Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Faustynka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Faustynka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 lipca 2022

Koniec szkoły. Wycieczka. Fotorelacja.

Wciąż nie pozbyłam się trefnej ósemki, ale termin już umówiony, więc powoli się oswajam psychicznie.

Rok szkolny zakończony pomyślnie. W ogóle niesamowite czego dowiedziałam się o moim synu. Mama jednej z koleżanek Maćka powiedziała mi, że jej córka bardzo pochlebnie wypowiada się na jego temat. Podobno gdy jeden z chłopców dokuczał tej dziewczynce, a robił to często, to mój Maciek zawsze stawał w jej obronie i że "on jest taki rycerski". Kurcze... Wow... Jestem bardzo dumna z syna.

Faustyna? Rewelacja! Zakończyła pierwszą klasę z pięknym świadectwem i dyplomami, ale nie to jest najważniejsze. W drugim semestrze na tyle się oswoiła, że stres zaczął mijać. Boże! Jak ja się cieszę! Tak mi szkoda było tego dziecka, gdy każdego ranka aż się trzęsła ze strachu i do tego te poranne biegunki. Mam nadzieję,  że mamy to już za sobą. Na razie tęskni za szkołą i koleżankami.


Na działeczce z początkiem wakacji stanął mały drewniany domek, który mocno ułatwił nam życie. Mówię  Wam, super  sprawa.  Gdy się trochę urządziliśmy,  zrobiliśmy sobie tygodniowy kemping. Fajne doświadczenie,  choć wszyscy byliśmy mocno niewyspani. Jestem pod wrażeniem determinacji Maćka. Postanowił sobie, że spędzi 7 dni na działce i mimo całej niewygody, trzeszczącego materaca, świergotu ptaków, huku z okolicznych ulic czy głośnej muzyki i chichotu z innych działek, uparł się i się udało. 

Może i byliśmy jak Zombi, ale szczęśliwe Zombi.

Za domkiem rozłożyliśmy basen. Faustynkę ciężko z niego wyciągnąć. Nasza rybka. Niedługo zaczyna drugą klasę i prawdopodobnie będą jeździć na zajęcia na pływalni. Byłoby super. Cieszę się. Ja nie miałam takiej możliwości. Rezultat jest taki, że nie potrafię pływać. Mało tego, chyba się już nigdy nie odważę na naukę. 

Chcąc w końcu wykorzystać bon turystyczny postanowiliśmy pojechać na nasze pierwsze, rodzinne wakacje. Wybraliśmy Kraków.  Wyjazd złożył się akurat na dwunastą rocznice naszego ślubu. Wow! Kiedy to zleciało? Mieliśmy więc taką rocznicową wycieczkę. Dzieci bardzo chciały odwiedzić Zoo i wyszaleć się w aquaparku. Zaplanowaliśmy 3-dniowy wyjazd. Zarezerwowałam hotel, wygenerowałam kod, spakowałam walizkę i pojechaliśmy. 

W Parku wodnym byliśmy o 9. Przed wejściem zjedliśmy drugie śniadanie aby mieć energię na zabawę. Było super! Spędziliśmy tam 6 godzin! Ja już głos straciłam pod koniec i niestety ból gardła mnie dopadł. Może to od chloru? Tak na pierwszy raz, to pewnie za długo. 

Przed wyjazdem czytałam opinie na temat tego miejsca i trochę się stresowałam, bo były niezbyt pochlebne. No cóż,  mogłoby być czyściej, ale bawiliśmy się tak świetnie, że nie będę narzekać. Miejsce super dla rodzin z dziećmi. Każdy coś dla siebie znajdzie. Jednak uprzedzam, najlepiej udać się tam w godzinach porannych, bo gdy wychodziliśmy, to o 15 (w piątek) były tam straszne tłumy i mega kolejki do kas, więc możecie sobie wyobrazić,  że nie inaczej jest przy zjeżdżalniach, a o jacuzzi nawet nie wspomnę, bo nawet rano nie udało nam się skorzystać. 

Dla osób narzekających na brak możliwości pływania, mogę powiedzieć tylko tyle, że obiekt ten to nie pływalnia, tylko park wodny. Są owszem tory dla umiejących pływać, ale myślę, że głównym zamysłem i przeznaczeniem była jednak zabawa. 

A "kwaśne miny" ratowników mnie wcale nie dziwią, bo jeśli nie można blokować zjeżdżalni, czy wspinać się na nich pod prąd, ani też pchać się na trzeciego, to nie można i rodzic powinien to dziecku wytłumaczyć, a nie się obrażać na personel. 

Pamiętacie jak mi znajoma podrzuciła na półtorej godziny córki? Pewnie też miałam nietęgą minę biegając za nimi po parapetach.  Niech każdy zacznie rachunek sumienia od siebie, a potem wydaje opinie. 

Na miejscu wykorzystaliśmy kupon gastronomiczny dołączony do płatności bonem. Ogólnie wykorzystaliśmy z bonu 294 zł.

Mówiąc krótko,  POLECAM!

Muszę przy okazji pochwalić Maćka. Wiecie, że z uwagi na autyzm ma problem z moczeniem głowy. Był tak zdeterminowany, że się przełamał. Wchodził do wody i nawet zjeżdżał na mniejszych zjeżdżalniach. Widziałam jakie to dla niego trudne i jak walczy sam ze sobą,  ale chęć zabawy zwyciężyła i choć cierpiał, próbował przezwyciężyć strach i ból. 

Faustyna to jak ryba w wodzie. Jej nic nie przeszkadzało. Szła na 110 cm i próbowała pływać, sama mierząc 130 cm. Super! 

Na pewno będziemy wracać.


Tęczowa zjeżdżalnia


Zanim pojechaliśmy do hotelu,  postanowiliśmy po raz pierwszy posmakować Burger Kinga.  Ceny niespecjalnie zachęcają, ale w dzisiejszych czasach chyba już nigdzie nie zachęcają. Chociaż może to nieobiektywna opinia, w końcu na codzień jemy w domu. Coraz rzadziej zdarza nam się wyskoczyć na fast fooda, a właściwie to mamy u nas taką ulubioną włoską pizzerię i jeśli już jemy na mieście, to właśnie tam. 
Z resztą nie od dziś wiadomo,  że jedząc w domu, to i zdrowiej, no i kieszeń nie ucierpi. Poza tym ja po prostu lubię gotować. 
Burgery same w sobie były ok, choć nie jestem fanką mięsa, ale są też opcje Vege,  więc jest w czym wybierać. 

Gdy się najedliśmy i wybraliśmy w stronę hotelu, używając przy tym nawigacji googleowskiej,  mąż dostawał przez nią szewskiej pasji. Makabrycznie prowadziła. Chwilami jeździliśmy w kółko 😜  Tego nie polecam.

Hotel 3-gwiazdkowy.  Dwie doby w pokoju rodzinnym dla naszej czwórki kosztowały niespełna 800 zł. Śniadania smaczne w formie bufetu. Trochę byłam niewyspana, bo nie mogłam zasnąć przez podekscytowanie tym wyjazdem i wrażeniami z całego dnia. Zawsze miałam problem z zaśnięciem w nowym miejscu, np. u koleżanki w czasach szkolnych. Wygląda na to, że Maciek zaburzenia snu wyssał ode mnie. Rano już od 6 było słychać innych gości. 

Drugi dzień spędziliśmy na zwiedzaniu. Pojechaliśmy pociągiem,  a   właściwie kolejką miejską na Dworzec, pokręciliśmy się po Galerii Krakowskiej i udaliśmy na Stare Miasto, zrobiliśmy kilka zdjęć na Rynku,  wysłuchaliśmy Hejnału, następnie kupiliśmy bilety do Kościoła Mariackiego i mogliśmy na żywo podziwiać dzieła ołtarzowe. Faustynka była zachwycona. Później zrobiliśmy sobie spacer na Kazimierz, gdyż w tamtejszej Galerii mieliśmy do odebrania bilety w Cinema City, a dzieci miały obiecane "Minionki. Wejście Gru". Szczerze? Nie podobał mi się ten film. Gdy wracaliśmy na Dworzec, mieliśmy jeszcze piękną, słoneczną wręcz upalną pogodę. Wszystko zmieniło się gdy jechaliśmy pociągiem. Złapała nas straszna burza. Do hotelu wpadliśmy przemoczeni do suchej nitki, mając przy tym ubaw po pachy. 


Ach te gołębie... owszem, piękne, 
ale z mojm szczęściem, miałam stresa, 
że mnie przyozdobią tak jak one najlepiej potrafią.



Te z plecakami to my


A tu nasza turystka, która stwierdziła, 
że w przyszłości zostanie podróżniczką.


Wieczorem choć byliśmy już zmęczeni, wybraliśmy się do pobliskiej restauracji na pizzę. Na zdjęciach lokal wydawał się większy, ale na szczęście mieli dla nas miejsce. Pizza smaczna. 

Druga noc była bardziej udana, nie słyszałam innych gości, ani w nocy ani rano. Tylko pociąg mnie obudził o 5:20 (zapomnieliśmy zamknąć okno przed snem), ale udało mi się jeszcze zasnąć. 

W niedzielę rano wymeldowaliśmy się od razu po śniadaniu, gdyż spieszyliśmy się do Zoo. Dojechaliśmy na 9:00 i spędziliśmy tam 5 godzin. Bon nie obejmuje płatności w Zoo. Za bilety zapłaciliśmy 81 zł (30 zł normalny, 25 zł ulgowy, 1 zł dla dziecka z orzeczeniem i 25 zł dla opiekuna). 

Niesamowite wrażenia oglądać z bliska tak piękne stworzenia jak flamingi, uchatki, surykatki i wiele, wiele innych. 


Maciek jak zwykle zostawił nas w tyle. 
Ciężko dotrzymać mu kroku. 
Już nie raz pisałam, że on jest jak Husky.









Niekiedy zapach odstraszał. Szczególnie gdy dosłownie na kilka minut przed karmieniem słoń zrobił wielką 💩. Maciek znowu miał okazję walczyć z demonami. Jest wrażliwy na zapach, ale przetrwał. W dalszym ciągu uwielbia pingwiny i to właśnie dla nich marzył o wycieczce do Zoo. Faustynka zakochała się w uchatkach. Pokaz karmienia był rewelacyjny. I to zżycie zwierzęcia z człowiekiem mocno rozczulające. 








 

Lew przechadzał się dostojnie, 
aby w końcu wyłożyć się na ziemi 

i dumnie zaprezentować widok swoich jajec (zamazałąm).




Po wyjściu z Zoo udaliśmy się spacerkiem pod Kopiec Piłsudskiego. Rozbolała mnie potwornie głowa. Młoda też już miała dość. 



Pod kopcem zjedliśmy ciastka i wróciliśmy na parking, mijając przy tym tłum ludzi idących do Zoo. To jeszcze nic. Wyjeżdżając z parkingu nie mogliśmy uwierzyć w długość kolejki do parkingu, na którym nie było już miejsc. Jeśli planujecie wyjazd do Zoo to tylko rano. Po południu się nie wbijecie, szczególnie w weekend. 

Po zrealizowaniu wszystkich zaplanowanych atrakcji, wyruszyliśmy w drogę powrotną. Zahaczyliśmy o McDonalda i dopiero po wypiciu drugiej kawy przestała mnie boleć głowa. Zrobiliśmy sobie Dzień Dziecka. Młoda zjadła dwa hamburgery,  Maciek dwa cheeseburgery, a my mieliśmy do opracowania po Maestro, ale ja poległam. 

Po powrocie do domu kąpiel i pranie, a w nocy...

Nie, nie to.

Maciek zaczął kwiczeć. Mąż przyszedł do mnie z pytaniem czy jest mięta, bo chyba Maćka brzuch boli i mu niedobrze. No w końcu po trzech dniach takiego jedzenia, to wcale nie byłoby dziwne. Poszłam zaparzyć synowi herbaty, ale on w pewnym momencie wyskoczył z łóżka jak z procy i puścił pawia w progu łazienki, czyli tam gdzie zwykle. 

Z nim jest ten problem,  że zawsze gdy coś mu jest, coś boli, to nie chce się przyznać i musimy się domyślać co się dzieje. 

Okazało się,  że to nie brzuch go boli, a gardło. Maciek często wymiotuje od bólu gardła. Zawsze tak jakoś pechowo,  że na coś nowego. Jak kupiliśmy Faustynce nowe łóżko, to musiał je oznaczyć i oczywiście teraz nie było inaczej.

Wybaczcie opis.

Wymiociny obryzgały całą łazienkę, pół przedpokoju i oczywiście nowiutką walizkę. Ehh... Ja byłam w pół przytomna. Mąż zajął się sprzątaniem,  a ja synem.

Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.  Dobrze,  że w domu  😊

Rano mnie mocno rozbolało gardło. Mąż pojechał do pracy, a ja zajęłam się generalnym sprzątaniem,  szorowaniem ścian i walizki.  

I tak sobie z Maćkiem chorujemy już któryś dzień z kolei z ostrym zapaleniem gardła. Młoda od wczoraj też jakaś niewyraźna. Katar ma straszny i oczy jej łzawią. Ogólnie to wszyscy stan podgorączkowy i męczący kaszel. Tylko mąż jeszcze się jakoś trzyma. 

Ciekawe czy to kolejna koronka czy jakaś bakteria z klimatyzacji hotelowej? Biorąc pod uwagę przez jakie wielkie skupiska ludzi się przewinęliśmy ostatnio,  to wcale nie dziwne, że nas jakaś infekcja dopadła. Ale żeby tak w środku lata?!


Podsumowując.  Wycieczka udana. Wszyscy zadowoleni. Bon turystyczny,  fajna sprawa. Gdyby nie on, pewnie byłoby nam szkoda kasy na wyjazdy. A tak z bonu poszło prawie 1100 zł i jeszcze zostało 400 z haczykiem (dziecku z orzeczeniem przyznają podwójną kwotę).  I tak poza bonem wydaliśmy łącznie z paliwem 900 zł. A ja w trzy dni przytyłam prawie 3 kg. W każdym bądź razie, wracamy do zdrowego odżywiania. 

Kurcze, niektórzy cały rok harują, żeby w wakacje gdzieś wyjechać. Podziwiam rodziców wyjeżdżających z dziećmi na dwutygodniowe wczasy, szczególnie zagraniczne. U nas nie obyło by się chyba bez gorączek, sraczek czy innej "małpiej ospy". 

My to jednak domatorami jesteśmy. Teneryfa to nie dla nas. Leżaczek na działeczce i jest gites. A w razie awarii typu gorączka, kwadrans do mieszkanka. 

Jest owszem jeszcze kilka miejsc,  które chcielibyśmy odwiedzić, ale nie są to odległe cele. 


A Wy? Jak spędzacie wakacje? 

Znacie jeszcze jakieś ciekawe miejsca w Krakowie? Może polecacie jakiś hotel lub restaurację? My na pewno chcielibyśmy jeszcze pojechać do aquaparku, wówczas zwiedzimy także Wawel. 




piątek, 1 października 2021

Jak nie urok, to... gradówka

Dzisiaj trochę z naszej codzienności.

Dzieciaki dosłownie tydzień pochodziły do szkoły i się pochorowały.  Choć pochorowały, to może za duże słowo. Przeziębiły się. Lekko podwyższona temperaturka i duży katar. A że w obecnych czasach z katarem się siedzi w domu, to siedzieliśmy. Na szczęście po kilku dniach przeszło.

Za to powrót do szkoły dla Faustynki okazał się trudny, mimo iż początek roku zaczęła w rewelacyjnym nastroju i nawet po kilku dniach twierdziła, że jest lepiej niż w przedszkolu, chociaż może trochę nudno na lekcjach. Kurczę, radość nie trwała długo, bo gdy trzeba było po przeziębieniu wrócić do szkoły, pojawił się stres. Biedulka, znowu płacz i ból brzuszka. Na szczęście z każdym dniem mniejszy, ale...

Od połowy lipca leczymy gradówkę. 

Pierwsza maść od lekarza rodzinnego nietrafiona. Totalny niewypał.

Do okulisty termin na 7 października! 

Pod koniec sierpnia powieka Faustynki spuchła. Dzwoniłam do okulisty czy nie zwolnił się jakiś wcześniejszy termin. Pani w rejestracji powiedziała, że choćby się zwolnił, to będzie nasza pierwsza wizyta i nie może zostać przyspieszona, bo pierwszeństwo mają stali pacjenci, ale doradziła żeby przyjść następnego dnia pomiędzy godziną 9 a 12 i zapytać Pani doktor czy przyjmie. 

W sumie to jednego nie rozumiem, bo jak się potem okazało, siedzą tam obydwie obok siebie w gabinecie, więc mogła się jej od razu zapytać, ale dobra.

Następnego dnia wyruszyłam z dziećmi do przychodni. Przed godziną 11 zajęłam miejsce w mega kolejce do Pani okulistki. Nie chciałam się tak wbijać, że to tylko po receptę, bo i tak by mnie pewnie inni pacjenci zjedli. Wyczekaliśmy się, że hoho. Gdy nadeszła nasza kolej (no nasza-nie nasza) i weszliśmy do gabinetu, zapytałam grzecznie czy nas Pani doktor przyjmie i nawet nie dała mi dokończyć, tylko w połowie zdania zaczęła się drzeć i tak się darła, że mnie nie przyjmie, że ona jest po urlopie, dopiero wróciła, ma zaległości, nie ma czasu  i tak przez 10 minut się na mnie darła. Gdy wreszcie udało mi się wtrącić, że to nie chodzi o mnie, tylko o receptę dla dziecka, bo ma gradówkę, to ona jeszcze ze złością: "Jaką receptę?!", "Jaką gradówkę?!". Powtarzam spokojnie, że córka ma gradówkę na powiece i jej teraz ta powieka spuchła, a maść od lekarza rodzinnego nic nie pomogła, a jesteśmy tu umówieni dopiero na październik. Spojrzała na Faustynę: "No faktycznie, ma gradówkę" i wypisała maść Dexamytrex i kazała moczyć rumiankiem, co nie trwało dłużej niż 30 sekund. Powiedziała też, że jak nie pomoże to trzeba będzie zrobić zabieg. 

Nie bardzo rozumiem po co było się tak drzeć, szargać zdrowie swoje, no i moje. Mogła normalnie powiedzieć, że nas nie przyjmie, ale pewnie gdyby od razu dała mi dokończyć zdanie, to byśmy wyszli stamtąd 10 minut wcześniej z tą receptą.

I tak widzę plus w tej sytuacji. Kilka lat temu bym pewnie wyszła stamtąd z płaczem, a teraz widzę, że mam coraz bardziej wyjebane na takich szajbusów, o przepraszam, choleryków. 


Dexamytrex pomagał. Było widać sporą poprawę, ale jakby nie do końca, bo ciągle ta grudka, choć malutka, była na powiece.  Tydzień temu w piątek powieka znowu spuchła! Zjeździliśmy kilku okulistów, ale nigdzie nie chcieli przyjąć Faustynki. W końcu w szpitalu się zlitował jeden okulista,  popatrzył i od razu umówił zabieg wycięcia gradówki w znieczuleniu ogólnym na za tydzień, bo wg niego nie ma ujścia z kanalików i tu już nic nie pomoże. 

Teraz to mi się wydaje, że po prostu nie mają pacjentów na tego typu zabiegi (a co za tym idzie kasy) skoro tak szybko znalazł się termin. 

W sobotę pojechaliśmy do Ambulatorium Okulistycznego aby skonsultować to z innym okulistą, tym bardziej, że ta nabrzmiała powieka córkę bolała. Wyczekaliśmy się pół dnia, ale było warto, bo w końcu zeszłą do nas młoda Pani doktor, wybadała DOKŁADNIE Faustynę, wysłuchała jakie leczenie do tej pory zastosowaliśmy i powiedziała, że musimy wygrzewać, masować, cisnąć mocno gradówkę, bo jest ujście JEST UJŚCIE z kanalików i trzeba mocno ściskać, a wydzielina będzie wypływać. NIE ROBIĆ MOKRYCH OKŁADÓW! Wygrzewać za pomocą ciepłej łyżki lub przykładać buteleczkę z gorącą wodą. Przepisała całkiem inną maść, do tego krople i jeszcze specjalistyczne chusteczki do higieny powiek. 

Cały weekend znęcaliśmy się intensywnie nad powieką, która była spuchnięta, aż fioletowa. Zaczęła wyciekać ta ropka ciupinkę. Czyli jednak ujście jest. 

Młoda od tygodnia nie chodzi do szkoły, żeby nie zaziębić powieki. Wygrzewamy non stop i masujemy. 4x dzienie maść, 4x dziennie krople, rano i wieczorem chusteczki. Biedne dziecko.  I tak że ona daje sobie wciskać tą maść pod powiekę i te krople zakrapiać, bo gdyby to Maćka spotkało, to ja sobie nie wyobrażam... 

Rano powieka wygląda na zupełnie zdrową. Może jest po nocy wygrzana? W kąciku ma też zebraną ropkę, co widocznie w nocy lepiej schodzi. Natomiast w ciągu dnia tą grudkę pod powieką wybija mimo tych wszystkich zabiegów. Aż się boję, że trzeba będzie to w szpitalu usunąć, co wcale nie daje gwarancji, że po wyłyżeczkowaniu za chwile znów się w tym miejscu nie pojawi gradówka, więc jaki w tym sens? 


Macie jakieś doświadczenia z gradówką? Co pomogło?

Ja raz w życiu, na studiach, miałam gradówkę i niespecjalnie się nią przejmowałam. Trochę masowałam złotą obrączką, ale z tego co wiem, to z tym złotem zabobon, chodzi o masaż po prostu. Trzy miesiące żyłyśmy tak sobie w symbiozie zanim trafiłam do okulisty. Pani doktor też wtedy mówiła, że tylko zabieg, bo to za długo się utrzymuje, ale zapisała jakąś maść i krople, których nazwy nie pamiętam i pomogło jak ręką odjął. 


Z moją insulinoopornością zastój na razie. Nie robiłam dodatkowych badań, nie wybrałam się jeszcze do endokrynologa. Na razie na tapecie gradówka. Choć powiem Wam, że testuję takie "czary-mary". Łykam tabletki z morwą białą. Początkowo bardzo ostrożnie po jednej dziennie, bo opinie czytałam różne, ale już wiem dlaczego są takie rozbieżne. Dużo osób kupuje ją na odchudzanie, ale nie biorą pod uwagę tego, że morwa obniża cukier i jak ktoś mimo nadwagi ma poziom glukozy w normie, to może czuć się po tych tabletkach słabo i mieć zawroty głowy. Ja czuję się bardzo dobrze, powiedziałabym nawet, że rewelacyjnie. Mam dużo więcej energii. I UWAGA UWAGA! Zaczęłam więcej jeść. A waga ciągle stoi w tym samym miejscu, aż się nadziwić nie mogę. Ja mam ciągle 50,9 - 51 kg. Nawet teraz siedząc z córką cały czas w domu, a już tydzień minął.  30 miut przed posiłkiem połykam tą tabletkę. Zobaczymy. Za jakiś czas wybiorę się na badania. Jeśli glukoza mi nie podskoczyła mimo, właściwie normalnego jedzenia, to znaczy, że to działa. 



czwartek, 17 czerwca 2021

Będzie emocjonalnie i z przekleństwami, bo jestem w chwilowej rozsypce psychicznej.

Zwątpiłam w sens istnienia takiego zawodu jak psycholog. Uważam, że jest to zawód zupełnie niepotrzebny.

Po prostu ręce opadają. 

Na przestrzeni ostatnich 6 lat, miałam do czynienia z wieloma specjalistami, głównie za sprawą Maćka u którego zdiagnozowano autyzm, jak również w ostatnim roku Faustyny z powodu lęku przed przedszkolem. Sama też próbowałam terapii, na którą straciłam półtora roku i nic mi ona nie pomogła. 

Jaki z tego wniosek? Jeśli sama nie uporasz się ze swoimi, czy swojego dziecka problemami, to nikt Ci nie pomoże, bo prawda jest taka, że Ciebie czy Twoje dziecko każdy ma w dupie. Wiem, ostre stwierdzenie i być może krzywdzące, ale tak to widzę, tak czuję po tym wszystkim przez co przeszliśmy. 

Miałam dziś konsultację z psychologiem szkolnym Maćka w sprawie problemów w domu. Jak to w ogóle brzmi...PROBLEMY W DOMU. Już wcześniej nakreśliłam wychowawczyni sytuacje ze snem, a raczej jego brakiem, z zaparciami nawykowymi, z występowaniem zachowań agresywnych w stosunku do młodszej siostry, niezdrowa rywalizacja z nią, i tym podobnych sprawach. 

W szkole z Maćkiem problemów nie ma. Chętnie się uczy. Panie są zadowolone. A Maciek i agresja nie idzie w parze. Wychowawczyni była wielce zdziwiona i mi nie mogła uwierzyć, ale jak się okazało, "Co dla jednych jest podłogą, to dla innych staje się sufitem" i tak musiałam wytłumaczyć, że to nie chodzi o to, że on siostrę pobije, tylko jak coś jest nie po jego myśli (ona go wyprzedzi albo w czymś wygrywa), to Maciek ją z całej siły ściśnie za ramiona, czy ostatnio była taka sytuacja, jak Faustynka wzięła rakietki do badmintona, to on chcąc jej je wyrwać, tak mocno ścisnął tymi paletkami jej palec, że mógł go złamać. On wie, że zrobił źle i gdy młoda zacznie płakać od razu ją przeprasza, ale zależy nam, żeby był w stanie się opanować i bardziej się kontrolować w takich sytuacjach.  A może to nie są zachowania agresywne? I ja niepotrzebnie histeryzuję? Jednak wydaje mi się, że jeśli już teraz nie będziemy reagować i czegoś z tym robić, to się przerodzi w prawdziwą agresję i prawdziwe problemy.

W każdym bądź razie, opowiedziałam wszystko Pani psycholog, licząc na to, że Maćkowi zostanie zapewniona terapia psychologiczna i Pani terapeutka będzie z nim regularnie rozmawiać i tłumaczyć jak ważny dla zdrowia jest sen i regularne wypróżnianie. No bo może Maciek to co mówi mama traktuje jak takie głupoty, co to ona musi sobie pogadać, a już gdyby to usłyszał od kogoś bardziej kompetentnego to by jak raz pomogło. A Pani się mnie pyta czy byłam z tym u lekarza, bo to może trzeba farmakologię zastosować...  Chryste, jakbym chciała pójść na łatwiznę, to bym poszła, ale ja szukam pomocy. Dla mnie farmakologia to ostateczność. Takie tabletki to nie cukierki. To jest wszystko takie zjebane... To tak jak moja matka czy nawet moja teściowa - łyknąć se tableteczkę i świat się staje kolorowy, ale że wszystko się jebie dookoła, to chuj, ja mam wyjebane. Jak to sobie Chwytak śpiewa "Jebie mie to, jebie mie to..."

Ja chcę swojemu dziecku realnie pomóc, a nie podać cudowny syropek i odłączyć go od świata na 12 godzin w ciągu doby, bo tak jest najprościej. Już kiedyś wspominałam o skutkach ubocznych takich leków. 

Ja sama miałam depresję, ale  ni chuja, nigdy nie wezmę tego farmakologicznego gówna, bo wiem co zrobiło z moją matką i z moją teściową, jak pozbawiło je więzi emocjonalnych, empatii, instynktu macierzyńskiego i ogólnie zryło łby, no i jeszcze uzależniło.

Podczas rozmowy też wyszło gdzieś między wierszami, gdy Pani zaproponowała badania u specjalistów i oprócz rezonansu magnetycznego, gastroskopii, kolonoskopii, zbadanie melatoniny i tarczycy, że Maćkowi nie sposób pobrać krew do badań, bo jest tak silny, że 5 pielęgniarek go nie jest w stanie go utrzymać, to wiecie co powiedziała? "To niech mu Pani powie przed badaniem, że jak sobie da spokojnie pobrać krew, to dostanie nagrodę".  Kurwa, myślałam, że pod stół wpadnę. Ona serio myśli, że to takie proste? Syn w takiej sytuacji walczy o życie. Czasami odnoszę wrażenie, że ci wszyscy psychologowie nigdy nie mieli do czynienia z dzieckiem jakimkolwiek, a co  dopiero w dzieckiem z zaburzeniami. 

No i takim o to sposobem przez najbliższy rok albo i dwa będziemy wykonywać te wszystkie badania, a terapeuci będą mieli święty spokój. 

Czasami myślę, że po prostu na tych wszystkich terapiach tracimy jedynie czas, bo wszystko co udało nam się do tej pory osiągnąć, osiągnęliśmy własną pracą w domu. 

Kurwa, ryczeć mi się chce już przez to wszystko.


A wiecie co ta pipa do której chodziliśmy z Faustyną powiedziała? Że ona nie jest od tego żeby nam pomóc, że to rodzice sami muszą. To nie mogła tego powiedzieć kilkanaście spotkań wcześniej? Przynajmniej byśmy nie stracili na nią tylu cennych godzin. 


Sorry, ja wiem, że być może jestem niesprawiedliwa, ale ulało mi się...kurwa!



czwartek, 22 kwietnia 2021

Powrót do przedszkola.

 Emocje opadły, oddycham.

Nie byłabym sobą gdybym nie wspomniała dziś o Faustynce.

Wiecie co? W poniedziałek miała mega ogromny stres i wcale jej się nie dziwię zważając na to, że to był powrót po kilkutygodniowej przerwie. Do wyjścia przekonało ją wyłącznie to, że miała wrócić do nich Pani Babcia, którą tak uwielbiała, gdy zaczynała przedszkole. Niestety później nauczycielki się zmieniały i w ciągu ostatniego roku z hakiem przewinęło ich się 6. Kosmos.

Z każdym dniem stres jest mniejszy. Faustynka jest taka radosna. Jak ja się cieszę. 

A dzisiaj po raz pierwszy od września nie miała rano przed wyjściem biegunki. 

Codziennie opowiada o tym co działo się na zajęciach, co robiła, co jadła, z kim się bawiła, co nowego poznali i robi to z takim entuzjazmem, że aż się nadziwić nie mogę. 

Oby tak dalej! :D

-----------------------------------------------

Dopisane 23.04:

Dzisiaj Faustynka szła do przedszkola w podskokach i sama mi powiedziała, że ma zero stresu. Tak bardzo się cieszę. 


Kupiliśmy samochód i  odczulamy Młodą na jazdę. Przez kilka miesięcy nie mieliśmy auta, ale już wcześniej był duży problem. Faustynka miała taką nerwicę, że nie była w stanie przejechać 2 km. Powolutku zwiększamy dystanse. 

Gdy zamknięto przedszkola,  córa musiała towarzyszyć mi i Maćkowi w drodze do fizjoterapeuty SI. Gdy wprowadzono zdalne dla I-III udało mi się wcisnąć syna na rehabilitację oraz do logopedy. Zaklepałam wszystkie możliwe około południowe terminy i realizowałam mu "intensywną" terapię, korzystając z  czasu jaki zyskaliśmy dzięki zamknięcia szkół. Pierwszy wyjazd z Faustynką był i dla mnie bardzo stresujący. Już na przystanku rozbolał ją brzuch, głowa, chciała siku. W autobusie łezki zaczęły lecieć, ale to tylko 3 przystanki, więc szybko znaleźliśmy się na miejscu. Tam zobaczyła,  że jest toaleta, mogła skorzystać. Był stolik dziecięcy z krzesełkami w poczekalni, co bardzo  jej się spodobało  i zapowiedziała sobie, że następnym razem weźmie kolorowanki i kredki. Tak też następnym razem zrobiła. Z każdym kolejnym wyjazdem na zajęcia Maćka było lepiej i przyzwyczaiła się.

Mąż raz Faustynkę zabrał wbrew mojej woli i wbrew zaleceniom psychologa do jego rodzinnego domu,  a gdy się wkurzyłam, to usłyszałam, że ON dziecko z depresji wyciąga, a to ja ją wpędzam w nerwicę i że to ja powinnam się leczyć. 

Boże, mam dość... 

Każdego dnia walczę ze stresem Faustyny. Trwa to od września. Rozmawiam z nią tłumaczę, a  nagle słyszę coś takiego i to od najbliższej osoby. 

Tak, wkurzyłam się na męża,  bo w sprawie gdy powinniśmy decydować wspólnie postawił mnie przed faktem dokonanym. Wręcz oszukał mnie gdy się nie zgodziłam, a potem jeszcze wyszydził moją złość. 

Cholernie mi przykro. Widzę,  że  on i tak zawsze zrobi swoje, a ja nie mam nic do gadania. 

Mieliśmy następnego dnia pogadankę, niby zrozumiał o co mi chodzi... zobaczymy jak długo będzie pamiętał. Ja mu powiedziałam, że  nie mam już siły na kolejne takie akcje. 

Długo nie minęło, gdy się okazało,  że on nie czuje, że przyczynił się do mojej depresji lata temu. Pewnie nigdy tego nie zrozumie. Robi ze mnie wariata zaklinając rzeczywistość. Dobrze że  mam bloga i mogę sobie przeczytać co i jak było, bo by mi wmówił, że było inaczej.

poniedziałek, 12 kwietnia 2021

Nie tak to powinno wyglądać

Miałam dziś pisać  o bezzennościach Maćka. Nie śpimy już równy miesiąc (odkąd wrócił na zdalne). 

Jednak stało się coś co mnie strasznie wkurzyło. Nawet nie to, że wkurzyło, jest mi po prostu cholernie przykro.

To jest robienie sobie jaj z dzieci i ich rodziców. Chodzi o naukę zdalną.

O ile u Maćka w szkole to idzie jakoś normalnie. Materiały adekwatnie przesyłane do tego ile zrobiliby w tym czasie w szkole. Niestety Panie nie nagrywają filmów z tłumaczeniem nowego tematu, ale to nic, bo sobie świetnie radzimy. To w końcu pierwsza klasa. Na angielski się łączą przez platformę. Jakoś to wygląda.

A u Faustyny w zerówce to totalna porażka.

Dwa tygodnie temu Pani po prostu do książek dokleiła karteczkę: "Strony w ćwiczeniach od 51 do 69, a w kaligrafii od 20 do 23" i zadowolona. Wakacje. To i tak nic. Wtedy mnie to nie ruszyło. Pomyślałam "takie czasy, pandemia, no trudno". 

Dzisiaj dostałam zagadnienia na kolejny tydzień. Czytam, kilkanaście stron do zrobienia, poznanie nowej literki, wiersz do przeczytania i omówienia, jakieś piosenki (linki do youtubea) do słuchania i śpiewania, praca plastyczna do wykonania. No ok.

Ja myślałam, że to na cały tydzień. Przewijam dalej, a tam: "Dzień 2:" i sru tu tu tu... i dalej jazda, itp. itd.

...

Dzień 5: wiersz na pamięć i jakieś tam inne pierdoły. 

No pogięło!!!

W przedszkolu w jeden dzień zrobiliby conajwyżej 2 strony i jedną pracę plastyczną!

I Panie mają kolejny tydzień wolnego. 

Nie nie narzekam,  że  muszę z dziećmi robić zadania. Ja to lubię. Mam wręcz wrażenie, że  więcej się uczą siedząc w domu. 

Jednak podejście do nauki zdalnej Pań z przedszkola jest olewające po całości i jest mi zwyczajnie przykro, szczególnie że przed południem spotkaliśmy panie w parku, gdy były na ploteczkach i spacerku z pieskiem, rozmawiały z nami jak to tęsknią za dziećmi, bla bla bla, wracamy do domu i odczytuję tamtego maila. 

No przykro...

piątek, 19 lutego 2021

Lepsze dni w codzienności Faustynki

Nie chcę zapeszać, ale nasza córa ma się dobrze, a nawet coraz lepiej. Wszystko wskazuje na to, że przyczyną jej stresu przed przedszkolem była Pani, która odeszła z pracy po feriach. 

Biedne dziecko, co się nacierpiała to jej. 

Te ciągłe bóle brzucha i głowy, częste wizyty w toalecie, niechęć do wszystkiego, taki stan zawieszenia, brak radości, smutek i to ciągłe "nudzi mi się" - minęły, oby na stałe.

Podejrzewam, że było tak:

We wrześniu przyszła nowa Pani i Faustynka, gdy ktoś jej dokuczył, jak zawsze poszła powiedzieć, bo tak była nauczona, tak poprzednie Panie mogły zareagować, a ta nowa najwidoczniej powiedziała: "Nie wolno skarżyć". Pamiętam, że w którymś momencie córa żaliła mi się, że jej ktoś dokuczał, ja wtedy zapytałam czy powiedziała Pani, a Faustynka, że "nie wolno skarżyć". I wiem, że sama byłam zdziwiona, bo wcześniej Panie same mówiły, żeby wszystkie takie rzeczy zgłaszać, bo nie zawsze są wstanie wszystko wyłapać przy dużej grupie. 

Dziecko najwidoczniej poczuło, że nie ma wsparcia i obrony u nauczyciela, zostało z problemami całkiem samo i nie wiedziało jak sobie z nimi poradzić. Faustyna jest zbyt grzeczna, żeby kogoś uderzyć, obronić się. Choć jej tłumaczymy, że obrona jest bardzo ważna i bronić się trzeba, bo to nie to samo co zaczepianie kogoś czy bicie dla zabawy, tylko obrona konieczna samego siebie przed atakiem. Jednak to jest dziecko wrażliwe, porządne, dla niej to co powie Pani to świętość i ja to rozumiem, bo byłam dokładnie taka sama i też miałam ciężko. 

Gdy klasy 1-3 wróciły do szkół, otworzono również Domy Kultury. Początkowo młoda nie chciała wracać na tańce, bardzo się stresowała po takiej długiej przerwie. Pierwsze zajęcia przepłakała, twierdząc że źle się czuje. Uprzedziłam Panią, że tak może być. Zajęcia prowadzi moja dawna koleżanka, więc potraktowała sprawę poważnie i gdy Faustynka się rozpłakała i skarżyła na złe samopoczucie, to mogła siedzieć z Panią, a właściwie ciocią, bo tak się teraz do niej zwraca i jakoś przetrwała. Na drugie zajęcia też nie chciała iść i przesiedziałyśmy pod salą, natomiast na kolejne miała pójść tylko na 30 minut i gdy po nią przyszłam Pani powiedziała, żeby się pytać Faustyny czy już chce iść, bo się świetnie dzisiaj bawi i faktycznie, stres odszedł i nie chciała wracać do domu, więc musiałam sobie pójść na spacer i wróciłam dopiero po nią pod koniec zajęć. Od tamtej pory chodzi na tańce z uśmiechem na ustach i znowu wyczekuje czwartku jak dawniej. 

Do przedszkola rano też się wybiera bez większego stresu. W ogóle zmieniła się o 180 stopni w stosunku do tego co było jeszcze 2 miesiące temu. Jest zadowolona. Stroi się rano. Tego w ostatnich miesiącach nie było. Szła jak na ścięcie, a teraz taka zmiana. Fryzury, spineczki, sukieneczki... 

Jeszcze tylko do tej religii się nie przekonała, bo trzeba przechodzić do tamtej "niegrzecznej" grupy. Jednak jest nadzieja, bo w marcu ma wrócić ta cudowna nauczycielka, która miała naszą grupę pod opieką na początku. To była taka Pani Babcia. Dzieci ją uwielbiały. Faustyna skakała pod sufit jak się dowiedziała, że Pani Babcia wraca. Ma teraz jeszcze większą motywację, żeby chodzić do przedszkola. 

Pani Babcia była starszą nauczycielką, surową, ale bardzo sprawiedliwą i miała świetne podejście do dzieci. Trzymała dyscyplinę, ale też chwaliła, nagradzała, przytulała, a zajęcia z nią były ciekawe. Faustynka nie raz się żaliła, że teraz jest nudno i nic fajnego nie robią, a jak była Pani Babcia to dużo tańczyli, śpiewali, ćwiczyli, zabawy były ciekawe. Po prostu nauczycielka się bardzo angażowała, a niestety te nowe, młode Panie to siedzą przy biurku, przeglądają książki albo niestety gapią się w telefon. I ja widzę, że moje pokolenie ma ogromny problem z uzależnieniem od internetu, w szczególności od mediów społecznościowych. 

Żeby Faustynkę otworzyć zaczęłam szukać sobie koleżanek. Nie jestem duszą towarzystwa. Raczej domatorką. Ludziom niespecjalnie ufam i nie przed każdym potrafię się otworzyć. Jednak zmusiłam się i zaczęłam "chodzić po chałupach" i też zapraszać gości do nas. Najpierw odwiedziłyśmy przyjaciółkę Faustynki z przedszkola, tą co razem z młodszą siostrą na początku roku szkolnego zostały u nas, żeby ich mama mogła pójść na spotkanie. Wiele razy nas zapraszała i się w końcu zmobilizowałam.  Tyle, że właśnie ta mama ma telefon przyrośnięty do ręki. No przepraszam, ale co minutę było słychać ten charakterystyczny dźwięk dla nowego postu na facebooku i ona już czyta i odpisuje i już czyta i odpisuje i tak w kółko. Pierwszy raz w życiu coś takiego widziałam. Myślałam, że to po prostu ona jedna tak ma, ale dołączyła do nas inna mama z córeczką i to samo. Siedziałam tam jak piąte koło u wozu i modliłam się, żeby dzieci nic nie nawyrabiały, bo córka gospodyni dwa razy spadła z łóżka piętrowego w tym czasie, a mamuśki siedziały i klepały w swoje telefony od czasu do czasu przebąkując coś do siebie. A jak ta mama narzekała na sąsiadów, że się wiecznie czepiają, bo u nich za głośno, pukają w ściany, że jej kartki na drzwiach przyklejają, itp, itd... Ja się wcale nie dziwię. Ja miałam pokaz umiejętności jej dzieci już we wrześniu, jak u mnie były i miałam dość po jednym razie a co dopiero jakby tak miało być cały czas. Ludzie chcą po pracy odpocząć, może ktoś odsypia po nocce. A ta się ma za pępek świata i wielce obrażona, bo sąsiad zwrócił jej uwagę.  No ale tak, mamuśka nos w smartphonie, a dzieci hulaj dusza. 

Innym razem wybrałyśmy się z nimi na sanki i w drodze powrotnej zaprosiłyśmy do nas na herbatkę. Kolejnym to my poszłyśmy do nich na lepienie bałwana. Jednak ciężko mi się do nich przekonać. 

Któregoś weekendu zaprosiłam do nas tą moją koleżankę, która prowadzi tańce w DK. Tak się składa, że też ma córkę w naszym przedszkolu i to był strzał w dziesiątkę. Dziewczynki świetnie się razem bawiły. A i mamy miały wspólne tematy do rozmów. A w następną sobotę, my zostałyśmy zaproszone do nich i też rewelacja. Teraz Faustynka ma fajną koleżankę, no i ja odświeżyłam znajomości.


Co jeszcze? Postanowiłam, że spróbuję głośno oznajmiać, gdy coś mnie boli, czy gdy się gorzej czuję, bo doszłam do wniosku, że córa widzi mamę niezniszczalną, której nic nigdy nie jest i co taka mama może  tam wiedzieć o bólu. Młoda sobie myśli że ból (choćby kolka w boku ją zakuje, to od razu histeria), to pewnie coś strasznego. Tym bardziej jak widzi, że gdy tatę coś zaboli czy jest przeziębiony, to leży i taki taka jest o wiele bardziej wiarygodny dla dziecka, którego od czasu do czasu coś zaboli. Dlatego teraz mówię, że boli mnie brzuch, gdy mam okres, mówię, że złapała mnie kolka, gdy szłyśmy szybciej, gdy ostatnio mi noga spuchła po sankach, to pokazałam Faustynce krwiaka i mówiłam, że boli, ale to nic, za parę dni przejdzie, posmaruję maścią na stłuczenia i noga będzie jak nowa. I wszystko to z uśmiechem na twarzy, dając jej do zrozumienia, że to wszystko to nic strasznego, że takie rzeczy się zdarzają i widzę u niej różnicę. Dzisiaj rano zabolał Faustynkę brzuch i ona się z tego śmiała. Totalny luz. 


Pani psycholog dalej krąży na około. Ostatnio stwierdziła, że mój maż jest ambitny i Faustyna też to przejęła i chce być perfekcyjna, dlatego się tak stresuje. Z tym że młoda jest ambitna, to Ameryki nie odkryła, bo to już mówiliśmy na pierwszym spotkaniu, ale mąż to jest raczej leniwy. Jest owszem inteligentny i z wielką łatwością przyswaja wiedzę, ale uczyć to mu się nie chciało, czy osiągać coś więcej ponad przeciętnej. 

Za chwile pewnie wymyśli, że my mamy wygórowane ambicje w stosunku do córki i stąd stres, bo nie jest w stanie nas zadowolić 🤦‍♀️

Ale to i tak nic w porównaniu do tego na jaką lekarkę od rehabilitacji dla Maćka trafiliśmy ostatnio, ale to temat na kolejny post. Mówię Wam, padniecie 🤣


Najważniejsze, że wychodzimy z córką na prostą. Z psychologiem, czy bez, raczej bez, ale niech będzie, że terapia jest.



piątek, 5 lutego 2021

Odkrywam nowe talenty

 Zbliża się przedszkolny bal karnawałowy.

Faustynka wymyśliła że przebierze się za żabkę.

Zwiedziłam wszystkie sklepy i nie znalazłam ani zielonych legginsów ani rajstop, a wszystkie bluzki czy spódniczki były raczej miętowe niż zielone. 

Gdy podeszwy butów już mi płonęły, zajrzałam do sklepu z tkaninami i... kupiłam 1,5 m materiału.

Jako że nie mam maszyny do szycia dłubałam przy tym ręcznie 3 godziny, ale wydłubałam... spódniczkę i bluzeczkę.

Mój krawiecki debiut:


Chyba nie wyszło najgorzej ;)











wtorek, 2 lutego 2021

No pudło

No niestety, Pani psycholog coś nie trafia w swoich diagnozach. Nie chcę kobiety skreślać, ale znowu widzę pewnego rodzaju model książkowy, którego się kurczowo trzyma. Chyba zapomina, że należy do każdego człowieka podchodzić indywidualnie. Jako psycholog powinna o tym wiedzieć, czyż nie?

Wymyśla tu przyczyny takich a nie innych zachowań Faustynki. Miesza się już w tym wszystkim. Raz mówi tak, następnym razem odwrotnie. Szczerze to mnie to nawet nie bulwersuje, ale za to śmieszy. Nie chcę kobiety skreślać, ale chyba jednak nie jest taka dobra jak miała być.

Agnieszka siostra męża też stwierdziła niedawno, że zostanie psychologiem. Dlaczego? Bo siostra jej chłopaka jest i czesze na tym grubą kasę. Niezły powód. Bez komentarza. 

Jeśli jednak mamy takich psychologów, to ja się wcale nie dziwię, że mamy tylu samobójców i ludzi znerwicowanych.

Przecież Aga się kompletnie do tego nie nadaje. Zero empatii, wyjebane na wszystko, brak kręgosłupa moralnego i ona będzie pomagać ludziom z problemami?


Wracając do tematu. Na którymś spotkaniu Pani psycholog powiedziała, żeby dziecka nie zmuszać jak nie chce iść do przedszkola. Dla mnie to niedorzeczne. Claudii tak nie zmuszali i przesiedziała 6 lat w domu na toku indywidualnym, mojej teściowej z resztą też, dlatego szkoły średniej nie skończyła. No niepojęte dla mnie. Tylko, że Pani psycholog nie wiedziała o jednym: że nigdy nie pozwoliłam Faustynce zostać w domu gdy nie widziałam, że naprawdę jest chora, zawsze starałam się odróżnić czy to faktycznie ból głowy czy stres objawiający się w ten sposób i na rzęsach stawałam, żeby koniec końców córkę przekonać do wyjścia. Oczywiście wszystko rozmową i tłumaczeniem  na spokojnie bez nerwów.  Na następnym spotkaniu owa Pani próbowała mnie uwikłać, że Faustyna wie, że jak powie, że coś boli to mama zostawi ją w domu i nie będzie musiała iść do przedszkola. Dobre... 

Na pierwszym spotkaniu Pani zaproponowała, żeby dziecko w czasie porannego stresu przed przedszkolem namalowało to czego się boi. Więc gdy się pojawił silny stres, to dałam młodej kredki i powiedziałam "Narysuj to czego się boisz", bez jakichkolwiek sugestii. Gdy skończyłam to pytałam co to jest. I tak za jednym razem namalowała budynek przedszkola, siebie ze smutną minką w centrum strony i jakieś dziewczynki. Powiedziała, że Wika jej dokucza na tym obrazku i dlatego jest smutna. 

Innym razem namalowała siebie płaczącą i dookoła niej chłopców i jakąś postać z boku. Gdy zapytałam co jest na jej rysunku to powiedziała, że to chłopcy z innej grupy jej dokuczają. A ta postać z boku, to pani przy biurku z telefonem w ręce siedząca jakby tyłem do dzieci! I wtedy dowiedziałam się dlaczego córka nie chce chodzić do przedszkola w czasie dyżuru na feriach (zapisałam ją na kilka dni, żeby nie miała tak dużej przerwy, myślałam, że zrobiłam dobrze). Po prostu byli połączeni z tą grupą starszaków gdzie muszą chodzić na religię i ona się boi tamtych chłopców, bo są niegrzeczni.

Co na te obrazki psycholog? Żeby nie traktować tego tak dosłownie, bo to przykrywka do właściwych przemyśleń dziecka. To po co kazała to malować?


Ostatnio wymyśliła, że jak Faustynka chce w sklepie zabawkę, to żeby nie odmawiać, bo to jej sposób na radzenie sobie ze stresem, tylko kupić. Tak jak człowiek dorosły w stresie bierze lek uspokajający, tak córka kupuje zabawkę. Następnym razem pewnie powie, że sami sobie ją rozwydrzyliśmy, bo kupujemy wszystko co chce 😂


Strasznie kombinuje, szuka przyczyny stresu Faustyny w nas, w naszej relacji małżeńskiej i nic nie może znaleźć. Już się nawet o finanse i seks dopytuje i też nic nie znalazła. Ciekawe czym nas następnym razem zastrzeli.


Pani psycholog jeszcze nie wie, że "problemy" Faustynki się cudownie rozwiązały po feriach, gdy się okazało, że Pani, ta która wg "nic nie znaczącego obrazka" zamiast zajmować się dziećmi siedziała z nosem w smartfonie już nie pracuje. Oficjalnie dostała pracę gdzie indziej, ale prawda jest pewnie taka, że inni rodzice zamiast latać z dziećmi tak jak my po psychologach, to poszli do dyrekcji i zrobili jak to się teraz mówi "gówno burze" i pani przedszkolanka wyleciała. 

W ogóle po feriach mamy inne dziecko. Wrócił apetyt, pięknie je. Nawet w przedszkolu gdy coś smakuje to prosi o dokładkę. Nie narzeka, że się nudzi. Nie trzyma się mnie kurczowo i nie muszę z nią siedzieć podczas oglądania bajki jak to było podczas ferii. Jedyne co, to nadal nie chce chodzić na religię, bo twierdzi, że boi się tamtej grupy.


Zobaczymy co psycholog jeszcze wymyśli. Na pewno jest wiele sensownych rzeczy, które nam podpowiada. Nie krytykuję jej w stu procentach. Zdaję sobie sprawę, że młoda dużo odziedziczyła po mnie i wiem, że muszę sama nad sobą pracować, żeby się nie stresować i nabyć więcej pewności siebie, ale  też wiem, że to się nie zmieni od pstryknięcia palcem i potrwa pewnie w chu...

Miłego!

wtorek, 5 stycznia 2021

Intensywność ostatniego miesiąca

W ciągu ostatniego miesiąca wiele się wydarzyło. Znając mnie, już pewnie połowy nie pamiętam, więc wybaczcie jeśli coś gdzieś będę w późniejszym terminie uzupełniać.

W którymś z ostatnich wpisów, w komentarzach przewinął się temat o mojej teściowej. Staram się nie wracać do niej i całej tej udanej rodzinki, może nie tyle dla mojego komfortu psychicznego, bo szczerze to mi to lotto co z nią i u niej, bo mnie to już nie dotyczy bezpośrednio, nie szkodzi mi fizycznie, ale bardziej o komfort czytelników. Po prostu mi się wydaje, że już nikt nie chce o niej i jej schizach czytać. Pojawiają się też komentarze, że wywlekam na światło dzienne brudy z ich życia, a to nie moja sprawa i że to ja jestem popierdolona skoro o tym pisze. Może nie do końca mogę się z tym zgodzić. Może popierdolona to i jestem. Jednak wydaje mi się, że takie sytuacje warto jest naświetlać, bo tacy ludzie i takie historie istnieją i może warto było by uczulić społeczeństwo na taki problem. Może kogoś to uchroni od popełniania moich błędów. Życie nie zawsze jest różowe. Potrafi przybrać wszelkie barwy, również te najbardziej ponure szarości i czernie.

Jednak teraz muszę od czegoś zacząć, no i niestety wstęp będzie dotyczył sytuacji w rodzinnym domu mojego męża. Wybaczcie.

Końcem listopada dodzwoniła się do mojego męża jego babcia (matka mojej teściowej). Miała jakieś problemy z telefonem, ale koniec końców gdy wyjęła i włożyła baterię to komórka wystartowała. Płakała. Możecie się domyśleć dlaczego. Jest źle traktowana, wyrzucona na górę do usługiwania Agnieszce jak ta we wrześniu poszła do szkoły, a że sobie nie poradzi nawet ze zrobieniem kanapki czy herbaty, to musi mieć służącą. Matka mojego męża zabarykadowała się na dole razem z Claudią, nie wychodzą nawet na podwórko  tylko zakupy przez okno odbierają (od początku pandemii). W korytarzu jest zrobiona "śluza antycovidowa" z grubych folii i taśm, aby Agnieszka nie musiała już wchodzić do swojego pokoju z podwórka po drabinie na pierwsze piętro. Z resztą babcia (75+), która od września zajmuje się Agą pewnie nie była by już w stanie tak po drabinie latać. Teść nadal mieszka w kotłowni!!! Nie wolno mu wejść do domu nawet tą śluzą na górę. Autentycznie ten facet śpi na dechach pod piecem w kotłowni od marca. Babka i Aga też nie mają wstępu na dół. Zostały bez kuchni i bez łazienki. Teść we wrześniu miał wykańczać na szybko łazienkę. Kupił prysznic, potrzebne rury, ale, że ma słomiany zapał, to nic nie zrobił, choć chyba miał wtedy przyzwolenie wchodzić śluzą czy po drabinie na górę. Wojny tam są straszne. Możecie sobie wyobrazić i te wyobrażenia pomnóżcie jeszcze przez 10. Dobrze, że babka ma naszą kuchenkę elektryczną na dwa palniki i czajnik elektryczny, to przynajmniej sobie i Adze coś ugotuje i herbatę zrobi. Ma też starą lodówkę z naszego mieszkania. Tylko że pranie od marca robi w rękach, bo pralka jest zepsuta. Chcieliśmy jej po kosztach odsprzedać naszą pralkę, bo mąż miał ochotę kupić pralko-suszarkę, ale teściowa się nie zgodziła, żeby "ruda suka" nie miała lepszej niż ona. I babka musiała się męczyć 9 miesięcy z ręcznym praniem. Gdy się wreszcie dodzwoniła, żaliła się na to wszystko, na swoją córkę, na wnuczki, na ręce zdarte do krwi od proszku. Na to że Aga ma wymagania nieadekwatne do sytuacji. "Rzuca ubraniami po żyrandolach" i nic ją nie obchodzi. Ma mieć uprane, uprasowane, wypachnione. Zabiera się i jedzie do chłopaka, wraca za tydzień, rzuca babce brudy, każe prać, bierze nowe i wybywa z domu. Babcia zapytała czy może się do nas wprosić na święta. Zdziwiliśmy się, bo niby tak się boją covida, ale widać już była zdesperowana. Oczywiście się zgodziliśmy.  Nawet mąż włączył na głośnik i dzieciaki mogły z prababcią porozmawiać, ona obiecała że przyjedzie z Agnieszką. Dzieci bardzo czekały, szczególnie Faustynka. 

Przygotowywaliśmy się na Święta Bożego Narodzenia, że będziemy mieć gości. Zrobiłam większe zakupy, bo byliśmy pewni, że w pierwszy dzień świąt babcia z Agą i być może jej chłopakiem przyjadą. W wigilię o 12 mąż zadzwonił do Agnieszki zapytać jak sytuacja, czy przyjadą na święta. Powiedziała, że przyjadą dzisiaj.  To jeszcze w ostatniej chwili pobiegłam do sklepu po dodatkową porcję pierogów i prezenty pod choinkę dla gości. Już ciasta nie znalazłam, bo same ostatki pozostawały, a też nie chciałam szukać po całym mieście, więc po powrocie do domu upiekłam na szybko placek cynamonowy z jabłkami i bakaliami, który przełożyłam konfiturą i oblałam polewą z czekolady. Okazało się, że teściowa na Wigilię ich nie puści. Agnieszka dzwoniła i płakała, że nie będą mieć w domu Świąt, Wigilii nie będzie, a stara ich nie puści, bo nie wykończy. Wojna straszna się z tego wywiązała. Oczywiście wina nasza. Teściowa się kończy, umiera, Świąt nie będzie, wszystko przez "rudą kurwę". Ruda to ja jakby kto nie wiedział.  Mąż jeszcze dzwonił do babki, ta się wykręcała, stwierdziła, że może po Wigilii na chwilę przyjadą, po czym więcej nie odebrała telefonu.  To i tak dobrze, że nie nagotowałam podwójnej ilości jedzenia, ale i tak zostało nam żarcia od pierona, które jedliśmy do Sylwestra. Nie mam żalu o tą sytuację, ja po prostu tego nie rozumiem i szkoda mi naszej Faustyny, która tak tęskni za prababcią i tak wyczekiwała jej przyjazdu. 

Z kolei druga babcia mojego męża (85 l.) kilka tygodni temu trafiła do szpitala. Nie miała covida, więc ją przyjęli. Okazało się że ma guzy w głowie. Gdy po trzech tygodniach miała ze szpitala wyjść i zostać przewieziona do specjalistycznego ośrodka, okazało się że w szpitalu zarazili ją covidem. Teraz jest w ciężkim stanie.

Młoda ma bóle brzucha, głowy, czasami mam wrażenie, że wszystkiego. Początkowo myślałam, że to PIMS - powikłania po covidzie. Robiliśmy badania. Jest zdrowa. Czeka ją jeszcze USG brzucha na dniach, ale jestem pewna, że wszystko jest w porządku, a to są nerwobóle.  

Niedawno Faustynka miała prawdziwy napad paniki. Jakaś koleżanka w przedszkolu powiedziała do niej "umrzesz" i córka w domu zaczęła zadawać pytania o śmierć prawie się przy tym dusząc. Mi było słąbo jak na to patrzyłam i próbowałam daremnie uspokoić. Nic nie pomagało. Dopiero mąż wpadł na pomysł opowiedzenia jej o aniołkach, niebie, Bozi... pomogło. Uspokoiła się. 

Wróciliśmy do Kościoła. Mówiąc dosadniej nawróciliśmy się. Codziennie się modlimy o zdrowie brzuszka, uczestniczymy w Mszach Świętych. Z Bogiem jest jakoś łatwiej. Można by tu wiele pisać.

Nasza córka ma prawdopodobnie początki depresji, którą sytuacja z pandemią uwidoczniła. Jesteśmy po dwóch spotkaniach z psychologiem, bardzo dobrym psychologiem, choć nie dziecięcym. Problemy w przedszkolu są prawdopodobnie przykrywką do głębszych przemyśleń naszego dziecka. Niestety duży wpływ na to jaka stała się nasza córka miało mieszkanie u teściów, kontakt z nimi, obserwacja tych wszystkich irracjonalnych zachować i awantur i to, że my sami jako rodzice przesiąknęliśmy tą chorą atmosferą. I nawet jeśli nie powielamy schematów i błędów, to jednak to w nas siedzi, a dziecko to czuje. Wszyscy nadajemy się na terapię. Powiedziała, że jeśli my, rodzice  się wyleczymy, to i dziecku przejdzie. Podejrzewam, że to łatwe nie będzie i potrwa zapewne kilka lat. Ja już próbowałam terapii przez ponad półtora roku i szczerze to nic we mnie to nie zmieniło. Po prostu miałam się komu wygadać z bieżących spraw. Wiem, że jestem WWO i w pewnym stopniu skrupulantem, ostatnio dowiedziałam się, że mam osobowość obsesyjno-kompulsywną. Wszystko się zgadza. Córka ma to samo. Trochę genetycznie, trochę przejęła być może z mojego zachowania. Trochę zaczerpnęła z hipochondryzmu mojej teściowej i strachu o siebie od mojego męża i voila. Wszyscy jesteśmy bardzo skrzywdzeni przez życie. Z każdej strony dostaliśmy po dupie. Zarówno ja jak i mąż mamy toksyczne, psychicznie chore matki, które przez uzależnienia od psychotropów nie miały za grosz empatii, miłości i powiązania z własnymi dziećmi. Mąż był w o tyle lepszej sytuacji, że miał babcię i może dzięki temu aż tak bardzo się to wszystko  na nim nie odbiło niż na mnie, ale przejął inne schizy. Już jako kilkulatek znał wszystkie możliwe choroby i suplementy.  Z kolei gdy ja się uwolniłam z jednej toksycznej relacji z moimi rodzicami, to wpadłam z deszczu pod rynnę do teściów i to też nie było obojętne dla mojej psychiki. Ja właściwie już to wszystko wiem od dawna, ale cieszę się, że mąż to usłyszał od kogoś innego niż ja i przyjął do wiadomości. Myślę, że jesteśmy na dobrej drodze.

Psycholog zaleciła całkowicie zerwać kontakt z rodziną męża. Hurra!!!


Nie wiem co jeszcze chciałam napisać.

Święta spędziliśmy kameralnie w bardzo miłej i spokojnej atmosferze. Może dorzucę niedługo kilka zdjęć  :)

Pozdrawiam i całuję poświątecznie! :*


Wrzucam:








Szczęścia w Nowym Roku!


-------------------------------------------------------
Dopisane 10.01.2021:

Dowiedzieliśmy się dzisiaj, że w nocy babcia męża (85 l.), ta która miesiąc temu trafiła do szpitala ze zmianami nowotworowymi zmarła :(


środa, 30 września 2020

Wzloty i upadki, tornado w mieszkaniu, lekcja muzyki

Chwilę mnie tu nie było, wybaczcie, ale z drugiej strony mam teraz o czym pisać i nie wiem nawet od czego zacząć.

Jeśli chodzi o szkołę Maciusia, to jak na razie jesteśmy bardzo zadowoleni. Młody co rano leci jak na skrzydłach, a po powrocie do domu już w progu oznajmia z radością "Mam zadanie! Mam zadanie! Mam zadanie!". Ostatnio mieliśmy też spotkanie przed kamerką z panią wychowawczynią i psychologiem w sprawie programu terapeutycznego. Maciek został przez panie wychwalony, więc jestem przeszczęśliwa, że tak świetnie się zaaklimatyzował w nowym miejscu, nie buntuje się, nie wdaje w konflikty, jest chętny do pracy. Wręcz panie stwierdziły, że inne dzieci mogą brać z niego przykład. Normalnie duma mnie rozpiera. Wiadomo ma swoje dysfunkcje z uwagi na autyzm, nie wszystko rozumie, no ale po to wybraliśmy szkołę terapeutyczną, żeby miał szansę na lepszy rozwój pod okiem terapeutów. Wychowawczyni poinformowała mnie o zajęciach dodatkowych jakie Maćkowi zostały dobrane i tak z zajęć indywidualnych raz w tygodniu logopeda oraz zajęcia z psychologiem według potrzeb. Zajęcia rewalidacyjne dwa razy w tygodniu. Z zajęć grupowych zajęcia muzyczno-ruchowe, terapia światłem, LEGOterapia, zajęcia wspomagające radzenie sobie z porażką podczas gier np. planszowych (to baaardzo, bardzo się przyda, ponieważ mamy  duży problem, a często gramy w planszówki), dogoterapia. W październiku dostaniemy nową rozpiskę planu lekcji z uwzględnieniem tych wszystkich zajęć dodatkowych, więc już synuś nie będzie kończył lekcji o 12. Myślę, że dla niego to żaden problem, bo tak polubił szkołę, że on by tam najchętniej całą dobę przebywał jakby się dało. Boże, jak ja się cieszę! Jak sobie pomyślę, że miałby co rano płakać, że nie pójdzie, że siłą by go trzeba z łóżka wydzierać i ubierać, a później jakimś cudem do szkoły zaciągać... Tyle problemów odpadło. Chociaż, żeby nie było tak kolorowo, to dla równowagi powróciły problemy ze snem. Widocznie on na wszelkie zmiany reaguje bezsennością. W nocy budzi się co chwilę, lata do kuchni sprawdzić która godzina. W ogóle jest zafiksowany na zegarek. Celowo nie kupiliśmy mu do pokoju zegara, bo już by w ogóle nie spał tylko co minutę sprawdzał która godzina. Może to w ogóle wszystkie zegarki z domu powyrzucać? Nie wiem... 

Zachowania na drodze na razie bez zmian, jest nerwowo i stresująco. 

Pochwalę się! Odnieśliśmy sukces z obcinaniem paznokci!!! 😁

Chyba po prostu nadszedł ten dzień, że się udało i udaje póki co, przynajmniej u rąk, z nogami gorzej.  Tylko, że znowu powrócił problem obcinania włosów. Sami trochę zaniedbaliśmy, więc biję się w piersi, bo przez tą całą epidemię nie poszliśmy z nim do fryzjera, a gdy chcieliśmy sami obciąć synowi włosy przed wrześniem, to się okazało, że znowu jest cyrk, bo przerwa była zbyt długa. Trzeba by mu co miesiąc przycinać centymetr, żeby utrzymać regularność. Teraz sobie ustawię przypomnienie w telefonie, że każda np. pierwsza sobota miesiąca będzie dniem obcinania Maćkowi włosów i myślę, że z każdym jednym obcinaniem włosów będzie lepiej. 

Za to ciągle podtrzymujemy sukces mycia głowy! Hurra!!! 😁

A włosy myjemy teraz codziennie (oczywiście koniecznie z zachowaniem stałego rytuału trzymania szmatki na oczach i spłukiwania wiadereczkiem),  bo obowiązkowo po szkole, przedszkolu dzieci wskakują do wanny. 

Z zębami póki co spokój, więc już chwilę u stomatologa nie byliśmy, ale ubytków u dzieci nie widać, myją ząbki codziennie bez marudzenia. 

Dieta u Maćka jest rewelacyjnie zbilansowana. Chłopak już na prawdę je niemal wszystko. Czasami jakaś zupa mu nie zasmakuje to nie chce, ale zawsze spróbuje. Zjada kasze, makarony, ryż, pieczywo różne, nawet żytnie, wafle ryżowe z dżemem, ciasta, torty, twarogi, jajka pod różną postacią (oprócz na miękko). Je jabłka, gruszki, truskawki, banany, winogrono, pomidory, buraczki, marchewkę, kapustę (gołąbki zjada! krokiety!), sałatę, cebulę (cebularze czy podsmażoną na pierogach), rzodkiewkę, ogórki, nawet kiszone! Choć jeszcze niedawno miał na nie odruch wymiotny. Nawet jak czosnek przecisnę do sosu to zje, a on lubi intensywne smaki. Tak się cieszę, bo u syna nadal problem z podawaniem leków, więc rozszerzona dieta jest tu bardzo ważna. Boże, i pomyśleć, że jeszcze 3-4 lata temu jadł tylko mięso, ryby, ziemniaki i kanapki z szynką. Jak ja sobie przypomnę jak musiałam wstawać codziennie rano o 4:00 i mu te ziemniaki gotować do przedszkola, bo tam nie jadł, to ja tak się cieszę, że mało nie eksploduję z radości!!! 😁

Tak w tym miejscu jeszcze napiszę, wszyscy dzisiaj tacy fit, zdrowe odżywianie, fitness, itp, itd... W szkole prosili żeby na drugie śniadanie nie przynosić słodyczy. Maciek ma zawsze kanapkę/bułeczkę razową, zawsze z jakimś warzywkiem, a co inne dzieci? Ciastka, drożdżówki... Ale jakby się tak z kim zgadać, to zero cukru. Zeroo... Nie wierzcie we wszystko co inni mówią. 


Maciek ma ciągle problemy z koordynacją, utrzymaniem równowagi, potyka się, już nawet w szkole wylądował ze schodów, ale nic, radość nie znika z jego twarzy nawet jak pupa boli. 

Pięknie czyta.

Taka jestem wzruszona.

Mój ośmiolatek. Jeszcze 4 lata temu nie mówił nawet "mama". To jest nie do opisania co ja czuję. 

Rozryczałam się.

Mam tak wspaniałego syna. 

💙💚💛💜💗💙💚💛💜💗💙

Faustynka, moja mała księżniczka z sercem na dłoni.

Patrzę na nią i widzę siebie, moją wrażliwość, moją empatię, moją nieśmiałość, moją dojrzałość, mój strach i stres. Widzę też mojego męża - poranny śpioch 😉

Moja mała córeczka już ma 6 lat.  Ciężko było jej wrócić po tak długiej przerwie do przedszkola. Bardzo przeżywa ten powrót. Czasami popłakuje, mówi, że nawet da się zaszczepić na tego wirusa, żeby już tylko było normalnie. Żebym mogła jak dawniej wchodzić z nią do przedszkola, normalnie odbierać bez stania w kolejkach. Żeby mogła wziąć z sobą ulubionego misia. 

Miała bidula kontuzję. Na placu zabaw w przedszkolu zakuło ją w kolanku i strasznie płakała. A dosłownie wydarzyło się to kilka minut przed tym jak mąż poszedł ją odebrać. Przyniósł ją z przedszkola na rękach zapłakaną. Nic wielkiego się nie stało. Tylko krzywo stanęła, ale już do wieczora przesiedziała na sofie i następnego dnia nie poszła do przedszkola, a kolejnego prosiła żebym odebrała ją wcześniej, bo nie chce iść na plac zabaw. Teraz już jest dobrze, chyba zapomniała. 

Zadziwia mnie jej dorosłość w prowadzeniu dialogu. Nie jest jak inne dzieci, które się drą bo czegoś chcą. Jej można wszystko wytłumaczyć. O wszystkim można z nią normalnie porozmawiać, na spokojnie. Może to przez to, że od zawsze jej tak wszystko tłumaczyłam i ona nie zna, nie wie że można inaczej? Jest świetnym słuchaczem. Gdy czegoś nie rozumie zadaje pytania, a ja zawsze staram się na nie odpowiedzieć. Wielu jej rówieśników nie ma pojęcia jak należy się zachowywać, że w różnych miejscach należy się dostosować i w rezultacie wszędzie zachowują się tak samo, często głośno i niegrzecznie. Faustynka wie, że nie może biegać po sklepie, bo może się zgubić, że nie może krzyczeć, bo będzie innym przeszkadzać, wie, że w kościele należy siedzieć spokojnie i nie rozmawiać, bo to jest miejsce modlitwy. Tak samo w restauracji nie może szaleć, bo to nie miejsce na wygłupy. Od tego są place zabaw, po to chodzimy codziennie na spacerek, żeby się wybiegać, pograć w piłkę. W domu też jest bardzo spokojna. Potrafi się na godzinę zająć malowaniem albo pomaga mi w czasie gotowania czy pieczenia ciast. Potrafi od początku do końca obejrzeć bajkę trwającą ponad godzinę albo słuchać z uwagą gdy jej czytam przed snem. 

Jest też bardzo delikatna i wyczulona na kuksańce od koleżanek. Ona nigdy w domu nie dostała, nigdy, ani jednego klapsa. Też bardzo ją chroniliśmy przed Maćkiem, żeby jej nie zrobił krzywdy. Wiecie jak z nim było, jaki był w stosunku do Faustynki agresywny. My w domu nawet głosu nie podnosimy, więc ona nawet nie wie jak to jest na nią nakrzyczeć. Może to źle. Sama nie wiem. W sumie moja matka mnie wychowywała przez zastraszanie i ciągłe darcie i mnie to ani trochę nie zahartowało, wręcz przeciwnie, narobiło wiele szkód. Postanowiłam sobie, że będę całkiem inną matką niż ona. 

Moje dzieci się mnie nie boją i właśnie tego w swoim macierzyństwie chciałam. Ale też nie wchodzą mi na głowę, akceptują normy, dostosowują się do zasad, które mają w prosty sposób wytłumaczone. U nas nie ma "nie, bo nie". Pewnie gdyby usłyszały "nie i koniec kropka", też by się buntowały. A tu "nie, bo...", no to "aha".  I tak samo to działa w drugą stronę. Córka mi tłumaczy np. dlaczego nie chce iść dzisiaj do przedszkola i o tym rozmawiamy, szukamy rozwiązań, ja jej tłumaczę dlaczego powinna chodzić. 

Boże, jak ja się cieszę, że mam czas dla swoich dzieci. Nie ma nic ważniejszego na świecie dla mnie niż one. Ja wiem, zostanę zaraz skrytykowana, że hoduję "nieodpowiedzialne łamagi", że jestem darmozjadem, pasożytem żyjącym na koszt państwa. Wiem, wiem, ja już to znam, ja już to słyszałam. Mam wspaniałe, dojrzałe i odpowiedzialne dzieci, które zawsze mogą na mnie liczyć i dla których zawsze mam czas. 

I nie, nie uważam sie za jakąś supermatkę, ani bohaterkę i nigdy nie uważałam się za lepszą od innych. Nigdy z nikim się nie porównywałam. Dążyłam do ideału (co niekoniecznie jest dobre, może doprowadzić do depresji, a tam już też byłam) własną drogą, według własnej intuicji. I na pewno błędy popełniałam.


Zawsze broniłam innych rodziców. Zawsze usprawiedliwiałam. Starałam się rozumieć ich sytuacje. Ciężko pracują, po pracy są zmęczeni, a tu jeszcze obiad trzeba ugotować, gary pozmywać, ubrania wyprasować, no i kiedy się mają bawić, rozmawiać z dziećmi. Żyją w biegu. Do pracy, z pracy, zajęcia pozalekcyjne,... Ale zaczynam rozumieć słowa Anewiz i muszę przyznać jej rację w wielu kwestiach. Coraz częściej przyglądam się innym rodzicom, ich metodom wychowawczym albo często ich całkowitym brakiem i jestem przerażona, ale i przestaje mnie dziwić zachowanie niektórych dzieci. Bo jeśli rodzic (nie mówię że wszyscy, ale są takie przypadki) odstawi do przedszkola na godzinę 7, a odbierze o 17, to kto ma te dzieci wychować? Wrócą do domu, zjedzą, kąpiel i spać. 


Pewnego razu, jedna mama z przedszkola nie miała z kim zostawić dzieci, a miała po południu ważne spotkanie. Zapytała czy mogłaby podrzucić do mnie córki (jedna z grupy Faustynki, a młodsza prawie 3-letnia). No to czemu nie? Oczywiście, że chętnie pomogę. Chociaż nie powiem, trochę mnie zdziwiła taka propozycja, bo jednak jestem obcą osobą, tyle co się czasami w przedszkolu widzimy i to nasze córki się znają, a nie my.

Cieszyłam się, że dziewczynki się pobawią, przygotowałam kolorowanki, puzzle, nawet bajkę ustawiłam na tv taką co wiem, że lubią. I spodziewałam się wielkiego płaczu z powodu braku mamy (szczególnie tej młodszej, która mnie będzie widziała po raz pierwszy w życiu), ale tego co przeżyłam nie za bardzo. 

Mama zostawiła u mnie dziewczynki i poszła na spotkanie. Płacz? Nie. W ogóle nic. Tak się rozbiegły po mieszkaniu, że ich nie obchodziło czy mama jest czy nie. Pierwsze co to młodsza się rzuciła na tablet a starsza na komputer, jakby nie znały niczego innego. Wzięłam tablet mówiąc, że to nie jest zabawka. Komputer ma hasło, więc nie włączyły. No to co? Szaleństwo. No jakby tornado mi wpuścił do mieszkania! To one nie wiedzą, że pod spodem ktoś mieszka i się tak nie biega? W ogóle to w każdym pomieszczeniu były. W kuchni dorawały Lubisie. Nie żebym miała coś przeciwko, czy nie chciała ich poczęstować, ale ja nawet nie wiem czy nie mają alergii na gluten. No to piszę sms do mamy z pytaniem czy mogę im dać Lubisie albo muffinki, czy nie mają uczulenia na gluten. Nie mają, mama podziękowała. Ok. Czasami się mówi, że dziecko nie może usiedzieć 5 minut na miejscu, że pobawi się zabawką 5 minut i rzuci w kąt, ale ja tu odniosłam wrażenie, że te dziewczynki, to w ogóle nie potrafią się bawić, bo nawet przez jedną minutę się nie potrafiły czymś zainteresować. Usiadły do kolorowanek, odetchnęłam, ale po kilku kreskach znów się rozbiegły. Nawet na bajkę nie zwracały uwagi. W minutę wszystkie zabawki były rozsypane po całym salonie. No i żeby się jeszcze tym bawiły, a one tak tylko po przewalały, w ogóle nie zwracając uwagi, że mogą coś zepsuć, urwać. No to tory będą układać, po zczepieniu dwóch części puzzle. No to wszystkie puzzle tyle co powywalały z opakowań, namieszały... kloci, autka. To na orbitreka jazda. A to jeszcze przy pianinie ich nie było. Dziękuję Ci córeczko, złote z Ciebie dziecko. Ona do nich mówi: "No, noo, ręce trzeba najpierw umyć i porządnie wytrzeć, żeby nie były mokre". Trochę z nimi pograłam, pouczyłam gamy i "kotka". Ta młodsza co rusz się w głowę hukła, a to o futrynę, to w ścianę, to pod łóżko wlazła i przywaliła głową  w stelaż i ani nie kwikła! Latałam za nią jak jakaś wariatka, bo się bałam, że sobie krzywdę zrobi, a wspinała się nawet na parapety. Moja Faustynka ją łapała z łóżka, żeby nie spadła, a rodzona siostra w d**** miała. Już nawet po mojej córce widziałam, że miała dość, bo się o tą młodą też bała tak samo jak ja.

Z Maćkiem też różne jazdy miałam, ale z nim nie było kontaktu do 4 roku życia conajmniej, no autyzm, opóźnienie w rozwoju, ale ja to go cały czas na rękach nosiłam, żeby się nie zabił. A tu normalne zdrowe dzieci i nie rozumieją, że czegoś nie wolno, że można spaść z parapetu, że do akwarium się nie puka, że na orbitreku się nie huśta. Ale to i tak pal licho z ich zachowaniem. Zawsze można podsumować "Aaa, dzieci... niech się bawią".  To jaki charakterek pokazała rówieśniczka mojej młodej wprowadziło mnie w osłupienie. Wieczne niezadowolenie, skwaszona mina, muchy w nosie. Nie wiem po kim to ma, ale nie podobało mi się strasznie. "Ja mam lepsze", "Ja bym to zrobiła lepiej", "Ja też to miałam, ale zepsułam"... Podsumowując: moje jest lepsze, bo jest mojsze i chuj! Jak się przysłuchałam, to mi oczy na wierzch wyłaziły. Normalnie ego nie mieściło się w mieszkaniu.

Wiem, to nie moja sprawa, jak kto wychowuje swoje dzieci, czy ich nie wychowuje wcale. Mi nic do tego. Nie mam prawa krytykować, ale na miejscu tej znajomej, znając swoje dzieci bym choć delikatnie uprzedziła na co należy się przygotować. Chociaż ja w takiej sytuacji nie zostawiłabym dzieci pod czyjąś opieką, a już szczególnie osobie obcej.

Minęło coś ponad godzinę i mama wróciła. 

Zrobiłam herbatkę, poczęstowałam muffinkami. A to usłyszałam niedowierzanie w głosie, że sama je upiekłam, a to Faustynka ma za czysto w pokoju, "jak to jest w ogóle możliwe, żeby dziecko miało porządek"? No normalnie, jak sobie nabałaganią, to sobie posprzątają. Wystarczy wszystko odkładać na miejsce.  A to sugestie, że mieszkanie wynajmujemy, bo ona była pewna, że ja mówiłam, że wynajmujemy. Nie, mówiłam, że kupiliśmy swoje. W ogóle z każdą minutą rozmowy przybierała coraz to zieleńsze barwy. Opowiadała mi jak to jej młodsza już 3 razy spadła z łóżka piętrowego jak się ze starszą biły, a mi szczęka coraz bardziej się otwierała ze zdziwienia. To ja rozumiem dlaczego takie uderzenie o futrynę dla niej to nic, w końcu na co dzień gorsze wypadki jej się przytrafiają.  "A kto gra na pianinie?", "A ty to tak sobie nic nie robisz?"  Patrzę na nią pytającym wzrokiem.  Ona powtarza: "No nic nie robisz? Nie pracujesz?". No, nie pracuję. I ten triumf w jej postawie. Tak, już wiem po kim ta młoda to ma.

Czy mi to ujmuje? Po głębszym przemyśleniu uważam, że nie. Z resztą po ponownym przeczytaniu dzisiejszego tekstu tym bardziej uważam, że nie.

 💙💚💛💜💗💙💚💛💜💗💙

Inna znajoma kiedyś wyskoczyła do mnie z propozycją: "A bo słyszałam, ze Ty grasz na pianinie. Sprawdziłabyś tą moją małą, czy ma słuch, czy jest muzykalna, czy by się nadawała do szkoły muzycznej, bo mi dupę zawraca ciągle, że chce grać. Może byś ją trochę pouczyła". Ok. Chętnie.

No to wpadnij z nią, coś pogramy. 

Dziewczynka 6-letnia, czyli też rówieśniczka mojej Faustynki. Nawet się czytać nauczyła, taka była zdeterminowana chęcią grania na instrumencie. 

Jezu, jakbym moją Faustynkę miała przy pianinku. Taka spokojna, taka zadowolona, chętna do nauki.  No z godzinę siedziałyśmy przy instrumencie i ona by tak drugą przesiedziała tak była zachwycona. Uczyłam ją czytać nuty, za pomocą techniki kolorowych dźwięków. Nie jak to było za moich czasów, że nauczyciel napisał dźwięki na pięciolinii w różnych kluczach i kazał się w domu nauczyć i na następną lekcję już umieć. No jest to pracochłonne, nie powiem, że nie, ale dziewczynka ma predyspozycje i zapał, a to cieszy niesamowicie. Nauczyłam ją "Kotka" i "Sto lat". 

Mama stwierdziła, że to nudne, że trzeba mieć cierpliwość do grania i że to raczej nic z tego nie będzie. Chyba miała nieco inne wyobrażenie. Czyżby myślała, że córka po kilku minutach będzie trzaskała wszystkie nuty weselne i to jeszcze na dwie ręce? No niestety tak to nie działa. Dzieci latami uczą się gry na instrumencie, zanim zagrają muzykę, a nie wydukają dźwięki i kilka technicznych ćwiczeń. 

No przykro mi, bo entuzjazmu tej młodej długo nie zapomnę.

Dało mi to też dużo do myślenia i sama coś wyniosłam z tej lekcji.

Otóż, zawsze twierdziłam, że absolutnie nie zapiszę swoich dzieci do szkoły muzycznej, nie chciałam żeby grały, bo to za ciężka harówa, za duży stres, szkoda zdrowia.

Tylko czy ja im swoją postawą czegoś nie odbieram?

Może nie szkoła muzyczna, bo na tę chwilę naszych nie polecam, ale usiądę z Faustynką i Maćkiem pewnie też przy pianinie, bo przecież mogę to zrobić. Niektórzy by chcieli a nie mogą 😊

💙💚💛💜💗💙💚💛💜💗💙

Dziś pod przedszkolem Faustynki znowu cyrk! Wystałyśmy się w deszczu jak głupie w kolejce, aż miałam ochotę nas zawrócić do domu, ale skoro już dała się namówić do pójścia mimo ruszającego się ząbka, no to nie mogłam jej tego zrobić.

Przez jakiś czas nie było aż takich kolejek, ale co? Księdzunio przyniósł wczoraj wirusika. Tzn. wczoraj było izolowanie grupy, która miała z nim religię i wydawali nam wczoraj dzieci w dużych odstępach czasu i dzisiaj też przyjmowali w taki sposób, że wchodziło dziecko, pani zamykała drzwi, czekała 4 minuty i dopiero wpuszczała drugie dziecko i 4 minuty. No paranoja. Przede mną matka za rękę z przedszkolakiem, a na ręku malizna 6-cio miesięczna. I bądź tu człowieku zdrowy. Jutro wszyscy będziemy mieć kataro-wirusa i będziemy siedzieć w domu.

A propos kataru, już przerobiliśmy katarzynę po pierwszym tygodniu września i siedzieliśmy 5 dni w domu. Ja nie wiem jak te moje dzieci uzyskają choć 50% obecności. Przecież one co chwilę mają katar.


Rybki mają się dobrze. Już dawno nic nie zdechło, tfu, tfu.

Mąż przytargał nowe lustro do salonu. Boskie jest! On też, że je przytargał.


A co u mnie?

Chyba nawrót endometriozy, bo przez tydzień cierpiałam zanim okres dostałam. No i dostałam wczoraj i myślałam, że zdechnę, ale dzisiaj już jest lepiej 😘

Utrzymuję stałą wagę 55 kg, czasami ciut mniej, czyli tak jak lubię, ale zdaję sobie sprawę, że dobrze było by zrzucić jeszcze 2 kg, bo jak teraz tego nie zrobię, to po Bożym Narodzeniu będę mieć 57, a wtedy do 60 już jest bardzo blisko, właściwie tylko Sylwester 😂

A potem żeby zrzucić te nieszczęsne 6 kg, to jest u mnie 3 miesiące męki. Lepiej zapobiegać niż leczyć...

Odkąd regularnie ćwiczę nie mam takich spadków ciśnienia. Teraz to już tak nawet w normie. Mniej więcej 110/80. To nie to co 90/60!

Poprzesadzałam sobie paprotki. Pogram czasami na pianinku, bo jak dzieci miałam 24h na dobę, to nie zawsze był czas. A to sobie posprzątam. Dużo gotuję, bo lubię, żeby nie było, że przykuta do garów.

Dobrze mi...


Tak się rozpisałam, że aż o obiedzie zapomniałam, ale już opanowana sytuacja, później czeka nas tylko kolacja.

Zdrówka Kochani! Zdrówka!