Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teść. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teść. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 marca 2025

Rozżalona

To nie będzie lekki i przyjemny wpis.


Babcia męża w ostatnich tygodniach bardzo źle się czuje i wręcz nie daje rady wstać z łóżka. Niedługo skończy 80 lat, a nigdy o siebie nie dbała, nie diagnozowała się, nie badała, lekarzy odwiedzała tylko po Lorafen i całe życie Eluni zaglądała do dupy i we wszystkim wyręczała, sprzątała, gotowała, prała,  dbała o ogródek i przydomowe grządki oraz o zwierzęta w gospodarstwie domowym swojej córki i zięcia, wychowała jej troje dzieci, wyhodowała właściwie, bo z wychowywaniem to nie miało za wiele wspólnego.

Teraz nie ma jej kto szklanki wody podać, ani zawieźć do lekarza.

Wszyscy liczą na mojego męża. 

Jego cudowna rodzinka wymyśliła sobie, że mamy ich wszystkich dochowywać.

Agnieszka umyła ręce. Powiedziała, że ona ma swoje życie i się nie będzie nikim opiekować, mimo że z nimi mieszka i do rachunków się nie dokłada. Rodzice chcieli ją przekupić zapisując na nią dom i pola rolne, ale się nie dała. Powiedziała nie i już. Znowu ma jakiegoś faceta, dzieci nie planują. Teoretycznie mogła by babkę chociaż zawieźć do lekarza.

Z resztą co to kurwa ma być w ogóle? W ich domu jest czworo dorosłych ludzi z prawem jazdy i samochodami! I nie ma kto babki do lekarza zawieźć. Choć w zasadzie Claudii nie ma co liczyć, bo co prawda prawko jej w grudniu załatwili, ale wjechała w ganek, odpadł cały zderzak,  a ona uciekła do pokoju i nie wyszła z niego ponad dwa miesiące.  Oni serio myśleli, że Claudia będzie jeździć samochodem po tych wszystkich psychotropach?

Tam są tak naprawdę trzy babki potrzebujące opieki - babka, lat niespełna 80, moja teściowa, lat 61 i siostra męża, Claudia, lat 23 i jeden dziadek - mój teść, lat 64. Ponoć też coś u niego kiepsko ze zdrowiem i zaczął się robić problem, bo kto się tym wszystkim zajmie.

Dlaczego wcześniej o tym nie myśleli? Mogli inaczej kierować swoim życiem.

Ja nawet dwa lata temu się zastanawiałam jak to będzie:


Nas się teraz doczepili.

Oni myślą, że mój mąż rzuci pracę i będzie im tyłki podcierał, po lekarzach woził, zakupy robił, drewno rąbał i do pieca podkładał? Przecież to odległość kilkunastu kilometrów.  Musiałby się tam przeprowadzić, bo znając wymagania mojej teściowej, to na wielkich zakupach dwa razy w tygodniu się nie skończy. Przecież ona sobie w piecu nie napali, ani drewna nie przyniesie, bo by ją przewiało!

No na litość boską, babka jej przecież farelkę do kibla nosiła, żeby nagrzać, bo od okna ciągnie!


Oni pewnie myślą, że ja wszystko rzucę, bo przecież moje życie jest nieistotne.

Ja mężowi wczoraj powiedziałam, że na mnie niech nie liczą po tym jak mnie traktowali.

On im powie jak będą mnie w to chcieli uwikłać, że ja nie mam samochodu, żeby do nich codziennie jeździć. Tłumaczę mu, że to przecież nie jest przeszkoda. Autobus, a na miejscu może mi dadzą kluczyki, żeby ich obsłużyć, a potem autobus i do domu. 

Uważam, że powinien powiedzieć jak jest. Teściowa niemal doprowadziła mnie do samobójstwa i ja jej tego nigdy nie zapomnę i mąż powinien jej to uświadomic, a nie kręcić i się wymigiwać! 

Mój mąż nie jest typem człowieka empatycznego, wrażliwego, współczującego, więc nie wydaje mi się, że tak łatwo ruszy im na pomoc. Notabene nawet gdy najbliższa osoba - żona miała 41 stopni gorączki, nie wziął urlopu, ani nawet nie zwolnił się wcześniej z pracy, żeby pomóc zająć się małymi jeszcze wtedy dziećmi, gdy ja nie byłam w stanie ustać na nogach. A moje bóle endometrialne przez które nie mogłam normalnie funkcjonować, traktował jak fanaberie i porównywał do swojej matki. 

Zdziwiłabym się gdyby teraz rzucił wszystko i pojechał do rodzinnego domu. Oj, zdziwiłabym się.

Nie zabronię mu, ale byłby to dla mnie potężny policzek i dowód na to, że nigdy nie byłam dla niego ważna.


Gdyby nie pandemia, nigdy bym się od tej popapranej rodziny nie uwolniła!

Jestem przez tych...ehhh...gryzę się w język, żeby ich nie wyklinać,

już na trzeciej terapii!

Jestem wrakiem człowieka!

Próbuję się podnieść, zacząć normalnie żyć, ale jest mi cholernie ciężko po tym wszystkim czego w życiu doświadczyłam.

Po 13 latach siedzenia z dziećmi w domu zaczęłam wychodzić z mężem na randki. Za nami dwa koncerty w filharmonii.  

Wiecie co Aga mojemu mężowi powiedziała? 

"-Po co nam randki na stare lata?!"

Bo kurwa od dnia ślubu nigdzie nie wyszliśmy?! Może kurwa dlatego?! Przez 15 lat życia nigdzie nie byłam, tylko dzieci, dom, gary i terapie!

wtorek, 5 stycznia 2021

Intensywność ostatniego miesiąca

W ciągu ostatniego miesiąca wiele się wydarzyło. Znając mnie, już pewnie połowy nie pamiętam, więc wybaczcie jeśli coś gdzieś będę w późniejszym terminie uzupełniać.

W którymś z ostatnich wpisów, w komentarzach przewinął się temat o mojej teściowej. Staram się nie wracać do niej i całej tej udanej rodzinki, może nie tyle dla mojego komfortu psychicznego, bo szczerze to mi to lotto co z nią i u niej, bo mnie to już nie dotyczy bezpośrednio, nie szkodzi mi fizycznie, ale bardziej o komfort czytelników. Po prostu mi się wydaje, że już nikt nie chce o niej i jej schizach czytać. Pojawiają się też komentarze, że wywlekam na światło dzienne brudy z ich życia, a to nie moja sprawa i że to ja jestem popierdolona skoro o tym pisze. Może nie do końca mogę się z tym zgodzić. Może popierdolona to i jestem. Jednak wydaje mi się, że takie sytuacje warto jest naświetlać, bo tacy ludzie i takie historie istnieją i może warto było by uczulić społeczeństwo na taki problem. Może kogoś to uchroni od popełniania moich błędów. Życie nie zawsze jest różowe. Potrafi przybrać wszelkie barwy, również te najbardziej ponure szarości i czernie.

Jednak teraz muszę od czegoś zacząć, no i niestety wstęp będzie dotyczył sytuacji w rodzinnym domu mojego męża. Wybaczcie.

Końcem listopada dodzwoniła się do mojego męża jego babcia (matka mojej teściowej). Miała jakieś problemy z telefonem, ale koniec końców gdy wyjęła i włożyła baterię to komórka wystartowała. Płakała. Możecie się domyśleć dlaczego. Jest źle traktowana, wyrzucona na górę do usługiwania Agnieszce jak ta we wrześniu poszła do szkoły, a że sobie nie poradzi nawet ze zrobieniem kanapki czy herbaty, to musi mieć służącą. Matka mojego męża zabarykadowała się na dole razem z Claudią, nie wychodzą nawet na podwórko  tylko zakupy przez okno odbierają (od początku pandemii). W korytarzu jest zrobiona "śluza antycovidowa" z grubych folii i taśm, aby Agnieszka nie musiała już wchodzić do swojego pokoju z podwórka po drabinie na pierwsze piętro. Z resztą babcia (75+), która od września zajmuje się Agą pewnie nie była by już w stanie tak po drabinie latać. Teść nadal mieszka w kotłowni!!! Nie wolno mu wejść do domu nawet tą śluzą na górę. Autentycznie ten facet śpi na dechach pod piecem w kotłowni od marca. Babka i Aga też nie mają wstępu na dół. Zostały bez kuchni i bez łazienki. Teść we wrześniu miał wykańczać na szybko łazienkę. Kupił prysznic, potrzebne rury, ale, że ma słomiany zapał, to nic nie zrobił, choć chyba miał wtedy przyzwolenie wchodzić śluzą czy po drabinie na górę. Wojny tam są straszne. Możecie sobie wyobrazić i te wyobrażenia pomnóżcie jeszcze przez 10. Dobrze, że babka ma naszą kuchenkę elektryczną na dwa palniki i czajnik elektryczny, to przynajmniej sobie i Adze coś ugotuje i herbatę zrobi. Ma też starą lodówkę z naszego mieszkania. Tylko że pranie od marca robi w rękach, bo pralka jest zepsuta. Chcieliśmy jej po kosztach odsprzedać naszą pralkę, bo mąż miał ochotę kupić pralko-suszarkę, ale teściowa się nie zgodziła, żeby "ruda suka" nie miała lepszej niż ona. I babka musiała się męczyć 9 miesięcy z ręcznym praniem. Gdy się wreszcie dodzwoniła, żaliła się na to wszystko, na swoją córkę, na wnuczki, na ręce zdarte do krwi od proszku. Na to że Aga ma wymagania nieadekwatne do sytuacji. "Rzuca ubraniami po żyrandolach" i nic ją nie obchodzi. Ma mieć uprane, uprasowane, wypachnione. Zabiera się i jedzie do chłopaka, wraca za tydzień, rzuca babce brudy, każe prać, bierze nowe i wybywa z domu. Babcia zapytała czy może się do nas wprosić na święta. Zdziwiliśmy się, bo niby tak się boją covida, ale widać już była zdesperowana. Oczywiście się zgodziliśmy.  Nawet mąż włączył na głośnik i dzieciaki mogły z prababcią porozmawiać, ona obiecała że przyjedzie z Agnieszką. Dzieci bardzo czekały, szczególnie Faustynka. 

Przygotowywaliśmy się na Święta Bożego Narodzenia, że będziemy mieć gości. Zrobiłam większe zakupy, bo byliśmy pewni, że w pierwszy dzień świąt babcia z Agą i być może jej chłopakiem przyjadą. W wigilię o 12 mąż zadzwonił do Agnieszki zapytać jak sytuacja, czy przyjadą na święta. Powiedziała, że przyjadą dzisiaj.  To jeszcze w ostatniej chwili pobiegłam do sklepu po dodatkową porcję pierogów i prezenty pod choinkę dla gości. Już ciasta nie znalazłam, bo same ostatki pozostawały, a też nie chciałam szukać po całym mieście, więc po powrocie do domu upiekłam na szybko placek cynamonowy z jabłkami i bakaliami, który przełożyłam konfiturą i oblałam polewą z czekolady. Okazało się, że teściowa na Wigilię ich nie puści. Agnieszka dzwoniła i płakała, że nie będą mieć w domu Świąt, Wigilii nie będzie, a stara ich nie puści, bo nie wykończy. Wojna straszna się z tego wywiązała. Oczywiście wina nasza. Teściowa się kończy, umiera, Świąt nie będzie, wszystko przez "rudą kurwę". Ruda to ja jakby kto nie wiedział.  Mąż jeszcze dzwonił do babki, ta się wykręcała, stwierdziła, że może po Wigilii na chwilę przyjadą, po czym więcej nie odebrała telefonu.  To i tak dobrze, że nie nagotowałam podwójnej ilości jedzenia, ale i tak zostało nam żarcia od pierona, które jedliśmy do Sylwestra. Nie mam żalu o tą sytuację, ja po prostu tego nie rozumiem i szkoda mi naszej Faustyny, która tak tęskni za prababcią i tak wyczekiwała jej przyjazdu. 

Z kolei druga babcia mojego męża (85 l.) kilka tygodni temu trafiła do szpitala. Nie miała covida, więc ją przyjęli. Okazało się że ma guzy w głowie. Gdy po trzech tygodniach miała ze szpitala wyjść i zostać przewieziona do specjalistycznego ośrodka, okazało się że w szpitalu zarazili ją covidem. Teraz jest w ciężkim stanie.

Młoda ma bóle brzucha, głowy, czasami mam wrażenie, że wszystkiego. Początkowo myślałam, że to PIMS - powikłania po covidzie. Robiliśmy badania. Jest zdrowa. Czeka ją jeszcze USG brzucha na dniach, ale jestem pewna, że wszystko jest w porządku, a to są nerwobóle.  

Niedawno Faustynka miała prawdziwy napad paniki. Jakaś koleżanka w przedszkolu powiedziała do niej "umrzesz" i córka w domu zaczęła zadawać pytania o śmierć prawie się przy tym dusząc. Mi było słąbo jak na to patrzyłam i próbowałam daremnie uspokoić. Nic nie pomagało. Dopiero mąż wpadł na pomysł opowiedzenia jej o aniołkach, niebie, Bozi... pomogło. Uspokoiła się. 

Wróciliśmy do Kościoła. Mówiąc dosadniej nawróciliśmy się. Codziennie się modlimy o zdrowie brzuszka, uczestniczymy w Mszach Świętych. Z Bogiem jest jakoś łatwiej. Można by tu wiele pisać.

Nasza córka ma prawdopodobnie początki depresji, którą sytuacja z pandemią uwidoczniła. Jesteśmy po dwóch spotkaniach z psychologiem, bardzo dobrym psychologiem, choć nie dziecięcym. Problemy w przedszkolu są prawdopodobnie przykrywką do głębszych przemyśleń naszego dziecka. Niestety duży wpływ na to jaka stała się nasza córka miało mieszkanie u teściów, kontakt z nimi, obserwacja tych wszystkich irracjonalnych zachować i awantur i to, że my sami jako rodzice przesiąknęliśmy tą chorą atmosferą. I nawet jeśli nie powielamy schematów i błędów, to jednak to w nas siedzi, a dziecko to czuje. Wszyscy nadajemy się na terapię. Powiedziała, że jeśli my, rodzice  się wyleczymy, to i dziecku przejdzie. Podejrzewam, że to łatwe nie będzie i potrwa zapewne kilka lat. Ja już próbowałam terapii przez ponad półtora roku i szczerze to nic we mnie to nie zmieniło. Po prostu miałam się komu wygadać z bieżących spraw. Wiem, że jestem WWO i w pewnym stopniu skrupulantem, ostatnio dowiedziałam się, że mam osobowość obsesyjno-kompulsywną. Wszystko się zgadza. Córka ma to samo. Trochę genetycznie, trochę przejęła być może z mojego zachowania. Trochę zaczerpnęła z hipochondryzmu mojej teściowej i strachu o siebie od mojego męża i voila. Wszyscy jesteśmy bardzo skrzywdzeni przez życie. Z każdej strony dostaliśmy po dupie. Zarówno ja jak i mąż mamy toksyczne, psychicznie chore matki, które przez uzależnienia od psychotropów nie miały za grosz empatii, miłości i powiązania z własnymi dziećmi. Mąż był w o tyle lepszej sytuacji, że miał babcię i może dzięki temu aż tak bardzo się to wszystko  na nim nie odbiło niż na mnie, ale przejął inne schizy. Już jako kilkulatek znał wszystkie możliwe choroby i suplementy.  Z kolei gdy ja się uwolniłam z jednej toksycznej relacji z moimi rodzicami, to wpadłam z deszczu pod rynnę do teściów i to też nie było obojętne dla mojej psychiki. Ja właściwie już to wszystko wiem od dawna, ale cieszę się, że mąż to usłyszał od kogoś innego niż ja i przyjął do wiadomości. Myślę, że jesteśmy na dobrej drodze.

Psycholog zaleciła całkowicie zerwać kontakt z rodziną męża. Hurra!!!


Nie wiem co jeszcze chciałam napisać.

Święta spędziliśmy kameralnie w bardzo miłej i spokojnej atmosferze. Może dorzucę niedługo kilka zdjęć  :)

Pozdrawiam i całuję poświątecznie! :*


Wrzucam:








Szczęścia w Nowym Roku!


-------------------------------------------------------
Dopisane 10.01.2021:

Dowiedzieliśmy się dzisiaj, że w nocy babcia męża (85 l.), ta która miesiąc temu trafiła do szpitala ze zmianami nowotworowymi zmarła :(


poniedziałek, 6 lipca 2020

Wspaniała niespodzianka. "Z dziennika hipochondryka" c.d.

Pozwólcie,  że na początku  przedstawię  naszych nowych lokatorów.

Mąż przed weekendem zrobił nam mega niespodziankę.
Tadaaam! 
A oto ona:





W sobotę pojechaliśmy wszyscy wybrać rybki i tak mamy:

- 2 skalary, które mają już nawet imiona - Franciszek i Majeczka
- 7 neonów czerwonych
- 4 głupiki (2 żółte i 2 pomarańczowe)
- 2 danio czerwone

Tym mniejszym dzieci także nadały imiona, ale nie mam pojęcia, który jest Spongebob, a który Chase czy Sky...

Radości co niemiara.
Chociaż na początku skalary nam trochę narobiły stracha, bo jakieś takie nieruchliwe, ospałe, przestraszone były i blade,  mimo iż wszystko zrobiliśmy według zaleceń, woda odstana, kamień kilkakrotnie wypłukany, itp. itd. A mąż już miał we wczesnej młodości do czynienia z akwarystyką, więc się  na tym zna. Z tym, że ze skalarami miał zawsze niestety problem. Okazało się, że te problemy powodował głównie stres. Przy zgaszonym świetle odżywały. Możliwe że miały za jasno, bo gdy wymieniliśmy podłoże na ciemniejsze, to zaczęły pływać i to wręcz jak rakieta.
Super jest się tak wpatrywać  w akwarium. Dziś rano sobie wypiłam kawkę w towarzystwie rybek.

*********************************************

Chciałam opisać sytuację u teściów, właściwie kontynuować wpis Z dziennika hipochondryka

Z góry sorry za język.

Skończyłam wówczas na tym, że Agnieszka wyprowadziłam się do swojego chłopaka Misia. Po kilku dniach ojciec mojego męża rozchorował  się i wcale się nie dziwię, zważając na to w jakich warunkach on teraz żyje (pisałam wtedy, że mieszka w kotłowni, śpi na deskach,...). Przez dwa tygodnie miał gorączkę i nie pojechał zrobić wymazu na koronawirusa, bo moja teściowa mu nie pozwoliła. No bo kto jej przyniesie zakupy jak on dostanie kwarantannę? Boże! Widzisz i nie grzmisz! 
Przez dwa tygodnie męczył się z gorączką i nawet mój mąż mu nie przegadał, żeby się wreszcie zbadał, bo "By się w domu wkurwiły".  Dopiero gdy zaczął sikać krwią, to zdecydował się zadzwonić do stacji epidemiologicznej. Po pobraniu wymazu został objęty kwarantanną, ale tylko na 24 godziny, bo po upływie doby, dostał informację, że wynik jest negatywny. I po co było to wszystko? Te dwa tygodnie tak się męczyć? Zaczął w końcu leczenie, a właściwie to diagnozowane, ale mój mąż obstawia, że to jak u bezdomnych, no bo od czterech miesięcy żyje właśnie jak bezdomny, więc nie ma się co dziwić, że go dopadły zapalenia różnych narządów. 
To jest paranoja, że dorosły mężczyzna godzi się na takie traktowanie. Wydaje mu się, że robi dobrze. Moja teściowa to wzorowa manipulatorka. To jest przerażające co ona z nim wyprawia. 
To już ja sama chciałam dzwonić na policję, do MOPSu, żeby ktoś się tym zajął i coś z tym zrobił, ale mąż mówi, że nikt na to nic nie zrobi,  bo nawet jak tam pojadą, to jego ojciec powie, że on z własnej woli w tej kotłowni siedzi i nic złego mu się nie dzieje. To jest trochę podobna sytuacja jak gdy ktoś zadzwoni, że sąsiad katuje żonę. Policja wpada, pyta, to sie dzieje, a kobieta: "Nic się nie dzieje, wszystko w porządku, to nie u nas", "A te siniaki?", "A to nic, uderzyłam się o szafkę". No chore, ale jakie częste...

Ja chyba za bardzo to wszystko przeżywam. Teraz mnie nawet z nerwów trzęsie, gdy to Wam opisuję. 

Co jeszcze?
Aga tydzień temu u Misia dostała bardzo silnego bólu brzucha i wymiotowała. Chłopak zawiózł ją na SOR. Okazało się, że to zapalenie wyrostka. Ból minął, ale zabieg trzeba było wykonać. 
Teściowa jakby z pretensją zadzwoniła do szpitala, poprosiła chirurga i pyta, po co wycinać jak już przestało boleć? Co za człowiek. Nie zna się, a się wtrąca. 
Zapomniałam, przecież ona wszystkie rozumy pozjadała.  
Zabieg został przeprowadzony laparoskopowo, więc nawet jej kroić nie musieli. Problemy się zaczęły, gdy przyszło do wypisu, bo Aga chciała wrócić do swojego domu, ale tam jej nikt nie wpuści (pisałam, drzwi zamknięte na klucz). Zadzwoniła do mojego męża płacząc, żeby przegadał "starej wariatce".  Mój mąż się nie chciał wtrącać i powiedział jej, żeby Misiu ją normalnie zawiózł do domu i najwyżej niech robią tam cyrk przed sąsiadami. Muszą ją wpuścić jak jest zameldowana. Tylko, że Misiu do końca nie wie jak jest, coś tam się domyśla, ale Aga się wstydzi i woli żeby się przed nim takie akcje nie odbywały. A i tak już coś za dużo jej chłopak usłyszał, gdy będąc z nim rozmawiała z matką przez telefon i ta powiedziała, żeby sobie poszukała lepszego, zdrowego faceta. Aga nam powiedziała, że Misiu ma problemy zdrowotne  i ma z tego powodu lekką niepełnosprawność. Wyszło że matka Agnieszki jest strasznie fałszywa, bo jak przyjeżdżał, to mu się na szyje rzucała, obcałowywała, obściskiwała, a za plecami takie rzeczy.  A jeszcze trzy lata temu moja teściowa tak ochoczo stwierdziła, że ich sama do łóżka włoży i kołdrą przykryje, żeby szybko brzuch zrobili i żeby Misiu już został, bo zarabia 3 tysiące. I już chciała łapę na tym położyć.

Mój mąż jeszcze powiedział, że "jak Karina nie uciekła, to i Misiu też nie ucieknie". Że kurwa co?!
Nie uciekłam, bo nie miałam dokąd. Jakbym miała rodziców jak Misiu, to miesiąc po urodzeniu Maćka  bym się wyniosła z tego domu wariatów, a może i jeszcze w czasie ciąży, bo już się wtedy zaczęły dziać rzeczy jakie nie powinny mieć miejsca. 
 
Dowiedzieliśmy się też, że zanim siostra męża się wyprowadziła, to w jakiejś kłótni wygarnęła matce, że mój mąż się wyniósł, wyprowadziliśmy się, bo już nie mogliśmy z nią wytrzymać i ponoć moja teściowa skoczyłą na córkę za to z pięściami i się pobiły.
Teraz zaczynam rozumieć przyczynę tych bezsensownych SMSów wysyłanych do mojego męża od matki: "Syneczku mój Kochany, jak dobrze mieć syna. Jakie to szczęście dla matki największe". Albo "Ja babce całe czekolady do gęby pchałam, a ona taka niewdzięczna". No jakby się naćpała. A to ona przyjaciół szukała, jak się w domu wychlała.

Agnieszka nie chciała wrócić do Misia, bo potrzebuje opiekunki. Moja teściowa babki nie odda, bo też potrzebuje opiekunki, a przecież Aga mogła by przynieść ze szpitala koronawirusa.  Ale jaja z nimi!

Pytam się potem męża, dlaczego Aga nie chce pojechać do chłopaka. 
- "Bo nie chce, żeby obca baba koło niej chodziła i usługiwała"
- "Ale z czym usługiwała, bo nie rozumiem?"
- "No bo Agnieszka ma rozpisaną dietę na dwa tygodnie, jakieś kaszki, grysiki"
- "To sama sobie nie ugotuje?"
- "No jak? Po operacji?"
- "Jakiej operacji? To zabieg laparoskopowy tylko przecież"
- "No ale jak pójdzie po schodach?"
- "To mi po cesarce nikt nawet wody nie przyniósł, tylko zapierdalałam po schodach z dwójką dzieci na rękach, jedno pod jedną pachą, drugie pod drugą, a ona nie zejdzie sobie żarcia zrobić?"
- "To co innego..."

No pewnie, że co innego, bo ja jestem przecież "silna", maszyną, kurwa jestem... 
Jakoś mną się mój mąż nie przejmował po cesarkach. A Aga "taka bidna". Boli.
Wrrr...

Skończyło się na tym, że Aga pojechała do Misia i nawet nie próbowała wracać do swojego domu.
Tyle wiem.

Natomiast dzisiaj  teściowa zadzwoniła do mojego męża z pretensjami, co on Agnieszce nagadał, że rozpowiada, że "Stara nam ślub zniszczyła".
Nie wiem kurwa o co chodzi i chyba wiedzieć nie chcę.
Cieszę się tylko, że nie mają mojego numeru telefonu, ani ja nie mam ich. Przynajmniej nie mogą zwalać na mnie, że "Ruda kurwa powiedziała to czy tamto", bo Ruda kurwa z nimi nie ma kontaktu.


czwartek, 25 czerwca 2020

Z dziennika hipochondryka

W ostatnim wpisie napomknęłam coś o sytuacji u teściów, jednak należało by tu wyodrębnić całkiem nowy post. Nie pisałam Wam wcześniej o tym co się u nich dzieje, bo niespecjalnie mnie to obchodzi. W końcu nie mieszkam tam od prawie dwóch lat i cieszę się własnym życiem oraz tym, że już ich oglądać nie muszę.

Tylko tam się takie cuda wyprawiają... Ja w tym żyłam, więc mnie to nie dziwi. To jest bardzo ciekawe jak ludzka psychika może być zjebana uszkodzona.

Otóż.
Nie od dziś wiadomo, że moja treściowa jest hipochondryczką. Prawdziwą lub udawaną. Tego nie wiemy. Tak jej w każdym bądź razie wygodnie, bo nie musi wychodzić z domu, a  teraz to już w ogóle luz.

Tylko, że...
Od początku epidemii mój teść ma zakaz wstępu do domu. Całkowity zakaz wstępu. Drzwi są zamknięte na klucz i nikt do domu nie wejdzie. Nikt. Nie wejdzie, ani nie wyjdzie. Moja teściowa, babka i Claudia siedzą w domu od czterech miesięcy, nie wychodząc nawet na podwórko. Mój teść od prawie czterech miesięcy mieszka w kotłowni. Tak, w KOTŁOWNI. Codziennie tylko zakupy podaje przez okno w kuchni, które babka odkaża. Teściowa do kuchni nie wchodzi. Potrafiła się ustawić. Nie mówcie, że nie. Babka teraz jej herbatki, śniadanka, obiadki, wszystko do sypialni zanosi, bo Elunia bidna i by ją wirus zabił. Chociaż raz jest tak, za chwile się chlają. Cuda się tam wyprawiają.
Teść w kotłowni ułożył kilka desek na których śpi. Dobrze chociaż, że ma tam starą kuchenkę, to chociaż sobie jajka z kurnika usmaży. Nie kąpie się, bo nie może wejść do domu do łazienki. Mój mąż mówi, że nie da się już obok niego przejść, taki zapach. Ubrania też ma nie wyprane. Tyle co się w jakiejś misce wymyje, ale co to za mycie. Z ubikacji nie skorzysta, chodzi do lasu. No cyrk, no cyrk. 

Agnieszka toczyła wojny, bo jej w domu nie da się utrzymać. Musiała po drabinie wchodzić na pierwsze piętro do swojego pokoju, żeby nie przynieść na parter Covidu. Chciała czy to pójść pod prysznic czy do kuchni zjeść, to dantejskie sceny się odbywały. Nie wiem wszystkiego, bo nie widziałam, ale mogę się domyślać co tam się działo. A że Agnieszkę znam już ładnych parę lat, to wiem że nie odpuści i jestem pewna, że i do rękoczynów tam dochodziło. 
Dwa tygodnie temu wyniosła się do swojego chłopaka i mieszkają u jego rodziców. Twierdzi, że na stałe.

Misiu jest najmłodszy z rodzeństwa i rodzice pewnie będą go chcieli zostawić do domu. Jego starszym braciom i siostrom, a trochę ich ma, pozapisywali działki, pomogli wybudować domy i  został tylko Misiu. Nie wiem jakie mają plany. Pożyjemy zobaczymy. Są młodziutcy. Przed Agnieszką jeszcze rok szkoły średniej. No chyba, że rzuci to w cholerę i jak tylko zostaną otwarte granice to wyfruną z kraju. Kto wie. Może być różnie. 
Czuję, że ona to już planowała wcześniej. Tak wcześnie prawko zaczęła robić. Od babki pieniądze wysępiła, najpierw na kurs, egzaminy, dodatkowe godziny jazdy, potem na samochód. Ona też jest cwana. Jeszcze na pewno nie raz wróci po pieniądze. A babka daje, bo Agniesia bidna, bo jej nikt nie da. Oj tak to wszystko wygląda.

A co z Claudią, nie mam pojęcia. Pewnie znowu zamknęła się w swoim świecie.



czwartek, 13 czerwca 2019

Banda debili

Sorry za tytuł,  ale inaczej nie na się nazwać rodziny męża.

Wczoraj jego babcia potknęła się na schodkach przed domem i upadła.  Ból jest tak silny, że nie chodzi. A moi teściowie zamiast wezwać karetkę, dzwonią do nas o 23 godzinie z pytaniem co robić (kilka godzin po upadku)? Już nie wspomnę, że nam zepsuli miłą, zmysłową atmosferę. 

Mąż im tłumaczy, że może być biodro pęknięte i że muszą ją zawieźć do szpitala, a jak nie daje rady wstać, to karetkę muszą wezwać, bo jak ją do samochodu doprowadzą. Teściowa lamentuje  że swojej matki nie puści, może nie trzeba jechać.  Od razu sama "słabuje" i potrzebuje opieki. Nagle już babka chodzi. Ale chce jechać do szpitala. 

Jakie to wszystko głupie. Sama powinna wezwać po siebie karetkę, a nie czekać na pozwolenie córeczki. 

No to kto z babką pojedzie do szpitala? No nikt. Moja teściowa "słabuje", zaraz kopyta wyciągnie, sama w domu nie zostanie, tzn. z córkami, bo jakby długo zeszło i teść by do rana w szpitalu musiał zostać, to kto dwie panny do szkoły wybierze? Boże, mówię Wam, cyrk na kółkach.  No to teścia nie puści. 

Zadecydowali, że MÓJ MĄŻ ma po babkę przyjechać kilkanaście kilometrów, odwieźć do szpitala następne kilkanaście kilometrów, czekać z nią na SORze i przywieźć spowrotem do domu. Nawet się nikt nie spytał, tylko stawiają przed faktem.

Mąż się wkurzył, bo ma na 7 do pracy i powiedział że nie ma mowy na takie coś. Ojciec ma w tym tygodniu drugą zmianę, to może z babką jechać, bo potem odeśpi. No to nie, bo musi rano te młode małpy (siostry mojego męża) do szkół poodwozić. Autobusy są. No to nie, bo one nie pojadą autobusem. To są dziewczyny 17 i 18 letnie. Kopie mamusi.

Mąż trochę ojcu do słuchu nagadał. Ale to jak grochem o ścianę. I tak myśmy zostali skurwysynami. I na pewno to przez rudą sukę, czyli mnie, mój mąż nie pojedzie. 

Skończyło się tak, że babka pojechała karetką sama i pewnie jest ciągle w szpitalu, bo nikt nie dzwoni, żeby ją odebrać. 

A mnie to się wydaje, że już ją tak gryzły, że ona ten upadek wykorzystała, żeby się od nich choć na parę dni uwolnić.  Przecież ta kobieta jest grubo po 70tce i wciąż musi tam wszystkich obsłużyć. No ile można, no ile? Nikt w domu palcem nie ruszy. Każdemu śniadanko trzeba urychtować, pod nos herbatkę podstawić, obiadek, kolacyjka, za każdym posprzątać, użerać się z każdym, bo jeszcze pyskują, pieniądze oddawać. No Kurwa mać! Nic się nie zmieniło. 

A i tak jest że my babkę buntujemy, choć od listopada z nią kontaktu nie mamy. Mąż powinien właśnie ojcu przypomnieć i powiedzieć wprost, że nie pojedzie, bo będą potem gadać, że babkę buntujemy i żeby więcej nie dzwonili. 

Swoją drogą, martwię się co z babcią. 



Inna  sprawa jest taka, że teść długów narobił i się żali ciągle do mojego męża. Chyba chce go urobić i wziąć na litość. Co on myśli? Że wyskoczymy po tym wszystkim co przeszliśmy z pieniędzy? Jak Faustynka się urodziła i się okazało  że ma alergię pokarmową i musimy kupować specjalne, dwa razy droższe mleko, a krucho z kasą wtedy było, to teść  - rodzony ojciec mojego męża powiedział, że go to nic nie obchodzi, TAKIE  JEST  ŻYCIE i pieniądze na rachunki i tak musimy mu dać! Obcy by miał więcej empatii w takiej sytuacji i by poczekał na kasę kilka dni-tygodni.  Skoro przy rachunkach jesteśmy, to pragnę nadmienić, że gdy u nich mieszkaliśmy, od nas rządali  już za sam prąd 350 zł, mimo że tylko tam spaliśmy, bo żyć się w ciągu dnia z nimi nie dało, a  teraz co mieszkamy na swoim i mamy do dyspozycji całe mieszkanie, a nie 8m^2, płacimy za prąd 70 zł. To jest 5 razy mniej! 


Oby babcia wypoczęła w szpitalu, bo do nas jej puścić nie chcą. A Faustynka się pyta o nią i nawet kilka  dni temu wymyśliła, że sama po nią pojedzie do starego domu i da Eli (matce mojego męża) swojego misia, żeby babcię (prababcię) do nas puściła. 



Z naszych spraw bieżących:
Narazie  jestem przerażona zachowaniem Maciusia przy terapeucie. Dziewczyna młoda, sympatyczna i energiczna, ale dała sobie wejść na głowę. Młody nawet przy nas się tak nie zachowuje, więc jesteśmy w szoku.


Czy wypuszczanie dzieci w wieku przedszkolnym na plac zabaw, gdy na dworze temperatura w cieniu przekracza 30°C to nie przegięcie? Faustynki nie puszczam do przedszkola z powodu tych upałów i jej bladej, skłonnej do oparzeń słonecznych skóry. Ona nie powinna w ogóle na słońcu przebywać. Panie przedszkolanki są chyba niepoważne, skoro wypuszczają rozszalałe dzieci na podwórko o 14 godzinie. Ostatnio Młoda oparzyła sobie pupę o rozgrzaną huśtawkę!



Dopisane o 9:

Babcia długo nie odpoczęła. Okazało się że to tylko stłuczenie i może jechać do domu. O 7:30 teść zadzwonił do mojego męża z tekstem: "Jedź po babkę". Niereformowalni ludzie. No jak? Przecież mąż jest w pracy. Nie wyjdzie sobie tak ot. I znowu mu tłumaczy. I pyta się: "To przecież miałeś je do szkoły odwozić, to już przecież jedziesz, to po babkę podjedź". No to on jeszcze nie jedzie.  Pewnie młodych nikt nie obudził i się nie wybrały :P

Boże, co za ludzie...


środa, 27 marca 2019

Kruca Fiks! Śnieg!

A to nam pogoda spłatała figla - w nocy zaczął padać śnieg i całkiem go do rana sporo przybyło, więc znów wyjęliśmy zimowe kurtki, czapki i szaliki. Za to teraz wyszło piękne słońce i roztapia białą, śniegową pierzynkę. Od jutra planowana znowu wiosna. Jak będzie? Zobaczymy ;)

Chwilę mnie nie było. Jakoś się nie mogłam zebrać do pisania. Maciuś chorował. W ogóle wszyscy tacy zasmarkani chodzimy, że masakra. 

Jakiś czas temu mąż przywiózł mi mojego orbitreka, który został u teściów, więc czasami sobie na niego wskoczę. Już tak długo nie widziałam teściowej - tak mi z tym faktem dobrze, że pojęcia nie macie. Męża też nie ciągnie w rodzinne strony i to mnie bardzo cieszy. Jedzie jak już musi. W końcu jeszcze parę rzeczy tam zostało, chociażby rowery dzieciaków. Teściowa oczywiście kochającą babcię udaje i pyta: "Jak tam moja Faustynka?" <rzyg> 
Którymś razem gdy mąż już stamtąd wychodził, to wypaliła na "do widzenia" do niego tekstem: "Pocałuj mnie", a on na to: "A w dupie cię mam!".
Współczuję bardzo dziewczynom, które mają podobne relacje z teściowymi, ale mąż jest wewnętrznie rozdarty, bo chciałby żeby i tu i tu było dobrze i próbuje to wszystko kleić i nalega na rodzinne spotkania i chce wszystkich pogodzić, jeździć z rodziną do rodziców na święta i udawać, że wszystko jest ok.  No niestety nie zawsze się tak da. A ja jestem w mega dobrej sytuacji, bo mój mąż nie czuje z matką żadnego powiązania. Z resztą przecież ją zna, nigdy nie była dla niego matką, więc czego ona teraz oczekuje? Na pewno jest na mnie gadania: "Bo to ta Ruda Suka mu zabrania", "To wszystko przez te kurwę", "Ona go nabuntowała"... itd. Ale wisi mi to, ja znam prawdę, a teściowa niech sobie tłumaczy jak i czym chce swoją wredność. Innym razem  jak mąż też był u nich coś przewieźć, to akurat im się pralka zepsuła i on się wtedy zaśmiał "Pewnie Ruda zepsuła" i matka z babką się tak popatrzyły na niego zmieszane. Co one sobie myślą? Że my to wszystko puścimy w niepamięć? I nagle będziemy udawać rodzinę? Ooo, co to to nie. 

Tam w ogóle był przez dwa miesiące straszny konflikt między teściami, a babką. Wtedy co teść od nas sępił kasę na prawko dla Agniesi. Jeszcze tak długo się babka nie utrzymała. I tak oczywiście było, że myśmy ją nabuntowali, a przecież ostatnio ją w listopadzie widzieliśmy.  W końcu uległa i dała im te dziewięć stówek, bo w końcu ile można nie mieć wstępu do kuchni. A ile się napłakała i nagadała na swoją córkę "Ta blada kurwa.../Tyle tej bladej kurwie poświęciłam, a ona tak mi dziękuje...", itp. itd. No i hu* z tego. Znowu jest jak było. Babka usługuje królewnie jak zawsze i z kasy nadal wyskakuje.
Szkoda mi babci, ale co mogę zrobić? Chciałam, żeby mąż ją do nas na jakiś czas przywiózł, bo gdy ją widział w jakim jest stanie i mi to opowiadał, to mi serce pękało, ale on sam mi wytłumaczył, że gdy tam jest konflikt, to on się nie chce mieszać, bo i tak jest ciągle na nas gadane, że babkę "buntujemy". A ona przecież też nie była fair w stosunku do nas. Ile się nie raz napyskowała jak ją córeczka ponastawiała? Pierwsza była do wypier*****ia  nas z domu. Nawet jeśli się nawróciła, to niesmak pozostaje. 

W ubiegłym tygodniu odwiedziłam mojego ginekologa. Wyniki badań przebiły moje najśmielsze oczekiwania. Poziom hormonów w normie jak nigdy. Endometrioza uśpiona. I wyjaśniła się przyczyna w miarę bezproblemowej utraty wagi. Przecież ja się od 5ciu lat odchudzam. Dieta "mniej żreć" nie jest już od dawna u mnie dietą, a stylem życia. I w końcu! Najbardziej mnie cieszy, że te 10 kg mniej, udaje mi się bez problemów utrzymywać. Jednak są też minusy. Ostatnio gdy mierzyłam sukienki, musiałam się pozbyć aż trzech sztuk, bo były zwyczajnie za duże. Własnym oczom uwierzyć nie mogłam. Pod jakim kątem nie spojrzałam to w ramionach sterczały, a na brzuchu wisiały jak wór po ziemniakach. Nie żebym się nie cieszyła, ale w styczniu jeszcze pasowały i myślałam, że na wiosnę będą jak znalazł, a tu zonk. Cierpię na deficyt ubrań, szczególnie bluzeczek i sukienek, bo spodni sobie już nakupiłam. 

USG piersi w jak najlepszym porządku, podobnie jak cytologia, więc tylko się cieszyć.
Zaniepokoiła mnie jednak obecna miesiączka. Brzuch pobolewał już od środy, bolesność piersi to u mnie norma w ostatnim tygodniu cyklu, więc spoko, ale biegunki towarzyszą mojemu ostatniemu PMSowi, co jest bardzo uciążliwe. Miesiączka pojawiła się wczoraj. Tak obfita już dawno nie była. Ostatnio przed leczeniem farmakologicznym endometriozy, czyli jakieś 3 lata temu. Wczoraj już po godzinie miałam "przeciekniętą" podpaskę i to tak, że spodnie miałam zakrwawione do połowy ud i znowu te dreszcze z zimna i musiałam położyć się do łóżka, bo myślałam, że zamarznę, a do tego potworne bóle stawów. I to wszystko już akurat po wizycie u ginekologa. Wygląda na to, że muszę się umówić do niego jeszcze raz, co ostatnio jest mega wyczynem, bo moją ostatnią wizytę przekładał kilkukrotnie, gdyż a to miał urlop, a to niby aparat USG był zepsuty. 


Faustynka w ostatni weekend świętowała urodzinki.
Moja Kruszyna skończyła 5 latek! 
Boże, jak ten czas leci...
Moja Mała Księżniczka. Jest już taka samodzielna. 

Czekamy na wywiad w sprawie usług opiekuńczych dla Maciusia. Ciągnie się to i ciągnie. Te wszystkie formalności, ta cała biurokracja. No nic. Jak trzeba czekać, to trzeba. Ciekawe ile godzin tygodniowo mu przyznadzą i ile będziemy musieli za to zapłacić. Swoją drogą, to nie jest do końca fair, bo niby miało być bezpłatnie, a teraz się okazuje, że jest jakiś przelicznik, że w zależności od zarobków trzeba coś dopłacać do każdej godziny. Pani doktor na zaświadczeniu wpisała 15 godzin tygodniowo, więc w skali miesiąca się uzbiera trochę, no ale czego się nie robi dla dziecka :*
Mam nadzieję, że będzie do nas przychodziła sympatyczna Pani, która pokocha Maciusia i będzie chciała mu pomóc. To wspaniały chłopiec, który zasługuje na to. 

Wiecie co? Maciuś zafiksował się na kalkulator. Namiętnie uczy się go... na pamięć. 
Kąpiele wreszcie stały się przyjemnością, a nie męką. Oczywiście pod warunkiem, że nie myjemy głowy, bo z tym ciągle mamy mega problem. Włosy próbujemy obcinać mu "na żywca". Dawniej jakoś się udawało podczas snu mu obcinać, a od dłuższego czasu się budzi przy każdej próbie. W ogóle od przeprowadzki ma mega lekki sen. Budzi się w nocy strasznie często. Ja chodzę jak zombi. Mam wrażenie, że w nocy nic tylko kursuję między pokojami odprowadzając go do jego łóżka i tak w kółko po kilkanaście razy. Cierpię, bo nie potrafię spać w dzień. Teraz mam oczy jak ping-pongi.
A wracając do włosów. Obcinamy go maszynką do strzyżenia, wcześniej obwinąwszy go ciasno wilgotnym ręcznikiem, a drugi mały trzymam mu na oczach. Bo jak się okazało najbardziej bolesne w obcinaniu włosów było opadanie kłaczków, dla Maciusia ostrych jak igiełki, na skórę i to sprawiało ten ból nie do wytrzymania. Teraz buczy, próbuje uciekać, ale bez porównania do tego co było kiedyś - teraz to niebo. Małymi kroczkami idziemy powolutku naprzód.
Paznokcie to wciąż tragedia, ale spokojnie i do tego w końcu dojdziemy. Jestem dobrej myśli. 


Zbliżają się moje 31 urodziny.


Dobrze mi :)

piątek, 6 października 2017

Karma?

Już pisałam, że mąż dał ojcu naszą betoniarkę. Miało być zamiast kasy na rachunki, ale za parę dni kasę też dał. Z babką i matką nie rozmawiał. Damy wielce obrażone niewiadomo dlaczego. Przecież osiągnęły swój cel. Ja się nie awanturowałam ani nie wtrącałam, w ogóle w kłótniach nie brałam udziału, żeby mnie nie obsmarowały na całe miasto że do nich pyskuję. Wolę się nie wtrącać, bo to gówno daje, a ja tylko sobie nerwy niepotrzebnie szargam, a one zadowolone. A to oscentacyjne wychodzenie babki z kuchni gdy ja wchodziłam, to mnie rozwaliło.

I co? "I przyszła koza do woza". Babka tydzień po awanturze  zaczęła za moim mężem łazić, żeby jej ratę opłacił  za lodówkę i kuchenkę, bo jak da stówkę zięciowi (mojemu teściowi) to on kasę przepierdoli na głupoty, a raty nie zapłaci. Chciała dać mojemu mężowi tą kasę na zapłacenie raty, ale on powiedział że nie, bo potem mu wypomina,  że mu daje stówkę co miesiąc. A babka: "No bo Ci daje".  Mąż wkurzony: "To przecież mi nie dajesz tylko na Twoją własną ratę dajesz, a nie mi na moje zachcianki, to co mi potem wypominasz, jak ja tego sobie nie biorę tylko Tobie płacę" i poszedł. Babka za nim łaziła i ględziła, to wziął kasę żeby jej zapłacić <no głupi>. A babka będzie gadać że nam kasy nawaliła.

I co jeszcze? Ostatniej nocy trzeba było do babki karetkę wzywać, bo bólu w mostku dostała. Jej jedyna córusia najdroższa, oczko w głowie uciekła do sypialni i się kołdrą nakryła - powiedziała, że nie będzie dzwonić na pogotowie, bo słabuje. Mój mąż ją opierdzielił. Powiedział że jakby się na górze co stało (w sensie mi) , to by też spierdoliła zamiast ratować. Jak mi to powiedział, to się tylko zaśmiałam - co on się dopiero teraz zorientował? Jak Faustynkę miałam rodzić, tzn termin się zbliżał, to mi teściowa powiedziała, żebym, już do szpitala pojechała, bo jak zacznę w domu rodzić, to ona mnie nie zawiezie i żebym Maciusia  koniecznie zabrała ze sobą, bo one sobie z nim nie dadzą rady (jeszcze nie miał diagnozy, nie wiedziała, że jest chory, a już go odrzucała i oglądać nie chciała). Ja się wtedy zapytałam: "To we cztery sobie nie poradzicie (stara, babka, Aga i Claudia, a jeszcze mój mąż i teść)? Miałam dość. Nie wiedziałam co z synem robić. Ciągnąć go na porodówkę, czy ki ch**? Ile było innych akcji jak miałam 40 stopni gorączki i nikogo do pomocy? A jak miałam 41 i mnie babka przyszła opierdolić, że obiadu dzieciom nie gotuję, jak powiedziałam ile mam gorączki, to uciekła, aż się kurzyło, żeby się nie zarazić, a ja leżałam niemal nieprzytomna, dzieci skakały mi po łbie. Ile razy mi się w głowie zakręciło i pierdykłam i ani nikt nie wie. Raz na dole w korytarzu pod drzwiami Claudii. Babka z kuchni ani nie wyjżała, tak samo Claudia. Ocknęłam się, podniosłam,  porozglądałam i poszłam po schodach na górę do dzieci.

Ten mój mąż jest strasznie naiwny skoro jeszcze myślał, że jego mamusia, by mi w czymkolwiek pomogła.

W końcu teść po karetkę zadzwonił - przyjechali ratownicy z pania doktor, zawału nie stwierdzili, ale babkę na obserwację zabrali. Moja teściowa miała czelność pobiec za lekarką i prosić, żeby jej Lorafen i Relanium przepisał, bo ona słabuje, a lekarka przepisała uzależnionej  wariatce  leki nie wiedząc że robi jej krzywdę. Z babką nikt nie pojechał. Rano zadzwoniła do mojego męża, żeby po nią przyjechał, bo już ją ze szpitala wygraniaja. Co? Córcia ma wyłączony telefon i śpi w najlepsze? Do obcego trzeba było dzwonić? Mąż był już w pracy, więc nie mógł jej odebrać. Powiedział jej, że stary wziął urlop, to pewnie po nią pojedzie.

Ja odwiozłam syna na terapię i nie wracam z córką do domu. Nie chcę brać udziału w tej parodii. Koczujemy w aucie.

A jeszcze Aguśka do szkoły nie poszła, bo jak babka w szpitalu to jej nie miał kto obudzić.

piątek, 22 września 2017

Zdołowana jak diabli

Co za pech z tą chatą. Gdyby pierwsi kupcy dostali kredyt, to my bylibyśmy właśnie w trakcie wyboru,  a może nawet kupna mieszkania. A tak musimy się nadal użerać z tymi wariatami.

Wczoraj w nocy znowu była zaje***ta wojna o kasę. Zaczęło się od tekstu z ust mojego teścia: "Masz ostatni dzień żeby mi przywieźć betoniarkę!"- że to niby miała być prośba o pożycznie  naszej betoniarki. Pochlali się z moim mężem... Ja pierdziele! Przysypiałam i się rozbudziłam roztrzęsiona. Ciągle mnie jeszcze ściska w żołądku i w gardle. Mam dziś biegunki, pewnie nerwowe, albo leki hormonalne przestają działać - obstawiam to pierwsze. Mam dość!

To taka była awantura o pieniądze, takie wypominanie... Jeszcze nie widziałam  swojego męża tak wkur***nego. Teść chciał znowu kasę na rachunki, dlatego chciał przywłaszczyć sobie najpierw naszą betoniarkę, bo wie że jak zawoła najpierw kasę to betoniarki nie dostanie, a jak odwrotnie to kasę wysępi.

A babka jak dopingowała i wtórowała w tym wszystkim. Tak... Ta babka, którą opiekowaliśmy w szpitalu, której we wszystkim pomagaliśmy. Ona najwięcej darła ryja żebyśmy się wnieśli, bo jesteśmy obcy. Już nie chcę przytaczac  wszystkich niecenzuralnych słów jakie padły.

Teść nie miał co wypomnieć, to wypomniał że komputer mojemu mężowi w gimnazjum kupił (za pieniądze ciotki, które mojemu mężowi przysłała na jakieś urodziny tak apropos). Mąż mu dopierdzielił prawdą, której oczywiście nikt nie pamięta, to stary że na studiach laptopa kupił, a mój mąż go wyśmiał bo przecież dał mu kasę ze swojego studenckiego stypendium. Za to mój mąż im pięknie nawyliczał, to niemal do rękoczynów tam doszło, bo tego to oczywiście nie pamiętają.

Tak w ogóle to by się przydało podliczyć ile od nas dostali. Ja sobie to policzę później, bo coś mi sie wydaje, że w chu* i jeszcze trochę.

Miałam nadzieję, że jak już teść kazał się wynosić, to namówię męża na wynajem. A gdzie! Dał ojcu stówkę...

Ciekawe na ile dni będzie spokój - 2-3?

poniedziałek, 11 września 2017

Rzyg.

Chcę sprzedać SWÓJ skuter który kupiłam po maturze (3 lata przed ślubem). Mam kupca - dziś ma przyjechać oglądać. A co mój teść do mojego męża powiedział? Żebyśmy nie sprzedawali, bo się może jeszcze komu przyda (w domyśle pewnie Agnieszce albo by sam po piwo do sklepu jeździł), a tu może przecież stać w garażu, bo nie przeszkadza. No pewnie że nie przeszkadza, bo ponad 1000 zł drogą nie chodzi. Mąż do niego powiedział, że to musi gadać ze mną. Jak da 1500 zł to zostawimy, a że jest kupiec to nie będziemy na gruszki na wierzbie czekać.

Co on chce od mojego skutera?! Moimi rzeczami teść się już rządzi?

A co teściowa nawyprawiała w sprawie wesela. Kuzynka mojego męża wychodzi za mąż. Dwa miesiące temu przyjechali z zaproszeniami i prosili o potwierdzenie do połowy sierpnia. Początkowo mieliśmy ochotę z mężem iść, jednak biorąc pod uwagę zachowanie naszego autystycznego syna, to nie miałoby sensu. Odmówiliśmy więc. Za to moja teściowa, która nie wychodzi przecież z domu żeby jej nie zawiało, zadzwoniła do przyszłej panny młodej i zgłosiła 7 osób! Wiadomo że tyle nie pójdzie, z resztą biorąc pod uwagę jej zryty łeb, ona sama nie pójdzie. Zgłosiła siebie z mężem, babcię, Agnieszkę z chłopakiem i Claudię z kuzynem. Tydzień później próbowali nas wkręcić zamiast siebie, bo my, jak to powiedzieli "mamy pieniądze, a oni nie", bo wyciągnęli od babki ponad 1000 zł na remont klatki schodowej i babka powiedziała, że więcej kasy nie da, bo nie ma i na wesele też nie pójdzie, bo każdy by szedł, ale jak ona zasponsoruje. Padła nawet idea, że nam z dziećmi zostaną... Hahaha... Się uśmiałam! Pojęcia nie mają co oznacza pilnowanie autysty! Myślą pewnie, że mu relanium podadzą i będzie siedział śnięty do wieczora - otóż nie podadzą mu nic, boon nic z leków nie przyjmie! Syropu na gardło nie wypije, antybiotyku w zawiesinie, tabletkach... Nic nic nic. Nawet jak mu coś siłą wleją do gardła (wiem że się to nie uda) to on to zwróci celowo ze strachu. Tak działa jego instynkt samozachowawczy. Mąż powiedział, że dzieci z nimi nie zostawi (i to na pół doby), bo by nie przeżyły i powiedział, że trzeba było tylu ludzi nie zgłaszać i niech jak najszybciej dzwonią i odwołują, bo młodzi zapłacą za nich w lokalu ponad tysiąca! Teściowa powiedziała że dzwonić nie będzie i się obraziła. Wesele odbędzie się w najbliższą sobotę, a teściowie wciąż nie odwołali. Teściowa wymyśliła że uda chorobę i zadzwoni w piątek dzień przed weselem, że nie przyjdą bo ona jest w szpitalu! Wariatka!

piątek, 18 sierpnia 2017

Czyżby za 2 miesiące miało byćpo wszystkim?

Młode małżeństwo z dzieckiem chce kupić nasz dom. Muszą tylko wziąć kredyt. Twierdzą że są zdecydowani. Wygląda to całkiem dobrze. Może za miesiąc będziemy mieli pieniążki na koncie i co za tym idzie - możliwości. Z tego co się orientuję to na kredyt czeka się 6 tygodni, ale to pewnie zależy od banku. Dołożymy swoje oszczędności i kupimy może 3-pokojowe mieszkanie. Tylko że to nie wcześniej niż w październiku. Tfu tfu... Jak się będę nastawiać, to za chwile znów wszystko szlag trafi i np. okaże się że nie dostaną kredytu.

Na teściów już patrzeć nie mogę. Ta ich obłuda, ta chytrość i zaborczość.

Teść chce 1000 zł na rachunki oprócz oczywiście betoniarki, taczki i wszystkich narzędzi z naszej budowy.

Zaznaczam że on o nic nie prosi tylko rząda. W ogóle to szantażuje. Gdyby to ode mnie zależało to na ten najbliższy miesiąc bym wynajęła kawalerkę.

Maciuś 7.08. rozpoczął nowy rok w przedszkolu po miesięcznej przerwie wakacyjnej. Było bardzo źle, a nawet gorzej. Płacz i zgrzytanie zębów, krzyk, ryk i wymioty. Dopiero wczoraj obyło się bez płaczu i scen, ale za to Faustynka potknęła się i otarła kolanko. Nawet krwi nie było, ale dama się przejęła jakby jej conajmniej nogę urwało i do wieczora wisiała na mnie. Dziś zostaliśmy w domu, bo wczoraj tak dostałam w dupę przy upale z Małą cały czas na rękach lub jednej ręce, bo w drugiej prowadziłam wyrywającego się i szarpiącego Maciusia. Syn przyprawia mnie o zawał szczególnie na przejściach dla pieszych, bo nie rozumie że trzeba poczekać. Po wczorajszym dniu miałam dość i dziś zostaliśmy w domu bo upał jeszcze większy.

piątek, 11 sierpnia 2017

Śmiać się czy płakać?

Teść nie daje za wygraną. Kolejny dzień domaga się naszej betoniarki, ale to nie wszystko. Co jeszcze uknuli z moją teściową? Teść przyszedł po pieniądze na rachunki. Mój mąż się go pyta jakie rachunki, miał brać betoniarkę. Teść że betoniarkę i taczki też, ale rachunki są dwa razy większe w tym miesiącu i musimy dać 400 zł za wodę. Mąż mu napukał do łba i mówi żeby się zdecydował. Betoniarka albo rachunki, a teść mówi że i tak musimy rachunki zapłacić NA PÓŁ ROKU DO PRZODU! Mój mąż się wkurzył i się pyta: "Co Ty sobie wyobrażasz?!" I się postawił, że mowy nie ma na coś takiego i kazał ojcu wybrać. Bo betoniarka 700 zł, taczki 150, za obecny rachunek za wodę chcą 400 zł. To już jest 1250 zł - wynajęlibyśmy za to mieszkanie na miesiąc, choćby kawalerkę na wrzesień. Jak mi mąż to opowiedział co ojciec sobie zażyczył, to płakałam, błagałam go żebyśmy na miesiąc wynajęli, bo to się na tym nie skończy jak sobie jeszcze liczą kasę w przód jak nas nie będzie. Mąż mówi że nic ojcu nie da, bo to "sku*****n". Że jak tak się rządzi naszymi pieniędzmi, to nic nie dostanie i argumentował wydarzeniami z przeszłości: że takie wielkie dziadki, a wnukom nic nigdy na urodziny nie kupiły, święta, chrzciny, nawet czekolady, na kolana wnuków nigdy nie wzięły. Jak młodego ochrzciliśmy i imprezę wydaliśmy (stara tylko tort upiekła, tzn. babka tak na prawdę, mimo że męża prosiłam, że nie bo będą wypominać i chciałam zamówić, no ale ja przecież nie mam nic do gadania. A racje miałam - stara wypominała jeszcze bardzo długo ten tort, że dała 200 zł na składniki, ale wszystko co z chrzcin zostało to rozkradła, wszystkie nasze szynki, sałatkę, strogonowa, owoce, placki które kupiliśmy, ciastka i tort, który zrobiła, wsadziła do sypialni - tort się zepsuł na cieple. Dzień po chrzcinach jechaliśmy na zakupy, bo nic do jedzenia nie zostało) wszystko kupiliśmy i przygotowaliśmy sami, a ona potrafiła tak jeszcze ponabierać, bo ona ma dzieci. Argumentów jest dużo bo po pieniądze regularnie przychodzą i pomoc mieli przez cały czas we wszystkim. Moim zdaniem wstydu nie mają! Jeszcze nam nie oddali 3 tys za piec centralny, ani pieniędzy za tamten samochód. A ile było drobnych pożyczek po 50, 100, 200 zł. Nitk nigdy tego nie oddał, tylko zawsze łapę po wszystko wyciągali.

Teraz mąż twierdzi że we wrześniu się przeprowadzimy. Jasne... Może w sierpniu? Przecież jesze nie sprzedaliśmy naszego domu.

środa, 9 sierpnia 2017

Ile udało mi się zrealizować z postanowień na rok 2017?

Końcem 2016 roku postanowiłam sobie zrealizować 3 punkty w nowym roku:

1) Zdać egzamin na prawo jazdy.

2) Schudnąć 6 kg.

3) Kupić mieszkanie.



Co z tego wyszło? Ile udało mi się do tej pory zrealizować?

Mam prawo jazdy - egzamin zdałam już za pierwszym razem na początku lutego 2017. Czy schudłam? Jeszcze nie 6, ale już 5 kg, więc do końca roku powinnam spokojnie zdążyć. Zaznaczam, że z moimi zaburzeniami hormonalnymi odchudzanie nie jest łatwe, więc i tak jestem z siebie bardzo dumna. Katuję się ćwiczeniami od początku kwietnia i staram się zdrowo odżywiać, czyli dokładnie piąty miesiąc trwa moje odchudzanie. Najważniejsze że obwody się zmniejszają.

Mieszkanie... znowu ruszyło coś do przodu, ale boje się cokolwiek pisać, żeby nie zapeszyć. Mąż twierdz, że w październiku się przeprowadzimy. Nie rozumiem tylko po co się rodzicom opowiada i ze wszystkiego spowiada. Trąbił o kupowaniu mieszkania, teraz o sprzedawaniu naszego domu, którego budowa jest nie zakończona, to teściowie się zaczęli dopierdzielać do pieniędzy. Od kilku dni byli do rany przyłóż. Jak się nie odzywałyśmy i nie schodziłam na dół prawie 3 tygodnie, tak nagle z dnia na dzień babka i teściowa zaczęły się podlizywać i normalnie rozmawiać. Od razu czuć w powietrzu podstęp. I co się okazało? Przestraszyły się - kto będzie Agniesię do szkoły woził? Od września zaczyna szkołę średnią 16 km od domu i było gadane, że ja mam po drodze to ją będę codziennie odwozić. Już postanowione, zaklepane. Nikt się nawet nie zapytał.

[Nie wiadomo co jeszcze z tą szkołą wyjdzie, bo składała do trzech i się nigdzie nie dostała z uwagi na bardzo słabo zdany egzamin gimnazjalny, to tatuś załatwiał Ekonomik, bo tam jakieś znajomości były i ją wepchnęli do technikum. Jednak Aga stwierdziła, że sobie nie poradzi z przedmiotów zawodowych, to ją tatuś przerobił na liceum. A teraz jest problem, bo jak się Ruda wyprowadzi to kto Agniesię zawiezie? Myślą o przepisaniu jej do liceum w tutejszej miejscowości 2 km od domu z nadzieją, że pójdzie na nogach. Do gimnazjum miała tą samą drogę i nie chodziła, to i teraz ją trzeba będzie wozić i teściowa na pewno rano nie wstanie żeby to robić, tylko teść będzie się musiał do pracy spóźniać].

Co jeszcze? Teść się dopierdzielił do naszej betoniarki. NASZEJ. Kupionej za nasze pieniądze. Bo on chce sobie wziąć tą betoniarkę. Mamy mu dać i już. I wczoraj już się zaczynały awantury o tą betoniarkę. Teraz tylko czekać kiedy powiedzą, że jak sprzedamy dom to chcą 50% kasy. Dlaczego? Bo tak! Bo im się wszystko należy.

Po co mąż im wszystko mówi? Siedziałby cicho, dopóki by się sami nie domyślili. Sprzedalibyśmy w spokoju i się szybko wynieśli. A tak to nas czeka miesiąc albo dłużej bojów o wszystko. Będzie znowu wyliczanka w rodzaju: "Ja ci łyżki dałam" (no normalnie jedna łyżka 15 tysięcy kosztuje, a właściwie jej wypożyczenie? Bo przecież ja tu nic nikomu nie zabieram). Teściowa już tak nie raz wyliczała, a najśmieszniejsze, że wyliczała  rzeczy, które kupowaliśmy sobie sami za swoje pieniądze. Przecież meble w naszym pokoju są nasze, ale jej się wydaje, że jej. Telewizor NASZ już dawno temu przydzieliła, że będzie miała Claudusia. Jak sobie pomyślę, że w końcu będę miała to swoje mieszkanie, to właściwie spływa to ich gadanie po mnie. Przeraża mnie jednak, że mąż im da betoniarkę i jeszcze pieniądze. Tyle było różnych wojen, mąż się stawiał, ale koniec końców im dał - czy to pieniądze, czy nasz samochód. A... i jeszcze samochód, tym razem się doczepili do naszego aktualnego samochodu. Bo jak się wyprowadzimy, to mamy teściowej samochód zostawić, no bo wg niej nam nie będzie potrzebny samochód w większym mieście. Boję się, że dla świętego spokoju im odda samochód, betoniarkę i pieniądze. Nie ufam mu już. Po prostu mu nie ufam. Pokłóciliśmy się nawet o to wczoraj. Tak to się nie kłócimy. Spięcia zdarzają się tylko i wyłącznie przez jego rodziców. Czy on tego nie widzi, że ci ludzie nam małżeństwo niszczą?

środa, 21 czerwca 2017

O szczycie bezczelności już pisałam...

Teść znowu skacze o kasę na rachunki i przedstawia mojemu mężowi świstki że prąd jest niepłacony od stycznia i że musimy już dać teraz kasę, bo prąd zostanie odcięty. Hola, hola... Jakto niepłacone? Przecież dajemy teściom kasę na rachunki. To co oni z tymi pieniędzmi zrobili? Przyłażą do nas po pieniądze a potem je przesrywają na pierdoły zamiast rachunki zapłacić? To może jeszcze mamy zapłacić za całe pół roku za które już regularnie płaciliśmy? Jak się potem okazało to wojował o pieniądze bo potrzebował 200 zł na fryzjera dla Claudusi bo się chciała na blond strzelić i jej kupił farbę ale jej nie wyszło bo 2 tygodnie wcześniej farbnęła się na czarno i tym rozjaśniaczem co z tatusiem kupiła rozjaśnił jej się odrost na biało, dalej trochę na żółto a reszta w ciepłym brązie. Farbę nałożyła nierównomiernie i strasznie jej to źle wyszło. Żeby poratować sytuacje umówili ją do fryzjera, ale babka nie chciała dać im kasy, to stary wojował że jak on da to nie będą jadły przez miesiąc, bo on nic nie kupi, więc stara zarządziła, że my mamy dać. Koniec końców, babka dała te 2 stówy i stary zawiózł Claudie do fryzjera i ma teraz blond.

A jaka była wojna o to że się Claudia sama pofarbowała na blond (teściowa nienawidzi blondynek). Oczywiście to MOJA WINA! Bo ja ponoć daję zły przykład.

Po 1. Ja nie farbuję się na blond. Od prawie 3 lat jestem ruda (różne odcienie rudości i czerwieni). Wcześniej przez 3-4 lata miałam na głowie ciemne brązy, od czasu do czasu kasztan (zawsze kolory zmywalne, bo nie chciałam mieć widocznego odrostu i nie chciałam niszczyć włosów).

Po 2. Stary jej kupił farbę a nie ja.

Po 3. Ja jej tego na głowę nie nałożyłam. Gdzie była matka? Powinna pojechać z nią do sklepu coś doradzić i pomóc przy farbowaniu, a nie do mnie ma pretensje.

Po 4. Ja w jej wieku się nie farbowałam! Ona ma dopiero 15 lat! Ja eksperymenty z pasemkami robiłam na STUDNIÓWKĘ a nie w gimnazjum i to szamponami koloryzującymi a nie stałymi farbami i mój mąż to mamusi powiedział. I to że ja mam prawie 30 lat a nie 15 i co ona w ogóle się mnie czepia. Później w obecności mojego męża zwróciła się do Claudii - "Widzisz co z włosami narobiłaś? Teraz masz takie sztuczne jak Faustynka". Już się małpa nie miała czego chycić, to się naszego dziecka czepiła. Mąż powinien powiedzieć żeby tylko trwałej ondulacji nie robiła, bo jej kłaki wylezą jak mamusi i też będzie wszystkich obwiniać że jej wylazły. Wrrr... Co ona chce od naszej małej w ogóle. Pani fryzjerka, do której z córą chodzimy zawsze bardzo chwali jej włosy. A innym razem coś jeszcze gadała, bą mój mąż się Claudii zapytał czemu akurat blond, bo na blond (wg niego) pustaki lekkich obyczajów się robią. A stara wyskoczyła -"Kurwy to są rude!" A moj mąż -"No właśnie nie, bo rude nie każdemu pasują, a blond się każdemu podoba".

środa, 19 kwietnia 2017

Szczyt bezczelności

Tytuł niestety nie wskazuje na dowcip:
"Szczyt bezczelności:
Zapytać się powodzianina:
- Jak się panu powodzi? Czy się panu nie przelewa?"

Jako, że jest to mój blog mogę tutaj pisać co chcę, bez względu na to czy komuś się to podoba czy nie. Czytając niektóre komentarze starałam się pisać mniej. Niektórzy twierdzili, że tylko narzekam - ale przecież do tego mam bloga. "Miłość, małżeństwo, macierzyństwo" - nie zawsze jest różowo, nie zawsze jest jak w bajce. Bajka kończy się słowami "I żyli długo i szczęśliwie". Ktoś kiedyś powiedział, że nie bez powodu bajki dla dzieci kończą się w momencie pobrania się bohaterów.

Mój blog miał się tak właśnie skończyć w 2010 roku, kiedy to wyszłam za mąż. Po około roku nieudzielania  się na nim, zaczęłam znowu pisać. Pisałam o krzywdzie jaką wyrządzili mi rodzice. W opisach i tak byłam bardzo powściągliwa i grzeczna. A temat teściów przemilczałam, wydawało mi się, że w końcu mam normalny dom, prawdziwą rodzinę. Byłam w błędzie. Teściowa na początku tylko udawała. Gdybym wiedziała jaka jest naprawdę, nigdy bym się tu nie przeprowadziła. Gdy zaczęła robić mi na złość patrzyłam przez palce. Wydawało mi się, że muszę być wdzięczna, że dali mi dach nad głową. Pomagałam dosłownie we wszystkim. Ja byłam całkiem inaczej wychowana niż rodzina męża. Będąc w pierwszej ciąży, gdy widziałam, że babcia niesie na dwór ciężkie pranie w wielkiej misce, wyrywałam jej tą miskę i ja niosłam, bo dla mnie było nie do pomyślenia żeby starsza kobieta dźwigała. To jest tylko pojedynczy przykład. Każdego kolejnego dnia przecierałam oczy ze zdziwienia. A teraz już wiem, że moja teściowa NIC nie robi tylko leży i dyryguje, co ma robić służba.

W miarę im bardziej teściowa robiła mi na złość im bardziej mnie oczerniała i obmawiała, tym moja wdzięczność powoli wygasała i potrzebowałam się wygadać. Zaczęłam się żalić na blogu, ale robię to anonimowo, więc krzywdy teściowej tym nie wyrządzam. Jak już kiedyś pisałam - imiona są zmienione.

Piszę bloga żeby pamiętać, żeby nie zapomnieć. Jestem naiwną, bardzo emocjonalną i wrażliwą osobą. Wiem, że teściowie będą potrzebować pomocy, ale tak na prawdę. Każdy będzie kiedyś stary i każdy powinien zdawać sobie z tego sprawę wcześniej i tak żyć, żeby nie krzywdzić innych, bo kiedyś może zostać przez nich odrzucony, w momencie gdy będzie potrzebował pomocy. Kiedyś w domu przewijał się temat dochowywania i babcia powiedziała do mojej teściowej "Na taką emeryturę trzeba sobie zapracować przez całe życie". Ma rację. I właśnie w takim momencie, za 15-20 lat, ja chcę przeczytać sobie tego bloga, żeby nie zgłupieć.

To jest mój blog. Piszę na nim pozytywne rzeczy jak i negatywne, bo takie jest moje życie. Piszę o problemach, o radościach. O wzlotach i upadkach. O słabościach. TO JA. TO MOJE ŻYCIE. TAKA JESTEM.

Wracając do tematu:

Wczoraj teść przyszedł do mojego męża i poinformował, go że zbiera kasę na rachunek za wodę i mamy dać 150 zł. I to jest według mnie szczyt bezczelności - kazać płacić za wodę, z której nie można skorzystać. Mój mąż się zapytał o wysokość rachunku - 220 zł. No ale jak to? Powiedział, że może dać stówę, ale przecież wody nie ma, więc za co on pieniądze woła. Pogadali na ten temat. Wieczorem mój mąż ustawił wodę żeby znów się grzała od 4 do 5, żebyśmy mieli rano ciepłą (swoją drogą dzieci już dostają histerii na hasło "mycie rączek" i nie chcą za żadne skarby myć rąk w lodowatej wodzie). Teść stwierdził, że 100 zł to za mało i mamy dać 200. Mój mąż go wyśmiał, ale nie wiem w końcu ile mu da. Ma przelać ojcu na konto, bo potem i tak gadają, że się nie dokładamy: "Pieniądze, jakie pieniądze?", a teściowa twierdzi, że my codziennie bierzemy prysznic. Chyba zacznę codziennie korzystać z prysznica, jak mąż zapłaci 100% rachunku.  Teść jęczy, że nie ma pieniędzy, a dopiero na święta dostali od jednej babki 200 zł i od drugiej 100. A jeszcze zanim to, to miał kasę, żeby teściowej dwa blendery kupić, siedem płaszczy (po co jak ona z domu nie wychodzi?), kilka skrzynek pomarańczy, wory orzechów nerkowca i litry mleka kokosowego (od kiedy zaczęłam ćwiczyć teściowa zaczęła się w ten sposób codziennie odżywiać) i iPhona Claudii. Przewalają całe 2x 500+ na pierdoły i lamentują, że są biedni. Denerwuje mnie to. Babka sypnęła im kasą na święta, zrobiła zakupy, dała na zbędne leki, a w święta teść powiedział, do swojej żonki na jej matkę:
"Niech się ta kurwa zamknie, bo nią drzwi zaraz wypierdolę". Bo babka zaczęła coś gadać, że nie może nawet zjeść kawałka kiełbasy co sama kupiła, bo wszystko chowają, czy zjedli.

poniedziałek, 2 maja 2016

Nie rozumiem teściowych

A mojej w szczególności.

Powinna się cieszyć, że jej syn jest szczęśliwy, że ma ugotowane, posprzątane, wyprane, wyprasowane, że jego żona dba o siebie, że chce ładnie dla niego wyglądać, że dba o dzieci, że są czyściutkie i zadbane, najedzone i przede wszystkim kochane. A tu wszystko na odwrót, cieszyłaby się gdyby to odwrócić o 180 stopni. I dlaczego chce dla syna tak źle? Dlatego, że ona tak ma? A raczej jej mąż? Jak sobie sam nie wypierze to ma niewyprane, jak sobie jajecznicy na obiad sam nie zrobi, to będzie głodny, ubrań nie prasuje to chodzi w zmiętych. Córki - totalna katastrofa. Jedna zniszczona przez matkę doszczętnie, psychika zryta na całego, nie wychodzi w ogóle z domu żeby się nie przeziębić, ostatnio to już nawet z pokoju nie wychodzi, bo mówi że zimno. I skąd to? Od mamusi, bo ta taka sama. Leży w sypialni całymi dniami, a jakby ktoś drzwi do niej uchylił, to się szybko nakryje kołdrą, że tylko oczy widać i się drze żeby zamykać drzwi, bo ona jest zgrzana i ją zawieje. W domu ją zawieje. I siedzą takie dwie matrony, złe na wszystko i wszystkich, wszystko im nie psuje. Obydwie uzależnione od internetu, w szczególności facebooka. Twierdzą zgodnie, że muszą to mieć, bo to ich jedyne okno na świat. Czyja to wina? Nikt ich w domu nie zamknął. Same się zamknęły i nie chcą tego zmienić. Do tego teściowa jest uzależniona od psychotropów i innych leków. Ma stos tabletek na wszelkie możliwe dolegliwości, chociaż sama jest zdrowa i to każdy lekarz potwierdzi. Jest hipochondryczką. Gdy ktoś w domu kichnie ona wybiega zatykając usta szmatą i zamyka się na kilka dni w sypialni. Lekarze wyrzucają ją z gabinetów, nie chcą leków przepisywać. Wiedzą, że nic jej nie jest. W naszym miasteczku stała się pośmiewiskiem. Twierdzi, że ludzie się na nią krzywo patrzą przez nas, bo mamy takie a nie inne stosunki z moimi rodzicami. Nie utrzymujemy kontaktów. Jest to uzasadnione i będzie sprawa w sądzie, bo moi "kochani rodzice" nas pozwali. A druga siostra mojego męża totalne przeciwieństwo w sensie towarzyskim. W ogóle jej w domu nie ma, wraca późnymi wieczorami lub po kilku dniach a ma dopiero 15 lat i to nie zaczęło się wczoraj tylko trwa już kilka lat. Ale co do roboty to wypisz wymaluj mamusia. Herbaty nie potrafi sobie zrobić. Słychać tylko "Babciuuu, babciuuu!" I wszystko babcia robi. Służącą sobie z niej zrobiły i ona musi wszystkie trzy codziennie obsługiwać. Ale i babcia jest dobra na swój sposób. Nadaje na nie strasznie, kłócą się jeszcze gorzej wszystkie. Raz nam się podlizuje, bo wie że nikt inny jak mój mąż jej do lekarza czy szpitala nie zawiezie, a ile się na tamtych nagada przy okazji takiego wyjazdu. Tylko że po powrocie leci do swojej kochanej córeczki i opowiada że niby my gadaliśmy to czy tamto. A innym razem sama startuje jak na przykład w ostatnią sobotę, nastawiona przez swoją córunię. A mój teść? Człowiek dwulicowy. Nie wiadomo po czyjej stronie jest. To nas skacze,po namowach swojej żony. Bez niej by się nie awanturował. Do mojego męża sam obgaduje swoją żonę, mówi jaka jest popieprzona, ale przy niej do niej zwraca się "Niunia" i do nas skacze. Ciągle im mało pieniędzy. Przychodzą po coraz więcej i więcej. Było by ok gdybyśmy im dali kasę i by nas więcej nie obchodziło, a tu jeszcze trzeba być na każde zawołanie i robić wszystko czego oni chcą. Jak raz czegoś po prostu nie możemy, bo np. mamy inne plany to teściowa tylko pyskuje, że ona nie ma rodziny, ze ona też nam nie pomoże, że mamy spierdalać z jej domu i w końcu osiąga to czego chciała. Ale i tak  jej za mało, bo powinnam jej przecież gotować codziennie obiad, zanosić śniadanka do łóżka, sprzątać na błysk kuchnię i jej sypialnię, dzieci trzymać najlepiej z zaklejonymi buziami zamknięte na klucz w naszym pokoju na górze i jeszcze jej dawać 1000 zł miesięcznie, oczywiście przy tym nie zużywać prądu i nie korzystać z wody, no bo jeśli miałabym się jeszcze myć i prać, to jeszcze by trzeba 1000 zł dopłacić. Chociaż i wtedy na pewno by się coś znalazło, np. za słona zupa.

Doszło już do tego, że od kilku miesięcy obiad jem zimny, bo gdy ugotuję i nałożę na talerze, to zamiast jeść gdy mąż i dzieci to ja już zmywam gary, żeby nie dać jej pretekstu do kłótni. Jak wejdę po coś do łazienki umyć ręce i widzę, że jest nachlapane na płytki to zmywam podłogę, żeby nie pyskowała, że ja nalałam wody albo moje dzieci. Myję się już od dwóch lat w misce w pokoju, żeby nie gadała że jej wodę wybieram. Z prysznica korzystam tylko raz w tygodniu, a ona i tak wtedy twierdzi, że jej specjalnie wodę wybieram. I w kuchni wylewa gorącą wodę do zlewu, żeby na mnie poleciała zimna. Ubrania nierzadko piorę w rękach a i tak jest gadane o prąd, mimo, że się im daje pieniądze na rachunki. Jak córka zostaje pod opieką babci mojego męża, to też nie za darmo. Trzeba zaraz przywieźć wszystkim McDonaldsy albo pizze i stos słodyczy, a teściowa i tak stwierdzi, że to za mało, mimo że sama dzieckiem się nie opiekuje i to niejednokrotnie babcia przyznała, że jak mała z nią zostanie, to nikt jej nic nie pomoże, tylko każda w swoim pokoju zamknięta.

Po prostu paranoja to co się w moim życiu dzieje. Chcę być wreszcie szczęśliwa. Jak nie urok, to sraczka. Ja już naprawdę mam tego wszystkiego dość. Mam męża, dzieci. Chciałabym w pełni oddać się mojej rodzinie. Uwielbiam gotować, to moje hobby. Kocham spędzać czas ze swoją córeczką, chciałabym go spędzać jak najwięcej, ale to nie takie proste, bo połowę dnia spędzam z synem na terapiach. Jeszcze te dojazdy nas wykańczają. A po powrocie do domu zamiast się cieszyć i spędzać wspólnie czas w dobrej atmosferze, to zawsze coś, zawsze ktoś nam to zepsuje. Zawsze ktoś nas zdenerwuje.

czwartek, 31 grudnia 2015

Gdyby coś się stało dzieciom...

Wczorajszego dnia nie uniosłam.

Rano, tzn. o 9, bo dla nas rano to 6-7, poszłam z dziećmi na śniadanie, ale że w kuchni śpi Agnieszka z babcią (bo w swoim pokoju się dzidziuś 15letni boi), to się zaczęła wściekać, że ją obudziliśmy. Jeszcze syn zaświecił światło, to się zaczęła drzeć żeby go zabrać. Mówię do niej: "Aga, Ty też będziesz miała kiedyś dzieci". Zrobiłam szybko śniadanie i poszłam z dziećmi na górę. Nawet jak schodzimy po 10 to jej nie pasuje. Zawsze się czepia i pyskuje. Jak mamusia.

Jak po 12 położyłam Faustynkę na drzemkę w pokoju obok i zeszłam na dół po coś z synem, to Agnieszka przyszła i normalnie gadała przez telefon w pokoju w którym śpi dziecko, jak to zobaczyłam, to córkę przełożyłam do wózka w przedpokoju.

Wieczorem mąż piekł pizze w piekarniku i nastawił pranie, to teściowa do mnie z wrednością w głosie "Kiedy skończysz to piec?!" Bo jej trzeba było gniazdko, ale oprócz tego w kuchni jest jeszcze trzy, to czemu akurat to jej potrzebne.  Do Maciusia klęła, bo zgasił w kuchni światło "No kurwa zaświeć!!!" Tylko 2 minuty jeszcze się piekło, a ona i tak jeszcze z 15 minut z gniazdka nie skorzystała. Jeszcze kazała mi suszarkę na ubrania wynieść, bo nie może stać. Ja mówię, że nic na górze już nie ma. I faktycznie, bo powynosiłam już dzień wcześniej krzesła, suszarkę poskładałam, mąż nawet orbitreka wyniósł. Mogłam dodać, że jak chce to mogę jej szafę wyrzucić jeszcze jak jej przeszkadza, ale jakoś nie potrafię być wredna. Poszłam kłaść dzieci na górę i słyszałam jak się teść drze, że schodów nie posprzątaliśmy. A oni rąk nie mają? Dlaczego zawsze ja mam sprzątać, co posprzątam, to teściowa robi na schodach nowy magazyn. Ja tylko robię miejsce na jej następne śmieci. Darł się jak głupi, a co dopiero mój mąż sprzątał z Agnieszką JEJ pokój i pokój TEŚCIA bo w nich ma młodzież imprezować. Teściowa tylko pyskowała, że my najwięcej mordą robimy, a nic nie robimy, a przecież nikt nic nie gadał, tylko mój mąż Agnieszkę wołał, żeby sobie pokój odkurzyła, a i tak głupi odkurzył za nią, bo ona powiedziała, że nie będzie.

Nie mogłam Młodej uśpić, bo teść szalał jak głupi. W końcu zasnęła, mąż rozłożył suszarkę w przedpokoju i poszedł na dół po pranie. Kładłam Maciusia, który się jak zwykle rozbierał gdy go ubrałam. Słyszę jakieś awantury. Mąż się darł, bo mu matka pralkę odłączyła, a teść za ten czas wyrzucił naszą suszarkę na strych. Kłócili się wszyscy strasznie. Mąż długo nie wracał, bo chciał dokończyć pranie. Starej suszarka przeszkadzała i skakała jak diabeł, teść oczywiście po jej stronie, a przecież do rana ubrania wyschną. Na imprezę się mają schodzić dopiero o 21 godzinie, to prawie doba. Ja wyjrzałam z pokoju, suszarki nie ma, na dole się żrą, rozpłakałam się, zamknęłam drzwi od  pokoju. Pamiętam, że Maciuś stał golutki obok łóżka i tyle. Później pamiętam dopiero jak mąż coś do mnie mówi, spojrzałam na syna, stał w swetrze, a ja leżałam w szkle. Pamiętam, że babcia trzymała mi nogi do góry, nie czułam rąk. Słyszałam jak mąż coś krzyczy, ale byłam tak oszołomiona, że nic nie rozumiałam. Było mi strasznie zimno i zaczęłam wymiotować. Oni dalej się kłócili. Teść krzyczał, że najlepiej zemdleć i że ja histeryzuję. Zemdlałam, bo organizm już nie wytrzymał tego wszystkiego. Mam okropnego guza na czole, bo musiałam mdlejąc uderzyć o coś. W ogóle w meble jakoś wjechałam, że mi szklanka z szafy (mąż przed dziećmi odstawił wysoko) niemal na łeb spadła. Dzięki Bogu, że się syn nie pokaleczył, bo jeszcze nie spał.

piątek, 5 czerwca 2015

Wyjaśnienia

Kłótnie, awantury, żadnych zmian na lepsze. Nie mam czasu, aby opisywać wszystkie, więc przybliżę Wam te ostatnie zadrzenia.

Ostatnia niedziela wieczorem. Teściowie wybyli na jakąś impreze. Pech chciał, że wrócili gdy kąpałam Faustynkę. Jeszcze w momencie, gdy nie wyszłam z łazienki teściowa naszeptała do teścia, że jej specjalnie wodę wybieram i cała łazienka zalana. Wyszłam z dzieckiem i poszłam wycierać i ubierać Małą na sofę do kuchni. Następnie wzięłam do kąpieli Maciusia, a obłudna teściowa w tym momencie poszła udawać babcię do kuchni i czekała na rozwój sytuacji. Gdy wychodziłam z łazienki z Maciusiem w ręczniku, teść zaczął z mordą skakać, że podłoga w łazience mokra i nikt nie pościerał, tylko tak zostawiłam i że wstydu nie mamy. Ja na to: To przecież widzisz, że nie leżę tylko dziecko ubieram i zaraz powycieram.

- Powycierasz... Zostawiłyście i poszłyście!

- Przecież idę po szmatę i już wycieram.

- Taak!!! Dopiero jak się dziesięć razy powie!

- No to przecież z dwójką dzieci na rękach nie wytrę podłogi, bo jak?! Musiałam najpierw poubierać. Co ich miałam nago na korytarzu zostawić i podłogę wycierać? Popatrz lepiej jaki tu masz syf (wskazując brudne gary, talerze i sztućce nie mieszczące się już w zlewie  z całego dnia).

- No to wy używacie.

- Ja zawsze po sobie sprzątam. Nigdy nie zostawiłam choćby nieumytego widelca.

- Taaa...

- No tak!

Mąż zaczął ojcu wygarniać że ma burdel na podwórku, w garażu. Kamień leży półtora tygodnia nierozrzucony, trawa niewykoszona, kurnik się wali... itp., itd. A jaki ma pokój na górze - wąska ścieżka między śmieciami przez cały pokój, żeby dojść do łóżka.

Oczywiście teściowie kazali nam spierdalać.

Ja do nich nie pyskuję jak nie mam na czym podać dziecku posiłku, bo wszystkie talerze brudne, tylko biorę i myję. Albo jak Agnieszka czy Claudia zostawią w łazience jezioro, nie kilka kropel wody jak w przypadku moich dzieci.

Jeszcze wydarłam się na teścia, że jak zaczął, to niech już skończy, bo się dzieci boją i jak tak dalej będzie, to z drugim będę chodzić po psychologach.

Dureń jeszcze się darł, ale zabrałam dzieci na górę, bo były przerażone. Całą noc nie zmrużyłam oka, a następnego dnia nic nie zjadłam.

Gdy w poniedziałek koło południa schodziłam do kuchni po wodę do czajnika, napatoczyłam się na teściową, która wystartowała do mnie z tekstem:

- Do syfu przyszła.

Starałam się puścić to mimo uszu, ale ona się powtórzyła, więc zapytałam:

- No i co się zaczynasz?

- Jak tak mogłaś powiedzieć?! Ja ci tyle dałam, ja ci łyżki dałam, a ty mi syf wytykasz.

- Ja się nie zaczęłam.

- Ja też nie ( z tym swoim obłudnym uśmieszkiem).

- No ja nie wiem.

- Co! co! Ja tu Faustynce pierścionki pokazywałam.

- No to widziałaś, że Maciusia wycieram, jak S. zaszą skakać.

- No widziałam.

- To co chcesz?

- No bo jak mogłaś powiedzieć o syfie. Ja cie przyjęłam, tyle ci dałam, łyżki ci dałam.

- To przecież ci tego nie zabiorę! Ja też dużo dałam i nigdy nie wypomniałam.

- Tak, niby co. Ty tu nic nie masz, nic tu nie robisz.

- A co ty łyżki porównujesz do pieca centralnego, który my kupiliśmy za 3 tys zł. jak wam pękł stary. Grzejnik kupiliśmy na górę, umywalkę, a angielski, a ubrania dziewczynom, a kto ci herbatki nosił jak babka w szpitalu była? Kto dziewczynom parówki, mleko gotował, bo one nie umiał? Kto wieże garów wtedy zmywał? Wszystko ja bo ty powiedziałaś, że słabujesz. Teraz to masz zdrowie się żryć.

Jeszcze Claudia jak adwokat dojeżdżała. Przyszła w połowie kłótni i twierdziła, że to ja się zaczynam.

Ja na to: Ja tylko po wodę przyszłam, a ty jak nie wiesz o co chodzi to się nie wtrącaj. Idź lepiej zobacz jaki masz pokój.

Teściowa: No jaki?! Piękny, odmalowany pokój!

- Tylko nieposprzątany. Co rano babcia musi sprzątać, łóżko ścielić.

Babka stanęła po mojej stronie i też im dość dobrze nagadała, a na koniec do swojej córki: Jak tego to ty zdrowia nie masz, ale do kłótni jesteś pierwsza.

Ja: No właśnie. Idę stąd, bo ja nie mam zdrowia, ale widzę że ty masz doskonałe.

- Jak ci nie pasuje to się wyprowadź.

- Dobrze.

I odziwo nikt nic więcej nie gadał. Ucichło. Od wtorku jak gdyby nigdy nic. A dzisiaj niespodziewanie przyjechała rodzina z daleka. Goście ich naszli o 10 rano jak wszyscy jeszcze śpią. Wstyd jak nie wiem. Jeszcze nie było ich czym poczęstować.

Teściowa do mnie wyszeptała,że przyjechali, a tam taki burdel. A jak ja o syfie przebąknęłam, to było wielkie halo. A wystarczyło by posprzątać. Ja porządki robię na bierząco i nasz pokój jest najczystszy w całym domu mimo dwójki małych dzieci. Ja nie mam się czego wstydzić. Tylko że one bałagan usprawiedliwiły tym, że w domu są małe dzieci. Tak najlepiej.

_____________________________________

Wyprowadzka to kwestia trzech miesięcy. Dzięki Bogu. We wrześniu będziemy na swoim.

środa, 25 marca 2015

Patologia

Chciałabym się jak najszybciej przeprowadzić, gdziekolwiek, byle się stąd wynieść. Mam dosyć tych ciągłych kłótni, awantur. Od kiedy babcia wróciła ze szpitala, od rana słychać krzyki i wrzaski. Babcia stwierdziła że nie będzie już usługiwać, choć w rzeczywistości to i tak ona Agnieszce przygotowuje posiłki, bo ta jest tak wybredna że nic nie będzie jadła. To babcia robi pranie, to ona zmywa gary, ona wyprowadza psa, chodzi do kur. Nie nosi już śniadanek do łóżka swojej córuni, więc moja teściowa musi się rano zwlec i obudzić Claudię. Kłócą się przy tym strasznie, bo nastolatka nie chce wstać, nie chce posprzątać przed przyjściem nauczycieli. Wkurza mnie to strasznie, bo jak lekcja się odbędzie to idą spać i śpią do 12-13 w południe, a my musimy chodzić na paluszkach. Teściowa zaczęła też od czasu do czasu gotować obiady. No... Da się? Da się. Ale swoją drogą - wstyd i hańba żeby uczyć się gotować po pięćdziesiątce. Do tego wszystko robi w rękawiczkach, żeby się jej pazury nie rozpuściły. A jakie wojny są przy obiedzie, bo każdy był nauczony zamówić co innego i babcia każdemu gotowała osobno. A do tego teściowa teraz próbuje córki przyuczyć do usługiwania i każe Claudii tłuc ziemniaki. Agnieszka ma w dupie i się nie da zaciągnąć do zrobienia czegokolwiek. Ostatnio się pokłóciły bo Stara kazała Claudii porozdawać talerze i widelce do obiadu, a ta na to  żeby sama podała bo jest bliżej i już kłótnia, bo teściowa nie będzie wszystkiego sama robić. Innym razem wojna bo Agnieszka zostawiła obierki z jabłka w sypialni i jak teść z pracy wrócił to teściowa do niego poleciała na skargę i kazali Agnieszce to sprzątnąć, a ona że nie będzie Starej Wariatce w pokoju sprzątać, bo ona tylko leży i czeka na chłopa, niech sobie sama posprząta. Teściowa wskoczyła na nią, bo młoda siedziała w kuchni na sofie i trzas ją w pysk z liścia i zaczęły się okładać (swoją drogą, jak pięknie wygląda to słabowanie teściowej, ona przecież taka bidna i schorowana, nie ma siły się z łóżka nawet podnieść). Normalnie walka kogutów. W końcu Agnieszka zasadziła matce kopa w brzuch i ta się odczepiła. Totalna patologia. Takie sceny teraz mają miejsce na porządku dziennym. A od kilku dni teściowa z babką się nie odzywają do siebie, bo babcia powiedziała że im więcej pieniędzy nie da, bo musi mieć na leki, musi mieć w razie szpitala, bo jakby co to córka, ani zięć jej nie dadzą, ani nawet jej nikt w szpitalu nie odwiedzi. Od tego momentu babcię nawet od jedzenia odcieli, teściowa  wszystko zabiera do sypialni, nawet chleb i masło, choć nie wiem co się stało, bo wczoraj babcia dostała obiad i wygląda na to że się pogodziły. Pewnie teściowa nie wytrzymała gotowania przez te kilka dni obiadu. Przedwczoraj późnym wieczorem teść wpadł nabuzowany na górę, że na dole nie mają netu i że to na pewno mój mąż im odłączył specjalnie i wpadł do pokoju gdzie stoi komputer, zaczął kable wydzierać. A my już w łóżku leżeliśmy bo było grubo po 22 i mąż nawet na kompie nie siedział. Pokłócili się, woja była straszna. A rano na RMFie ogłoszono, że Orange coś robił i nie było nigdzie netu w nocy i mój mąż ojca zwyzywał w samochodzie, że go posądza i wojny robi całkowicie bezpodstawnie. Nie mogę już tego wszystkiego znieść. Najgorsze, że moje dzieci wychowują się w chorej atmosferze. Maciuś bardzo się boi, jest niesamowicie nieśmiałym chłopcem, może nawet przez to że się tu mieszka. Faustynka dopiero skończyła roczek, ale stała się bardzo niegrzeczna i wymuszająca. Chcę być stanowcza i konsekwentna, bo nie chcę popełnić tych samych błędów co w przypadku Maciusia, ale nie da się, bo zaraz babcia daje, to co prawnusia chce, żeby tylko był spokój. Małą nie chce jeść obiadów, bo teściowa jej już nie raz dała czekoladę, albo Delicję. Maciuś w tym wieku wszystko ładnie jadł, bo pilnowałam by mu nic nie dały i do 18go miesiąca życia nie znał smaku cukru. Teraz gdy czasami Mała z nimi zostanie, bo muszę jechać z synem do lekarza czy iść do pracy, jest nie do poznania. Strasznie nauczyła się wymuszać. Mam dość.

poniedziałek, 2 marca 2015

Babcia w szpitalu - powtórka z rozrywki

Matko! Jak ja dawno nie pisałam. Wybaczcie.

U mnie wszystko ok. Wykurowaliśmy się w końcu, ale nie obyło się bez szpitala. No niestety, numerki do lekarza rodzinnego niedostępne przez tydzień na przód, więc w walentynkową sobotę pojechaliśmy z dziećmi do szpitala i spędziliśmy tam kilka godzin. Dzieci przebadane, leki wypisane. Jeszcze kilka dni męki, ale w końcu wszystko przeszło.

Dwa tygodnie pracy za mną. Jestem zachwycona, uwielbiam to. Mąż trochę mniej, bo w końcu zobaczył jak wygląda przebywanie z dwójką dzieci. Choć i tak on nie ma źle, bo Małą choć na chwilę zawsze swojej babce podrzuci, a syn już się sam sobą zajmie. Pierwszy tydzień był najgorszy, bo mąż zapominał o posiłkach, nie pamiętał co i kiedy, ale wreszcie załapał. Pracuję tylko 10 godzin w tygodniu, ale taka odskocznia jest naprawdę zbawienna, biorąc pod uwagę, że nie muszę oglądać teściowej i do tego ta radość, że zarobię własne pieniążki. No wiadomo, kokosy to nie są, ale jak będę odkładać to uzbiera się sumka i może wynajmę mieszkanie. Rozglądam się już za czymś. Snuję, planuję... Chcę od września Maciusia wysłać do przedszkola.

Miałam pisać sporo rzeczy, ale połowę zapomniałam. Teściowie nas oczywiście wciąż denerwują. Teść, jako że jego matka nie opłaciła mu rachunku za wodę, przyszedł po pieniądze do nas. Wojna jak zwykle. Tym bardziej, że okazało się, że nasz syn jest chory (nie chcę pisać o tym na blogu) i pieniądze będą nam naprawdę bardzo potrzebne. Teść na to z tekstem: "I tak już nic nie da się na to zrobić". No... dzięki za taki tekst. Jestem matką i będę walczyć choćby nie wiem co o swoje dziecko! Tym bardziej mnie to wkurza, bo nie wolno mi się wykąpać częściej niż raz w tygodniu, a i tak teściowa gada, że jej specjalnie wodę wybieram. Mam nadzieję, że niedługo ten cyrk na kółkach dobiegnie końca i się stąd wyniesiemy.

Matka mojej teściowej jest od wczoraj w szpitalu. We środę dostała silnego bólu ucha, we czwartek chcieliśmy ją zawieźć do szpitala bo z ucha trysnęła jej krew i przestała na nie słyszeć, ale teściowa się nie zgodziła, bo nie puści z domu służącej. Kto jej herbatkę i śniadanko do łóżka przyniesie. Chyba wiadomo, że przez to piekło jakie mi od kilku lat urządza, na pewno nie ja. Proponowaliśmy babci w piątek, w sobotę, że ją zawieziemy. Teściowa kręciła tylko głową i pukała się w łeb mówiąc, że przejdzie. Dopiero w niedzielę gdy babci zniekształcił się głos i niemal całkowicie straciła słuch spakowaliśmy dzieci i nakazaliśmy się jej zebrać do szpitala. Zawieźliśmy i babcia została na oddziale. Ucieszona, bo będzie miała wakacje. W domu się między sobą kłócą, chcą się wyzabijać. Wojna o wszystko, o to kto umyje naczynia, kto wyprowadzi psa. Jak odwieźliśmy wczoraj babcię, to tesciowa od razu zaczęła chorować. Miała aż 37 stopni gorączki. Powiedziała do Claudii: "Idź umyj naczynia. Tylko porządnie." Siostra męża na to: "Dlaczego ja?", "Bo ja myłam wczoraj", "Taaa... jasne! Babcia zawsze myje, wczoraj też", "No ale ja bidna dzisiaj jestem, bo mam gorączkę".

Ja palcem nie ruszyłam. O nie! Nie tym razem, nie będę więcej po brudasach sprzątać! Niech nawet zarosną w tych garach.

Kończę już. Jeszcze się odezwę, może za kilka dni.

wtorek, 30 grudnia 2014

I po Świętach

Dziękuję za życzenia, ściskam i całuję!

My święta spędziliśmy o dziwo spokojnie. Teściowa nawet chwaliła mój czerwony barszcz (niemożliwe). Coś było za dobrze. Od razu zapaliła mi się czerwona lampka. Okazało się, że matka teściowej (tzn. służąca) się gorzej czuje i znowu "ta z góry" (ja) stała się dobra i potrzebna. Poza tym jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. W sobotę teść przewalił całą kasę z ZUSu za zorganizowanie pogrzebu. 2700 zł do zakładu pogrzebowego, a 1300 zł wydał na kurtki płaszcze i ozdoby świąteczne, bombki, światełka, choineczki... Zamiast nam oddac te 800 zł, które pożyczył. A co najlepsze, siostry męża powiedziały, że one w tych płaszczach chodzić nie będą i na drugi dzień musiał kupić inne. Jakby tego było mało, to przyszedł do nas pożyczyć pieniądze. Mąż powiedział że nie ma i że jak obwoził rano swoją matkę po kościołach i sklepach, to mógł od niej pożyczać, to usłyszał z oburzeniem: "A co?! Tam jest bank?!" Nie kurwa, u nas jest bank. Szlag mnie trafia, bo dureń pożycza a nie oddaje. No ale dlatego pożycza u nas, bo gdzie indziej by musiał oddać. A tu jest jak jest. Potem mąż się zapyta o pieniądze, to ojciec powie: "Pieniądze? Jakie pieniądze?" I pozamiatane. Ja nawet nie jestem w stanie określić ile tej kasy wisi. Ponad 3 tysiące na pewno jeśli nie 4. A to przecież drogą nie chodzi, ani z nieba nie spada.

Od drugiego dnia świąt cały czas sypie. Boje się że śnieg będzie do wiosny zalegać i nawet na Wielkanoc się nie przeprowadzimy.