prawdziwą agresję i prawdziwe problemy.

W każdym bądź razie, opowiedziałam wszystko Pani psycholog, licząc na to, że Maćkowi zostanie zapewniona terapia psychologiczna i Pani terapeutka będzie z nim regularnie rozmawiać i tłumaczyć jak ważny dla zdrowia jest sen i regularne wypróżnianie. No bo może Maciek to co mówi mama traktuje jak takie głupoty, co to ona musi sobie pogadać, a już gdyby to usłyszał od kogoś bardziej kompetentnego to by jak raz pomogło. A Pani się mnie pyta czy byłam z tym u lekarza, bo to może trzeba farmakologię zastosować...  Chryste, jakbym chciała pójść na łatwiznę, to bym poszła, ale ja szukam pomocy. Dla mnie farmakologia to ostateczność. Takie tabletki to nie cukierki. To jest wszystko takie zjebane... To tak jak moja matka czy nawet moja teściowa - łyknąć se tableteczkę i świat się staje kolorowy, ale że wszystko się jebie dookoła, to chuj, ja mam wyjebane. Jak to sobie Chwytak śpiewa "Jebie mie to, jebie mie to..."

Ja chcę swojemu dziecku realnie pomóc, a nie podać cudowny syropek i odłączyć go od świata na 12 godzin w ciągu doby, bo tak jest najprościej. Już kiedyś wspominałam o skutkach ubocznych takich leków. 

Ja sama miałam depresję, ale  ni chuja, nigdy nie wezmę tego farmakologicznego gówna, bo wiem co zrobiło z moją matką i z moją teściową, jak pozbawiło je więzi emocjonalnych, empatii, instynktu macierzyńskiego i ogólnie zryło łby, no i jeszcze uzależniło.

Podczas rozmowy też wyszło gdzieś między wierszami, gdy Pani zaproponowała badania u specjalistów i oprócz rezonansu magnetycznego, gastroskopii, kolonoskopii, zbadanie melatoniny i tarczycy, że Maćkowi nie sposób pobrać krew do badań, bo jest tak silny, że 5 pielęgniarek go nie jest w stanie go utrzymać, to wiecie co powiedziała? "To niech mu Pani powie przed badaniem, że jak sobie da spokojnie pobrać krew, to dostanie nagrodę".  Kurwa, myślałam, że pod stół wpadnę. Ona serio myśli, że to takie proste? Syn w takiej sytuacji walczy o życie. Czasami odnoszę wrażenie, że ci wszyscy psychologowie nigdy nie mieli do czynienia z dzieckiem jakimkolwiek, a co  dopiero w dzieckiem z zaburzeniami. 

No i takim o to sposobem przez najbliższy rok albo i dwa będziemy wykonywać te wszystkie badania, a terapeuci będą mieli święty spokój. 

Czasami myślę, że po prostu na tych wszystkich terapiach tracimy jedynie czas, bo wszystko co udało nam się do tej pory osiągnąć, osiągnęliśmy własną pracą w domu. 

Kurwa, ryczeć mi się chce już przez to wszystko.


A wiecie co ta pipa do której chodziliśmy z Faustyną powiedziała? Że ona nie jest od tego żeby nam pomóc, że to rodzice sami muszą. To nie mogła tego powiedzieć kilkanaście spotkań wcześniej? Przynajmniej byśmy nie stracili na nią tylu cennych godzin. 


Sorry, ja wiem, że być może jestem niesprawiedliwa, ale ulało mi się...kurwa!



wtorek, 27 kwietnia 2021

Bezsenność Maćka. Okiełznać bestię.

Wczoraj Maciek wrócił do szkoły. On po prostu pofrunął jak na skrzydłach. Bardzo mu brakowało przyjaciół, zabawy na świetlicy, zajęć z lego i innych tym podobnych. Nie spodziewałam się, że rano wystartuje już o 6, po tych jego bezsennych jazdach. 

Właśnie, miałam Wam napisać jak to z tym spaniem u nas było. 

Zanim znów pozamykali klasy I-III, Maciek i tak siedział już tydzień w domu na zdalnym, bo klasa miała nadzór. I właśnie wtedy zaczęły się problemy ze snem.  W nocy budził się co chwilę jak niemowlak i przychodził do nas. Odprowadzałam go do jego łóżka, czekałam, aż zaśnie i wracałam do siebie. Mijało nie więcej jak 30 minut, a on znów przychodził i tak się prowadzaliśmy do rana. Mijały dni, tygodnie. Wszyscy oprócz Faustyny jak zombie, bo jej to nic nie ruszy. Można by ją w rakietę w nocy wsadzić i wysłać na księżyc i nic by nie wiedziała. 

Maciek na wszelkie zmiany reaguje bezsennością. Gdy się przeprowadziliśmy do własnego mieszkania, problem mieliśmy przez pół roku. Syn ma bardzo lekki sen. W końcu z racji autyzmu jest nadwrażliwy na dźwięki. Powiem Wam, że sama po przeprowadzce miałam problem ze snem, bo gdy mieszkaliśmy u teściów, to owszem, było głośno, ale to bym inny rodzaj dźwięków - jakieś krzyki i trzaskanie drzwiami do 1 w nocy, ale z dołu, później cisza. W nowym miejscu zamieszkania nagle dochodziły mnie dźwięki z ulicy, samochody, karetki, nawet pociągi, choć to bardzo daleko, do tego sąsiedzi nad nami chodzili po nocach i jak tylko coś gdzieś stuknęło, puknęło, ja leciałam do dzieci sprawdzać czy wszystko ok. Też długo minęło zanim się przyzwyczaiłam. Z tym, że ja już sobie dobrze śpię, nic mi nie przeszkadza, a u syna nadal pojawia się bezsenność.  Gdy zaczął szkołę we wrześniu, to też przez to przechodziliśmy. Gdy mąż kupił akwarium tak samo. No i teraz na zdalnym.

Mam wrażenie, że próbowaliśmy wszystkiego. 

Aromaterapia (kominek do aromaterapii, kąpiele z olejkiem z lawendy, pranie piżamki i pościeli w lawendzie), ziółka (Maciek polubił herbatkę z melisy), masaże przed snem, przytulanie, spacery, dużo ruchu żeby był bardziej zmęczony, ale to nie to samo jak gdy wyszaleje się w szkole na wf-ie, a po lekcjach na magicznym dywanie na świetlicy, gdy czeka na logopedię czy inne zajęcia. Dodatkowo wkręciłam syna na fizjoterapię z SI oraz do logopedy. Myśleliśmy, że może za dużo czasu spędza przed komputerem, więc kilka dni odcięliśmy go od elektroniki, przeżywał bardzo, bo potraktował to biedny jak karę, a to nie o to chodziło, tłumaczyłam mu dużo i wprowadziliśmy zasadę, że po godzinie 18 już nic nie włączamy. Jednak nic to nie zmieniło. Problemy ze snem trwały nadal. 

Byliśmy już zdesperowani. Wyjęłam z szafki Rispolept, który Maćkowi przepisała Pani psychiatra już we wrześniu na poprzednie bezsenności i którego wówczas nie podaliśmy ze strachu przed skutkami ubocznymi. Przeczytaliśmy kolejny raz ulotkę i stwierdziliśmy, że nie podamy tego. 

Męczyliśmy się nadal.

Przemeblowaliśmy dzieciom pokój. Też nic. Rozmawialiśmy z Maćkiem dużo o tym, że on jest niewyspany, że sobie szkodzi, że my jesteśmy niewyspani, że jak do nas przychodzi to jest nam za ciasno,... W końcu zaproponowałam mu, żeby w nocy jak się obudzi, brał swoją kołdrę i kładł się na sofę a nie do naszego łóżka i tak zaczął robić. Trochę było lepiej, choć jemu na pewno niewygodnie. Do nas przychodził dopiero o 5 rano. 

Jakoś tak w połowie kwietnia przysnęłam z Maćkiem w jego łóżku i co się okazało? Gdy Faustynka przekręcała się w nocy na drugi bok, jej łóżko lekko poskrzypywało. Bardzo cichutko, ale to widocznie wystarczało, żeby Maciek się wybudził, a że nie był jakoś bardzo zmęczony, to nie mógł sobie znowu przysnąć. Kolejnej nocy do łóżka córki włożyłam pomiędzy stelaż a materac kołdrę i pierwszy raz wszyscy spaliśmy do rana bez pobudek. Następnego dnia mąż pojechał kupić jej nowe łózko (i tak mieliśmy jej niedługo zmienić na większe), tym razem tapicerowane, rozkładane i  dzieci śpią słodko jak aniołki, my także intensywnie odsypiamy, a i nasza intymność odżyła, bo  ileż można się kryć w łazience 😅

czwartek, 22 kwietnia 2021

Powrót do przedszkola.

 Emocje opadły, oddycham.

Nie byłabym sobą gdybym nie wspomniała dziś o Faustynce.

Wiecie co? W poniedziałek miała mega ogromny stres i wcale jej się nie dziwię zważając na to, że to był powrót po kilkutygodniowej przerwie. Do wyjścia przekonało ją wyłącznie to, że miała wrócić do nich Pani Babcia, którą tak uwielbiała, gdy zaczynała przedszkole. Niestety później nauczycielki się zmieniały i w ciągu ostatniego roku z hakiem przewinęło ich się 6. Kosmos.

Z każdym dniem stres jest mniejszy. Faustynka jest taka radosna. Jak ja się cieszę. 

A dzisiaj po raz pierwszy od września nie miała rano przed wyjściem biegunki. 

Codziennie opowiada o tym co działo się na zajęciach, co robiła, co jadła, z kim się bawiła, co nowego poznali i robi to z takim entuzjazmem, że aż się nadziwić nie mogę. 

Oby tak dalej! :D

-----------------------------------------------

Dopisane 23.04:

Dzisiaj Faustynka szła do przedszkola w podskokach i sama mi powiedziała, że ma zero stresu. Tak bardzo się cieszę. 


Kupiliśmy samochód i  odczulamy Młodą na jazdę. Przez kilka miesięcy nie mieliśmy auta, ale już wcześniej był duży problem. Faustynka miała taką nerwicę, że nie była w stanie przejechać 2 km. Powolutku zwiększamy dystanse. 

Gdy zamknięto przedszkola,  córa musiała towarzyszyć mi i Maćkowi w drodze do fizjoterapeuty SI. Gdy wprowadzono zdalne dla I-III udało mi się wcisnąć syna na rehabilitację oraz do logopedy. Zaklepałam wszystkie możliwe około południowe terminy i realizowałam mu "intensywną" terapię, korzystając z  czasu jaki zyskaliśmy dzięki zamknięcia szkół. Pierwszy wyjazd z Faustynką był i dla mnie bardzo stresujący. Już na przystanku rozbolał ją brzuch, głowa, chciała siku. W autobusie łezki zaczęły lecieć, ale to tylko 3 przystanki, więc szybko znaleźliśmy się na miejscu. Tam zobaczyła,  że jest toaleta, mogła skorzystać. Był stolik dziecięcy z krzesełkami w poczekalni, co bardzo  jej się spodobało  i zapowiedziała sobie, że następnym razem weźmie kolorowanki i kredki. Tak też następnym razem zrobiła. Z każdym kolejnym wyjazdem na zajęcia Maćka było lepiej i przyzwyczaiła się.

Mąż raz Faustynkę zabrał wbrew mojej woli i wbrew zaleceniom psychologa do jego rodzinnego domu,  a gdy się wkurzyłam, to usłyszałam, że ON dziecko z depresji wyciąga, a to ja ją wpędzam w nerwicę i że to ja powinnam się leczyć. 

Boże, mam dość... 

Każdego dnia walczę ze stresem Faustyny. Trwa to od września. Rozmawiam z nią tłumaczę, a  nagle słyszę coś takiego i to od najbliższej osoby. 

Tak, wkurzyłam się na męża,  bo w sprawie gdy powinniśmy decydować wspólnie postawił mnie przed faktem dokonanym. Wręcz oszukał mnie gdy się nie zgodziłam, a potem jeszcze wyszydził moją złość. 

Cholernie mi przykro. Widzę,  że  on i tak zawsze zrobi swoje, a ja nie mam nic do gadania. 

Mieliśmy następnego dnia pogadankę, niby zrozumiał o co mi chodzi... zobaczymy jak długo będzie pamiętał. Ja mu powiedziałam, że  nie mam już siły na kolejne takie akcje. 

Długo nie minęło, gdy się okazało,  że on nie czuje, że przyczynił się do mojej depresji lata temu. Pewnie nigdy tego nie zrozumie. Robi ze mnie wariata zaklinając rzeczywistość. Dobrze że  mam bloga i mogę sobie przeczytać co i jak było, bo by mi wmówił, że było inaczej.

poniedziałek, 12 kwietnia 2021

Nie tak to powinno wyglądać

Miałam dziś pisać  o bezzennościach Maćka. Nie śpimy już równy miesiąc (odkąd wrócił na zdalne). 

Jednak stało się coś co mnie strasznie wkurzyło. Nawet nie to, że wkurzyło, jest mi po prostu cholernie przykro.

To jest robienie sobie jaj z dzieci i ich rodziców. Chodzi o naukę zdalną.

O ile u Maćka w szkole to idzie jakoś normalnie. Materiały adekwatnie przesyłane do tego ile zrobiliby w tym czasie w szkole. Niestety Panie nie nagrywają filmów z tłumaczeniem nowego tematu, ale to nic, bo sobie świetnie radzimy. To w końcu pierwsza klasa. Na angielski się łączą przez platformę. Jakoś to wygląda.

A u Faustyny w zerówce to totalna porażka.

Dwa tygodnie temu Pani po prostu do książek dokleiła karteczkę: "Strony w ćwiczeniach od 51 do 69, a w kaligrafii od 20 do 23" i zadowolona. Wakacje. To i tak nic. Wtedy mnie to nie ruszyło. Pomyślałam "takie czasy, pandemia, no trudno". 

Dzisiaj dostałam zagadnienia na kolejny tydzień. Czytam, kilkanaście stron do zrobienia, poznanie nowej literki, wiersz do przeczytania i omówienia, jakieś piosenki (linki do youtubea) do słuchania i śpiewania, praca plastyczna do wykonania. No ok.

Ja myślałam, że to na cały tydzień. Przewijam dalej, a tam: "Dzień 2:" i sru tu tu tu... i dalej jazda, itp. itd.

...

Dzień 5: wiersz na pamięć i jakieś tam inne pierdoły. 

No pogięło!!!

W przedszkolu w jeden dzień zrobiliby conajwyżej 2 strony i jedną pracę plastyczną!

I Panie mają kolejny tydzień wolnego. 

Nie nie narzekam,  że  muszę z dziećmi robić zadania. Ja to lubię. Mam wręcz wrażenie, że  więcej się uczą siedząc w domu. 

Jednak podejście do nauki zdalnej Pań z przedszkola jest olewające po całości i jest mi zwyczajnie przykro, szczególnie że przed południem spotkaliśmy panie w parku, gdy były na ploteczkach i spacerku z pieskiem, rozmawiały z nami jak to tęsknią za dziećmi, bla bla bla, wracamy do domu i odczytuję tamtego maila. 

No przykro...

środa, 27 stycznia 2021

9 lat!

Nasz syn kończy dzisiaj 9 lat!

Jak ten czas leci...

Sto lat Synek!


Wspaniały chłopak z niego, na pewno wyjątkowy.

środa, 30 września 2020

Wzloty i upadki, tornado w mieszkaniu, lekcja muzyki

Chwilę mnie tu nie było, wybaczcie, ale z drugiej strony mam teraz o czym pisać i nie wiem nawet od czego zacząć.

Jeśli chodzi o szkołę Maciusia, to jak na razie jesteśmy bardzo zadowoleni. Młody co rano leci jak na skrzydłach, a po powrocie do domu już w progu oznajmia z radością "Mam zadanie! Mam zadanie! Mam zadanie!". Ostatnio mieliśmy też spotkanie przed kamerką z panią wychowawczynią i psychologiem w sprawie programu terapeutycznego. Maciek został przez panie wychwalony, więc jestem przeszczęśliwa, że tak świetnie się zaaklimatyzował w nowym miejscu, nie buntuje się, nie wdaje w konflikty, jest chętny do pracy. Wręcz panie stwierdziły, że inne dzieci mogą brać z niego przykład. Normalnie duma mnie rozpiera. Wiadomo ma swoje dysfunkcje z uwagi na autyzm, nie wszystko rozumie, no ale po to wybraliśmy szkołę terapeutyczną, żeby miał szansę na lepszy rozwój pod okiem terapeutów. Wychowawczyni poinformowała mnie o zajęciach dodatkowych jakie Maćkowi zostały dobrane i tak z zajęć indywidualnych raz w tygodniu logopeda oraz zajęcia z psychologiem według potrzeb. Zajęcia rewalidacyjne dwa razy w tygodniu. Z zajęć grupowych zajęcia muzyczno-ruchowe, terapia światłem, LEGOterapia, zajęcia wspomagające radzenie sobie z porażką podczas gier np. planszowych (to baaardzo, bardzo się przyda, ponieważ mamy  duży problem, a często gramy w planszówki), dogoterapia. W październiku dostaniemy nową rozpiskę planu lekcji z uwzględnieniem tych wszystkich zajęć dodatkowych, więc już synuś nie będzie kończył lekcji o 12. Myślę, że dla niego to żaden problem, bo tak polubił szkołę, że on by tam najchętniej całą dobę przebywał jakby się dało. Boże, jak ja się cieszę! Jak sobie pomyślę, że miałby co rano płakać, że nie pójdzie, że siłą by go trzeba z łóżka wydzierać i ubierać, a później jakimś cudem do szkoły zaciągać... Tyle problemów odpadło. Chociaż, żeby nie było tak kolorowo, to dla równowagi powróciły problemy ze snem. Widocznie on na wszelkie zmiany reaguje bezsennością. W nocy budzi się co chwilę, lata do kuchni sprawdzić która godzina. W ogóle jest zafiksowany na zegarek. Celowo nie kupiliśmy mu do pokoju zegara, bo już by w ogóle nie spał tylko co minutę sprawdzał która godzina. Może to w ogóle wszystkie zegarki z domu powyrzucać? Nie wiem... 

Zachowania na drodze na razie bez zmian, jest nerwowo i stresująco. 

Pochwalę się! Odnieśliśmy sukces z obcinaniem paznokci!!! 😁

Chyba po prostu nadszedł ten dzień, że się udało i udaje póki co, przynajmniej u rąk, z nogami gorzej.  Tylko, że znowu powrócił problem obcinania włosów. Sami trochę zaniedbaliśmy, więc biję się w piersi, bo przez tą całą epidemię nie poszliśmy z nim do fryzjera, a gdy chcieliśmy sami obciąć synowi włosy przed wrześniem, to się okazało, że znowu jest cyrk, bo przerwa była zbyt długa. Trzeba by mu co miesiąc przycinać centymetr, żeby utrzymać regularność. Teraz sobie ustawię przypomnienie w telefonie, że każda np. pierwsza sobota miesiąca będzie dniem obcinania Maćkowi włosów i myślę, że z każdym jednym obcinaniem włosów będzie lepiej. 

Za to ciągle podtrzymujemy sukces mycia głowy! Hurra!!! 😁

A włosy myjemy teraz codziennie (oczywiście koniecznie z zachowaniem stałego rytuału trzymania szmatki na oczach i spłukiwania wiadereczkiem),  bo obowiązkowo po szkole, przedszkolu dzieci wskakują do wanny. 

Z zębami póki co spokój, więc już chwilę u stomatologa nie byliśmy, ale ubytków u dzieci nie widać, myją ząbki codziennie bez marudzenia. 

Dieta u Maćka jest rewelacyjnie zbilansowana. Chłopak już na prawdę je niemal wszystko. Czasami jakaś zupa mu nie zasmakuje to nie chce, ale zawsze spróbuje. Zjada kasze, makarony, ryż, pieczywo różne, nawet żytnie, wafle ryżowe z dżemem, ciasta, torty, twarogi, jajka pod różną postacią (oprócz na miękko). Je jabłka, gruszki, truskawki, banany, winogrono, pomidory, buraczki, marchewkę, kapustę (gołąbki zjada! krokiety!), sałatę, cebulę (cebularze czy podsmażoną na pierogach), rzodkiewkę, ogórki, nawet kiszone! Choć jeszcze niedawno miał na nie odruch wymiotny. Nawet jak czosnek przecisnę do sosu to zje, a on lubi intensywne smaki. Tak się cieszę, bo u syna nadal problem z podawaniem leków, więc rozszerzona dieta jest tu bardzo ważna. Boże, i pomyśleć, że jeszcze 3-4 lata temu jadł tylko mięso, ryby, ziemniaki i kanapki z szynką. Jak ja sobie przypomnę jak musiałam wstawać codziennie rano o 4:00 i mu te ziemniaki gotować do przedszkola, bo tam nie jadł, to ja tak się cieszę, że mało nie eksploduję z radości!!! 😁

Tak w tym miejscu jeszcze napiszę, wszyscy dzisiaj tacy fit, zdrowe odżywianie, fitness, itp, itd... W szkole prosili żeby na drugie śniadanie nie przynosić słodyczy. Maciek ma zawsze kanapkę/bułeczkę razową, zawsze z jakimś warzywkiem, a co inne dzieci? Ciastka, drożdżówki... Ale jakby się tak z kim zgadać, to zero cukru. Zeroo... Nie wierzcie we wszystko co inni mówią. 


Maciek ma ciągle problemy z koordynacją, utrzymaniem równowagi, potyka się, już nawet w szkole wylądował ze schodów, ale nic, radość nie znika z jego twarzy nawet jak pupa boli. 

Pięknie czyta.

Taka jestem wzruszona.

Mój ośmiolatek. Jeszcze 4 lata temu nie mówił nawet "mama". To jest nie do opisania co ja czuję. 

Rozryczałam się.

Mam tak wspaniałego syna. 

💙💚💛💜💗💙💚💛💜💗💙

Faustynka, moja mała księżniczka z sercem na dłoni.

Patrzę na nią i widzę siebie, moją wrażliwość, moją empatię, moją nieśmiałość, moją dojrzałość, mój strach i stres. Widzę też mojego męża - poranny śpioch 😉

Moja mała córeczka już ma 6 lat.  Ciężko było jej wrócić po tak długiej przerwie do przedszkola. Bardzo przeżywa ten powrót. Czasami popłakuje, mówi, że nawet da się zaszczepić na tego wirusa, żeby już tylko było normalnie. Żebym mogła jak dawniej wchodzić z nią do przedszkola, normalnie odbierać bez stania w kolejkach. Żeby mogła wziąć z sobą ulubionego misia. 

Miała bidula kontuzję. Na placu zabaw w przedszkolu zakuło ją w kolanku i strasznie płakała. A dosłownie wydarzyło się to kilka minut przed tym jak mąż poszedł ją odebrać. Przyniósł ją z przedszkola na rękach zapłakaną. Nic wielkiego się nie stało. Tylko krzywo stanęła, ale już do wieczora przesiedziała na sofie i następnego dnia nie poszła do przedszkola, a kolejnego prosiła żebym odebrała ją wcześniej, bo nie chce iść na plac zabaw. Teraz już jest dobrze, chyba zapomniała. 

Zadziwia mnie jej dorosłość w prowadzeniu dialogu. Nie jest jak inne dzieci, które się drą bo czegoś chcą. Jej można wszystko wytłumaczyć. O wszystkim można z nią normalnie porozmawiać, na spokojnie. Może to przez to, że od zawsze jej tak wszystko tłumaczyłam i ona nie zna, nie wie że można inaczej? Jest świetnym słuchaczem. Gdy czegoś nie rozumie zadaje pytania, a ja zawsze staram się na nie odpowiedzieć. Wielu jej rówieśników nie ma pojęcia jak należy się zachowywać, że w różnych miejscach należy się dostosować i w rezultacie wszędzie zachowują się tak samo, często głośno i niegrzecznie. Faustynka wie, że nie może biegać po sklepie, bo może się zgubić, że nie może krzyczeć, bo będzie innym przeszkadzać, wie, że w kościele należy siedzieć spokojnie i nie rozmawiać, bo to jest miejsce modlitwy. Tak samo w restauracji nie może szaleć, bo to nie miejsce na wygłupy. Od tego są place zabaw, po to chodzimy codziennie na spacerek, żeby się wybiegać, pograć w piłkę. W domu też jest bardzo spokojna. Potrafi się na godzinę zająć malowaniem albo pomaga mi w czasie gotowania czy pieczenia ciast. Potrafi od początku do końca obejrzeć bajkę trwającą ponad godzinę albo słuchać z uwagą gdy jej czytam przed snem. 

Jest też bardzo delikatna i wyczulona na kuksańce od koleżanek. Ona nigdy w domu nie dostała, nigdy, ani jednego klapsa. Też bardzo ją chroniliśmy przed Maćkiem, żeby jej nie zrobił krzywdy. Wiecie jak z nim było, jaki był w stosunku do Faustynki agresywny. My w domu nawet głosu nie podnosimy, więc ona nawet nie wie jak to jest na nią nakrzyczeć. Może to źle. Sama nie wiem. W sumie moja matka mnie wychowywała przez zastraszanie i ciągłe darcie i mnie to ani trochę nie zahartowało, wręcz przeciwnie, narobiło wiele szkód. Postanowiłam sobie, że będę całkiem inną matką niż ona. 

Moje dzieci się mnie nie boją i właśnie tego w swoim macierzyństwie chciałam. Ale też nie wchodzą mi na głowę, akceptują normy, dostosowują się do zasad, które mają w prosty sposób wytłumaczone. U nas nie ma "nie, bo nie". Pewnie gdyby usłyszały "nie i koniec kropka", też by się buntowały. A tu "nie, bo...", no to "aha".  I tak samo to działa w drugą stronę. Córka mi tłumaczy np. dlaczego nie chce iść dzisiaj do przedszkola i o tym rozmawiamy, szukamy rozwiązań, ja jej tłumaczę dlaczego powinna chodzić. 

Boże, jak ja się cieszę, że mam czas dla swoich dzieci. Nie ma nic ważniejszego na świecie dla mnie niż one. Ja wiem, zostanę zaraz skrytykowana, że hoduję "nieodpowiedzialne łamagi", że jestem darmozjadem, pasożytem żyjącym na koszt państwa. Wiem, wiem, ja już to znam, ja już to słyszałam. Mam wspaniałe, dojrzałe i odpowiedzialne dzieci, które zawsze mogą na mnie liczyć i dla których zawsze mam czas. 

I nie, nie uważam sie za jakąś supermatkę, ani bohaterkę i nigdy nie uważałam się za lepszą od innych. Nigdy z nikim się nie porównywałam. Dążyłam do ideału (co niekoniecznie jest dobre, może doprowadzić do depresji, a tam już też byłam) własną drogą, według własnej intuicji. I na pewno błędy popełniałam.


Zawsze broniłam innych rodziców. Zawsze usprawiedliwiałam. Starałam się rozumieć ich sytuacje. Ciężko pracują, po pracy są zmęczeni, a tu jeszcze obiad trzeba ugotować, gary pozmywać, ubrania wyprasować, no i kiedy się mają bawić, rozmawiać z dziećmi. Żyją w biegu. Do pracy, z pracy, zajęcia pozalekcyjne,... Ale zaczynam rozumieć słowa Anewiz i muszę przyznać jej rację w wielu kwestiach. Coraz częściej przyglądam się innym rodzicom, ich metodom wychowawczym albo często ich całkowitym brakiem i jestem przerażona, ale i przestaje mnie dziwić zachowanie niektórych dzieci. Bo jeśli rodzic (nie mówię że wszyscy, ale są takie przypadki) odstawi do przedszkola na godzinę 7, a odbierze o 17, to kto ma te dzieci wychować? Wrócą do domu, zjedzą, kąpiel i spać. 


Pewnego razu, jedna mama z przedszkola nie miała z kim zostawić dzieci, a miała po południu ważne spotkanie. Zapytała czy mogłaby podrzucić do mnie córki (jedna z grupy Faustynki, a młodsza prawie 3-letnia). No to czemu nie? Oczywiście, że chętnie pomogę. Chociaż nie powiem, trochę mnie zdziwiła taka propozycja, bo jednak jestem obcą osobą, tyle co się czasami w przedszkolu widzimy i to nasze córki się znają, a nie my.

Cieszyłam się, że dziewczynki się pobawią, przygotowałam kolorowanki, puzzle, nawet bajkę ustawiłam na tv taką co wiem, że lubią. I spodziewałam się wielkiego płaczu z powodu braku mamy (szczególnie tej młodszej, która mnie będzie widziała po raz pierwszy w życiu), ale tego co przeżyłam nie za bardzo. 

Mama zostawiła u mnie dziewczynki i poszła na spotkanie. Płacz? Nie. W ogóle nic. Tak się rozbiegły po mieszkaniu, że ich nie obchodziło czy mama jest czy nie. Pierwsze co to młodsza się rzuciła na tablet a starsza na komputer, jakby nie znały niczego innego. Wzięłam tablet mówiąc, że to nie jest zabawka. Komputer ma hasło, więc nie włączyły. No to co? Szaleństwo. No jakby tornado mi wpuścił do mieszkania! To one nie wiedzą, że pod spodem ktoś mieszka i się tak nie biega? W ogóle to w każdym pomieszczeniu były. W kuchni dorawały Lubisie. Nie żebym miała coś przeciwko, czy nie chciała ich poczęstować, ale ja nawet nie wiem czy nie mają alergii na gluten. No to piszę sms do mamy z pytaniem czy mogę im dać Lubisie albo muffinki, czy nie mają uczulenia na gluten. Nie mają, mama podziękowała. Ok. Czasami się mówi, że dziecko nie może usiedzieć 5 minut na miejscu, że pobawi się zabawką 5 minut i rzuci w kąt, ale ja tu odniosłam wrażenie, że te dziewczynki, to w ogóle nie potrafią się bawić, bo nawet przez jedną minutę się nie potrafiły czymś zainteresować. Usiadły do kolorowanek, odetchnęłam, ale po kilku kreskach znów się rozbiegły. Nawet na bajkę nie zwracały uwagi. W minutę wszystkie zabawki były rozsypane po całym salonie. No i żeby się jeszcze tym bawiły, a one tak tylko po przewalały, w ogóle nie zwracając uwagi, że mogą coś zepsuć, urwać. No to tory będą układać, po zczepieniu dwóch części puzzle. No to wszystkie puzzle tyle co powywalały z opakowań, namieszały... kloci, autka. To na orbitreka jazda. A to jeszcze przy pianinie ich nie było. Dziękuję Ci córeczko, złote z Ciebie dziecko. Ona do nich mówi: "No, noo, ręce trzeba najpierw umyć i porządnie wytrzeć, żeby nie były mokre". Trochę z nimi pograłam, pouczyłam gamy i "kotka". Ta młodsza co rusz się w głowę hukła, a to o futrynę, to w ścianę, to pod łóżko wlazła i przywaliła głową  w stelaż i ani nie kwikła! Latałam za nią jak jakaś wariatka, bo się bałam, że sobie krzywdę zrobi, a wspinała się nawet na parapety. Moja Faustynka ją łapała z łóżka, żeby nie spadła, a rodzona siostra w d**** miała. Już nawet po mojej córce widziałam, że miała dość, bo się o tą młodą też bała tak samo jak ja.

Z Maćkiem też różne jazdy miałam, ale z nim nie było kontaktu do 4 roku życia conajmniej, no autyzm, opóźnienie w rozwoju, ale ja to go cały czas na rękach nosiłam, żeby się nie zabił. A tu normalne zdrowe dzieci i nie rozumieją, że czegoś nie wolno, że można spaść z parapetu, że do akwarium się nie puka, że na orbitreku się nie huśta. Ale to i tak pal licho z ich zachowaniem. Zawsze można podsumować "Aaa, dzieci... niech się bawią".  To jaki charakterek pokazała rówieśniczka mojej młodej wprowadziło mnie w osłupienie. Wieczne niezadowolenie, skwaszona mina, muchy w nosie. Nie wiem po kim to ma, ale nie podobało mi się strasznie. "Ja mam lepsze", "Ja bym to zrobiła lepiej", "Ja też to miałam, ale zepsułam"... Podsumowując: moje jest lepsze, bo jest mojsze i chuj! Jak się przysłuchałam, to mi oczy na wierzch wyłaziły. Normalnie ego nie mieściło się w mieszkaniu.

Wiem, to nie moja sprawa, jak kto wychowuje swoje dzieci, czy ich nie wychowuje wcale. Mi nic do tego. Nie mam prawa krytykować, ale na miejscu tej znajomej, znając swoje dzieci bym choć delikatnie uprzedziła na co należy się przygotować. Chociaż ja w takiej sytuacji nie zostawiłabym dzieci pod czyjąś opieką, a już szczególnie osobie obcej.

Minęło coś ponad godzinę i mama wróciła. 

Zrobiłam herbatkę, poczęstowałam muffinkami. A to usłyszałam niedowierzanie w głosie, że sama je upiekłam, a to Faustynka ma za czysto w pokoju, "jak to jest w ogóle możliwe, żeby dziecko miało porządek"? No normalnie, jak sobie nabałaganią, to sobie posprzątają. Wystarczy wszystko odkładać na miejsce.  A to sugestie, że mieszkanie wynajmujemy, bo ona była pewna, że ja mówiłam, że wynajmujemy. Nie, mówiłam, że kupiliśmy swoje. W ogóle z każdą minutą rozmowy przybierała coraz to zieleńsze barwy. Opowiadała mi jak to jej młodsza już 3 razy spadła z łóżka piętrowego jak się ze starszą biły, a mi szczęka coraz bardziej się otwierała ze zdziwienia. To ja rozumiem dlaczego takie uderzenie o futrynę dla niej to nic, w końcu na co dzień gorsze wypadki jej się przytrafiają.  "A kto gra na pianinie?", "A ty to tak sobie nic nie robisz?"  Patrzę na nią pytającym wzrokiem.  Ona powtarza: "No nic nie robisz? Nie pracujesz?". No, nie pracuję. I ten triumf w jej postawie. Tak, już wiem po kim ta młoda to ma.

Czy mi to ujmuje? Po głębszym przemyśleniu uważam, że nie. Z resztą po ponownym przeczytaniu dzisiejszego tekstu tym bardziej uważam, że nie.

 💙💚💛💜💗💙💚💛💜💗💙

Inna znajoma kiedyś wyskoczyła do mnie z propozycją: "A bo słyszałam, ze Ty grasz na pianinie. Sprawdziłabyś tą moją małą, czy ma słuch, czy jest muzykalna, czy by się nadawała do szkoły muzycznej, bo mi dupę zawraca ciągle, że chce grać. Może byś ją trochę pouczyła". Ok. Chętnie.

No to wpadnij z nią, coś pogramy. 

Dziewczynka 6-letnia, czyli też rówieśniczka mojej Faustynki. Nawet się czytać nauczyła, taka była zdeterminowana chęcią grania na instrumencie. 

Jezu, jakbym moją Faustynkę miała przy pianinku. Taka spokojna, taka zadowolona, chętna do nauki.  No z godzinę siedziałyśmy przy instrumencie i ona by tak drugą przesiedziała tak była zachwycona. Uczyłam ją czytać nuty, za pomocą techniki kolorowych dźwięków. Nie jak to było za moich czasów, że nauczyciel napisał dźwięki na pięciolinii w różnych kluczach i kazał się w domu nauczyć i na następną lekcję już umieć. No jest to pracochłonne, nie powiem, że nie, ale dziewczynka ma predyspozycje i zapał, a to cieszy niesamowicie. Nauczyłam ją "Kotka" i "Sto lat". 

Mama stwierdziła, że to nudne, że trzeba mieć cierpliwość do grania i że to raczej nic z tego nie będzie. Chyba miała nieco inne wyobrażenie. Czyżby myślała, że córka po kilku minutach będzie trzaskała wszystkie nuty weselne i to jeszcze na dwie ręce? No niestety tak to nie działa. Dzieci latami uczą się gry na instrumencie, zanim zagrają muzykę, a nie wydukają dźwięki i kilka technicznych ćwiczeń. 

No przykro mi, bo entuzjazmu tej młodej długo nie zapomnę.

Dało mi to też dużo do myślenia i sama coś wyniosłam z tej lekcji.

Otóż, zawsze twierdziłam, że absolutnie nie zapiszę swoich dzieci do szkoły muzycznej, nie chciałam żeby grały, bo to za ciężka harówa, za duży stres, szkoda zdrowia.

Tylko czy ja im swoją postawą czegoś nie odbieram?

Może nie szkoła muzyczna, bo na tę chwilę naszych nie polecam, ale usiądę z Faustynką i Maćkiem pewnie też przy pianinie, bo przecież mogę to zrobić. Niektórzy by chcieli a nie mogą 😊

💙💚💛💜💗💙💚💛💜💗💙

Dziś pod przedszkolem Faustynki znowu cyrk! Wystałyśmy się w deszczu jak głupie w kolejce, aż miałam ochotę nas zawrócić do domu, ale skoro już dała się namówić do pójścia mimo ruszającego się ząbka, no to nie mogłam jej tego zrobić.

Przez jakiś czas nie było aż takich kolejek, ale co? Księdzunio przyniósł wczoraj wirusika. Tzn. wczoraj było izolowanie grupy, która miała z nim religię i wydawali nam wczoraj dzieci w dużych odstępach czasu i dzisiaj też przyjmowali w taki sposób, że wchodziło dziecko, pani zamykała drzwi, czekała 4 minuty i dopiero wpuszczała drugie dziecko i 4 minuty. No paranoja. Przede mną matka za rękę z przedszkolakiem, a na ręku malizna 6-cio miesięczna. I bądź tu człowieku zdrowy. Jutro wszyscy będziemy mieć kataro-wirusa i będziemy siedzieć w domu.

A propos kataru, już przerobiliśmy katarzynę po pierwszym tygodniu września i siedzieliśmy 5 dni w domu. Ja nie wiem jak te moje dzieci uzyskają choć 50% obecności. Przecież one co chwilę mają katar.


Rybki mają się dobrze. Już dawno nic nie zdechło, tfu, tfu.

Mąż przytargał nowe lustro do salonu. Boskie jest! On też, że je przytargał.


A co u mnie?

Chyba nawrót endometriozy, bo przez tydzień cierpiałam zanim okres dostałam. No i dostałam wczoraj i myślałam, że zdechnę, ale dzisiaj już jest lepiej 😘

Utrzymuję stałą wagę 55 kg, czasami ciut mniej, czyli tak jak lubię, ale zdaję sobie sprawę, że dobrze było by zrzucić jeszcze 2 kg, bo jak teraz tego nie zrobię, to po Bożym Narodzeniu będę mieć 57, a wtedy do 60 już jest bardzo blisko, właściwie tylko Sylwester 😂

A potem żeby zrzucić te nieszczęsne 6 kg, to jest u mnie 3 miesiące męki. Lepiej zapobiegać niż leczyć...

Odkąd regularnie ćwiczę nie mam takich spadków ciśnienia. Teraz to już tak nawet w normie. Mniej więcej 110/80. To nie to co 90/60!

Poprzesadzałam sobie paprotki. Pogram czasami na pianinku, bo jak dzieci miałam 24h na dobę, to nie zawsze był czas. A to sobie posprzątam. Dużo gotuję, bo lubię, żeby nie było, że przykuta do garów.

Dobrze mi...


Tak się rozpisałam, że aż o obiedzie zapomniałam, ale już opanowana sytuacja, później czeka nas tylko kolacja.

Zdrówka Kochani! Zdrówka!

czwartek, 3 września 2020

Witaj szkoło!

 Jak po rozpoczęciu nowego roku szkolnego?

Jak to u Was wyglądało?

U nas, tzn. w przedszkolu u córki, to jakaś tragedia i paranoja. Faustynka 1-go września stała w kolejce na kilkadziesiąt osób w deszczu i ciągle dochodziły nowe. W końcu się rozpłakała i nie chciała iść. Dobrze że syn miał rozpoczęcie dopiero na 9:30. Przyjaciółka mojej córki przyszła trochę później i stała pod przedszkolem aż 45 minut jak nie dłużej. Rodzicowi oczywiście nie wolno wejść do środka, jednak musi mieć rękawiczki i maseczkę. W drzwiach mierzą dziecku temperaturę i je zabierają. Przecież te procedury są durne. Jeśli rodzice będą chorzy, to i dziecko najprawdopodobniej będzie zarażone. 

Dlaczego wchodzi się tylko jednym wejściem? Przecież gdyby otworzyli drugie i jednym by wchodziły grupy młodsze, a drugim starszaki, to by sprawniej wszystko poszło. Z odbieraniem dziecka to samo. Poszłam po młodą i stałam aż w bramie, taka była  kolejka. Wczoraj trochę sprawniej to szło, ale i tak kolejki są. Rodzice się wściekają, bo spieszą się do pracy, bo inne dzieci muszą odwieźć do szkoły.

Musieliśmy porządnie przemyśleć logistykę biorąc poprawkę na te kolejki. Inaczej to miało wyglądać, bo ja miałam odstawiać dzieci, a mąż odbierać, ale jeśli utkniemy w kolejce z Faustynką, to nie zdążę z synem dojechać do szkoły. A kawałek drogi niestety mamy. Też nie chcieliśmy żeby Maciek od 7 rano siedział na świetlicy, przynajmniej nie na początek. Dla niego już sama zmiana otoczenia to mega wyzwanie. Kombinujemy. Wszystko się zmienia na bieżąco.  

Ten reżim sanitarny, to i tak fikcja. Dzieci w przedszkolu się przytulają, całują. Córka się żali, że na placu zabaw ustawiają ich w kolejki, że jest ich strasznie dużo, bo wszystkie grupy idą o tej samej porze. To po co ta kolejka do drabinek, skoro nikt ich nie dezynfekuje między jedną grupą, a drugą? To głupie jest. Nie można każdej grupy wziąć na dwór o innej godzinie? Co to za udawane procedury, które i tak nic nie dają?  Albo żyjmy normalnie, przechorujmy to gówno, skoro i tak ma z nami zostać jak grypa albo wprowadzajmy sensowne obostrzenia, a nie że do sklepu można wejść w byle majtkach na mordzie. 

Higiena niby też taka ważna, ale nikt mycia rąk nie kontroluje. Dzieci chodzą do łazienki w grupach 3-osobowych, ale bez nauczyciela. No i niestety niektóre z nich puszczają tylko wodę, zakręcają i mają już "umyte" rączki nawet ich nie mocząc.

Córki nie mogę odebrać z przedszkola wcześniej niż o 14.30. Dlaczego? Co to ma na celu?

Jednak żeby ją o tej porze odebrać muszę pod przedszkolem koczować już pół godziny wcześniej, żeby sobie zająć kolejkę. No cyrk.

 

W terapeutycznej szkole syna to trochę lepiej wygląda. Klasy są 8-osobowe. Miały być po 15 dzieciaków, ale z powodu epidemii podzielili jeszcze na pół i dobrze. W mniej licznej grupie może się prędzej skupi i czegoś nauczy. 

Dziecko normalnie wchodzi z jednym rodzicem (rodzic ma maseczkę), ma zmierzoną temperaturę,  dezynfekują ręce. Wszystko idzie sprawnie, bo rodzic pomaga dziecku się przebrać. Przychodzi Pani, prowadzi dziecko na górę. Ot cała filozofia. Po lekcjach też normalnie rodzic przychodzi do szatni, dzwoni domofonem, sprowadzają dziecko i już. Obiad każda klasa ma o innej porze, więc na stołówce  uczniowie z różnych klas także się nie spotykają. Dziecko można normalnie odebrać po obiedzie o 13 godzinie. Jeszcze nie mamy rozpiski z zajęciami pedagogiczno-psychologicznymi, które będą realizowane w szkole po lekcjach. Cieszę się bardzo, bo myślałam, że będę jeździć z synem na te zajęcia na drugi koniec miasta, jednak okazało się, że psycholog, logopeda, pedagog, fizjoterapeuta IS będą mieć dyżury w szkole, a  będzie to dla nas bardzo wygodne. 

Maciek zadowolony. Nie wierzę, że tak łatwo poszło. Szkołę już trochę znał, bo jeździliśmy tam na rehabilitację w ubiegłym roku. Było mu na początku bardzo przykro, że jego przyjaciel z przedszkola, również z autyzmem, nie idzie z nim do tej szkoły. A gdy dowiedział się, że będzie w klasie  z taką dziewczynką, którą znał dużo, dużo wcześniej jeszcze z przedszkola specjalnego, do którego chodził, zanim przenieśliśmy go do integracyjnego, mówił, że on nie chce się z nią przyjaźnić, bo to dziewczynka. Wszystko zmieniło się w dniu rozpoczęcia roku szkolnego, gdy się razem pobawili, podczas gdy rodzice wypełniali, podpisywali stosy dokumentów. Wczoraj po szkole oznajmił, że Kingusia jest jego przyjaciółką i że jest bardzo fajna i grzeczna i razem siedzą w ławce. 

Szkoda, że Faustyna tak rano przeżywa i nie bardzo chce chodzić do przedszkola. No przerwę miała długą. Pół roku w domu i jest teraz problem. 

 

Za to z Maćkiem mamy inny problem. Już bardzo ładnie chodził na spacery. Na luzie i nawet bez trzymania go za rękę. Sygnalizacja świetlna opanowana. Zielone, czerwone, wszystko wie.  Nawet na przejściach dla pieszych bez świateł się rozglądał i potrafił ocenić właściwie sytuację.   A nie powiem, pracowaliśmy nad tym długo. 

Jeden incydent zrujnował naszą długoletnią pracę. 

Z miesiąc temu wybrałam się z synem na spacer. Szliśmy sobie elegancko chodnikiem dla pieszych. W pewnym momencie Maciek odwrócił się i zobaczył, że po naszym chodniku jedzie rowerzysta, mimo iż obok miał swoją, pustą ścieżkę dla rowerów. Syn tak się zestresował. Wybiegł na ścieżkę i próbował mnie też na nią odciągnąć. Ja go z powrotem na chodnik, bo wiem, że rower nas ominie. Ten się wyrywa, płacze, krzyczy. Prawie wpadł pod ten rower.  Rowerzysta nas ominął, myśląc sobie że pewnie jakieś wariaty i sobie pojechał, a my do dziś mamy tak zajebisty problem, że jakbym mogła cofnąć czas do tego incydentu, to bym temu gościowi na rowerze "siodełko" skopała. Maciek tak zdziczał na drodze, że sobie nie wyobrażacie. Panicznie boi się rowerów. Muszę go mocno trzymać gdy jakiś się zbliża, bo nie wiadomo kiedy i gdzie mi odskoczy. Mało tego. Wariuje na przejściach dla pieszych. Jestem w mega strachu gdy z nim idę, bo boję się, że wyskoczy wprost pod samochód. I wszystko zaczynamy od początku.

 

Teraz lecę, bo muszę się zbierać po Maćka. Hejka!