Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Endometrioza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Endometrioza. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 lutego 2022

Covid, obniżenie nastroju, urodziny...

 Hej!

Masakra, jak mnie tu długo nie było!

Może zacznę od tego, że mieliśmy covida i do połowy lutego siedzieliśmy na kwarantannie. 

Już chyba depresji dostaję od tego ciągłego siedzenia w domu, no i dupa mi rośnie... A żeby to była dupa, to jeszcze, bo mi to idzie zawsze w brzucho. 

Praktycznie to my od tej nieszczęsnej listopadowej anginy, to w kółko jak nie na kwarantannie, to na zdalnym, to jeszcze covid nam się przyplątał w styczniu. Nawet nie wiem skąd, bo zaatakował zewsząd. Pozytywy były i u męża w pracy i u Faustyny w klasie, u Maćka z resztą też.

Na szczęście nic poważnego nam się nie działo. Po trzy dni kataru i męczący kaszel, drapanie w gardle. Tzn. mam nadzieję, że żadne powikłania się nie pojawią. W przyszłym tygodniu jesteśmy umówieni do lekarza rodzinnego i zobaczymy co powie. Może jakieś badania wypisze. Dzieci umówiłam też do laryngologa, bo syn ciągle (nie że kaszle) jakoś tak chryczy, odchrząka... nie wiem nawet jak to nazwać. 

Spadek nastroju mam niesamowity. Może to też ta figlująca pogoda. Byle do wiosny! Może na działeczce mi przejdzie.  

Jak zaczęliśmy w jesieni chorować, a jak już wiecie, to było u nas pechowo, bo to jelitówka, to gradówka u Faustynki, uszy, spojówki, potem ta angina, to już nie zdążyłam poratować tulipanów, których cebulki posadziłam na działce,  a jakiś gryzoń mi je powykopywał i powyżerał co smaczniejsze. A mogłam sadzić w koszyczkach. No ale pooo coo? Przecież przez całe lato nie dopatrzyłam się u nas nawet jednego kreta, a co dopiero innych stworzeń 🤦‍♀️

A miało być tak pięknie na wiosnę... 

E tam, jeszcze nie jedna wiosna przed nami, tzn. mam taką nadzieję. 


Dzisiaj leżę i kwiczę. 

No niestety, wygląda na nawrót endometriozy. Aż mi się słabo rano z bólu robiło i miałam straszne mdłości. I pomyśleć że przez ostatnie 5 lat żyłyśmy sobie w zawieszeniu broni i już zdążyłam się przyzwyczaić i zapomnieć jaki, to ból sprowadzający do parteru w czasie okresu. 

Oh Endometriozo! Nikt nie potrafi dobić tak jak ty! No... może jeszcze moja teściowa. 

Jednak ta pandemia ma swoje plusy. Chyba jednak już mi lepiej. Tak, już mi o wiele lepiej, przynajmniej psychicznie. 


Brak ruchu mi nie służy. Aż się boję zbadać poziom glukozy. Przez święta sobie pofolgowałam trochę. Było pieczywko, sałatka jarzynowa z majonezem, serniczek upiekłam, noo... Efekt niestety taki,  że ubrania na mnie piszczą, a siedzenie w domu nie pomaga. Liczę na to, że jutro będę czuła się lepiej i wybiorę się na minimum kilkukilometrowy spacer. 


Wrzucam w tym miejscu taką przykładową listę produktów o niskim indeksie glikemicznym (gdzieś spisywałam po notesach, ale co na blogu to na blogu, a i może jeszcze ktoś skorzysta):


motywatordietetyczny.pl

Tak się składa,  że najbardziej na świecie uwielbiam jeść ogórki, cukinie i jajka. A to akurat dobrze. 

Kocham wiosnę i nowalijki.




salaterka.pl


Ciekawe jak nasza magnolia na działce  🌸🦋☘️🌻🌹


Nie uwierzycie...
MACIEK SKOŃCZYŁ 10 LAT!🥳
Boże, jak ten czas leci...



Chyba coraz fajniejsze torty mi wychodzą 🎂




Aha, pochwalę jeszcze oczyszczacz powietrza o którym pisałam ostatnio. Serio się sprawdza. Widać różnicę. Mieszkanie nie wymaga już codziennego odkurzania i jeżdżenia na szmacie. Kurz nie zbiera się już tak intensywnie, a nie ukrywam, dostawałam już kręćka z tym sprzątaniem. 

wtorek, 7 września 2021

Chyba czas zmienić lekarza rodzinnego

Miałam kontynuować o wysyłaniu z kwitkiem,

zatem...

30 maja podjęłam kolejną próbę odchudzania gdyż waga znowu zaczęła rosnąć i dobiła do 59,5 kg. Wprowadziłam sprawdzone już na obie restrykcje, czyli zero glutenu, zero cukru, zero mięsa. Dopiero takie połączenie sprawia, że waga u mnie powoli leci w dół. Początek był najtrudniejszy, męczyłam się strasznie, bo bardzo lubię pieczywo, ale trzymałam się dzielnie. Mój jadłospis wyglądał zazwyczaj tak:

- rano kawusia z roślinnym mlekiem, np. migdałowym,

- przed południem koktajl owocowo - warzywny z wykluczeniem owoców z wysokim IG, takich jak np. banan, 

- koktajlu zazwyczaj wychodziło mi ok. 500-600 ml, więc dzieliłam na dwa razy i zamiast obiadu wypijałam drugą porcję,

- jako kolacja wypijałam kefir lub jogurt naturalny,

Ot, cała moja dieta tak wyglądała przez dwa miesiące. Waga w tym czasie spadła o 6 kg i ważyłam 53 kg. Jednak byłam bardzo zmęczona i senna. Nie miałam za grosz siły aby zabrać się za ćwiczenia. Postanowiłam wykonać badania myśląc, że pewnie anemia się przyplątała czy coś. Pani doktor wypisała mi skierowanie na badania podstawowe (morfologia, mocz, glukoza). Wykonałam je, dodając prywatnie do tego żelazo. I co się okazało? Anemia? Nie. Wyniki badań wręcz idealne z jednym wyjątkiem - cukier powyżej normy. 

No coś tu nie halo z tą glukozą. Po takiej diecie,  a ja mam na czczo 104 mg/dl, gdzie norma to 70-99.

Odwiedziłam Panią doktor, licząc na jej zainteresowanie. Opowiedziałam o swoich dolegliwościach, które mogłyby zasugerować stan przedcukrzycowy, ale Pani doktor stwierdziła, że jestem zdrowa, badania w normie, nic mi nie jest. Pytam o ten podwyższony cukier, a ona wręcz zbulwersowana stwierdziła, że jest w normie. Widocznie ma jakieś nieaktualne normy.

Swoją drogą to ciekawe jaką glukozę miałam przy wadze 60 kg?! Szkoda, że nie wykonałam badań przed dietą, bo może było 120. Ciekawe czy wówczas twierdziłaby, że to norma.

Tłumaczę jej, właściwie powtarzam, że jestem od dwóch miesięcy na diecie, jem niemal same warzywa, schudłam 6 kg i że taki wynik nie jest w tej sytuacji normalny. A ta w zaparte, że "To w zależności ile pani słodzi". No szkurde! "No przecież mówię, że jestem na diecie i nie słodzę". A ta się pyta na jakiej diecie. Ja, że się odchudzam, a ona: "To wcale pani nie słodzi? W ogóle?". Trzy lata nie słodzę, a od dwóch miesięcy nie jem glutenu, żadnego pieczywa, makaronów, kaszy,... No powtarzam wszystko od początku. Mówię, że mąż je wszystko i nawet słodycze, pizze i ma 80 jednostek glukozy na czczo, a nawet po posiłku miał 93. A ona, że to nie można się do kogoś porównywać i dalej swoje, że mam cukier w normie.

A to że jestem senna, zmęczona, stwierdziła, że pewnie jestem przemęczona. 

Kurde, już z 8 lat jestem w takim razie przemęczona.

Liczyłam, że wypisze mi jakieś skierowanie na dodatkowe badania lub chociaż skierowanie do endokrynologa. Tym bardziej, że wspominałam, że przed pandemią kontrolowałam regularnie badania tarczycowe, które wskazywały na początkową fazę Hashimoto,  a ona nic.  Wg niej jestem zdrowa.

I tak oto zostałam odesłana z kwitkiem. 

Skoro nie mogłam liczyć na pomoc lekarza, zaczęłam kombinować na własną rękę. Zmodyfikowałam dietę. Wykluczyłam całkowicie owoce. Wprowadziłam tłuszcze  - ryby i jajka. Po swojej dwumiesięcznej diecie cholesterol miałam poniżej normy, więc jakby, któraś z was miała zbyt wysoki poziom cholesterolu, to polecam zajadać warzywa na zmianę z  kefirem. 

Odczekałam miesiąc i powtórzyłam badania. Waga spadła na 51,5 kg. Oprócz glukozy zbadałam poziom insuliny na czczo, tsh, ft3, ft4. Trochę mnie to kosztowało, ale tarczycowe mam w normie. Z tym że powinnam jeszcze zbadać anty tpo i anty tg, bo to z tym miałam jakieś problemy dawniej, ale to już następnym razem. 

No i co się okazało po wyliczeniu wskaźnika HOMA?!

Insulinooporność jak byk! 

Aby pozbyć się insulinooporności powinnam zejść z poziomem glukozy do 84.  Teraz mam 100! Odchudzać się dalej? To ile ja mam ważyć? 45 kg? Było by jeszcze niby w normie przy moim wzroście, ale ja tego nie chcę. 

A w ogóle to mam chyba alergię na gluten, bo gdy przez trzy miesiące go nie spożywałam miałam bardzo ładną cerę, a gdy ostatnio sobie zrobiłam taką jakby nagrodę po odchudzaniu i zjadłam warzywa w tortilli pszennej, to mnie tak wypryszczyło, że przez trzy ni mnie morda aż piekła, wręcz paliła i byłam bordowa na twarzy łącznie z dekoltem i uszami. 

Także tego. 

Zostało mi chyba do końca życia jeść same warzywa i to te o najniższym indeksie glikemicznym.  


Dziewczyny,

Tu taki zwrot do Was,

Jeśli macie wrażenie, że tyjecie z niczego, że macie problemy z utrzymaniem wagi albo odchudzacie się a waga nie spada - BADAJCIE SIĘ! Nie dajcie sobie wmówić, że to dlatego, że żrecie nieposkromienie. Sprawdźcie poziom insuliny, wskaźnik homa, a nuż to insulinooporność.  Podobno wiele osób się z tym zmaga o tym nie wiedząc. 

Ja objawy mam właściwie od dziecka. Chociażby otyłość brzuszną. Jednak jakoś żaden lekarz się tym nie zainteresował. 

To tak jak od zawsze mdlałam z bólu w czasie miesiączki, to przez kilkanaście lat słyszałam, że to normalne, najpierw od matki, potem że widocznie taka moja uroda - z ust ginekologów. A co się okazało? Endometrioza. Dopiero w wieku 28 lat trafiłam na lekarza, który się mną zainteresował i wdrożył odpowiednie leczenie, po którym mogę normalnie funkcjonować nie patrząc na to w którym jestem dniu cyklu.  



sobota, 13 lipca 2019

Takie tam lepsze i gorsze nowinki.

PMS właśnie sprowadził mnie do parteru.
Tak strasznie boli mnie brzuch, jest mi strasznie słabo, oblewa mnie pot, a do tego ta biegunka. Okres się spóźnia. Miesiączka miała się pojawić w czwartek, a ja od czwartku cierpię.
Zimne dreszcze... znowu.
Migrena.
Piersi tak napęczniały jakby miały zaraz wybuchnąć.
Te dni kiedy przeklinam  swoją kobiecość.

A już tak dobrze było.
Poprzednich dwóch miesiączek  niemal nie odczułam, a tu znowu endometrioza mówi "Dzień dobry" i spogląda na mnie szyderczym wzrokiem spod kapelusza.

Oddychaj...
W takich chwilach nawet to jest za trudne.


Naszło nas na mały remoncik. Taa... mały. Remont może i mały, ale syf taki, że już żałuję, że cokolwiek ruszaliśmy. W końcu dopiero co pół roku temu zakończyliśmy prace remontowe tego mieszkanka. Oby efekt był zadowalający.


W planach mam kupno pianina :D
Nareszcie! Jupi!
Ciekawe czy pamiętam jeszcze jak się gra. W końcu 7 lat nie dotykałam instrumentu.
Nie będzie to pianino akustyczne, bo doszliśmy do wniosku że nie wiemy jak sąsiedzi zareagują na moje rzępolenie, dlatego bardziej odpowiednie będzie cyfrowe + słuchawki.


Zbliża się 9ta rocznica naszego ślubu. I jeszcze się nie pozabijaliśmy, więc chyba jest dobrze, mimo tego wszystkiego co przeszliśmy.
Powiem więcej. Od prawie roku przeżywamy swój miesiąc miodowy.
Prawie tyle samo czasu nie widziałam teściowej. Co za radość.

Lipiec zaczął się dość chorowicie, bo końcem czerwca dopadł syna wirus żołądkowy i potem po kolei wszyscy polecieli jak domino. A tydzień temu córę rozłożyło ostre zapalenie gardła, ale już jest ok.

środa, 27 marca 2019

Kruca Fiks! Śnieg!

A to nam pogoda spłatała figla - w nocy zaczął padać śnieg i całkiem go do rana sporo przybyło, więc znów wyjęliśmy zimowe kurtki, czapki i szaliki. Za to teraz wyszło piękne słońce i roztapia białą, śniegową pierzynkę. Od jutra planowana znowu wiosna. Jak będzie? Zobaczymy ;)

Chwilę mnie nie było. Jakoś się nie mogłam zebrać do pisania. Maciuś chorował. W ogóle wszyscy tacy zasmarkani chodzimy, że masakra. 

Jakiś czas temu mąż przywiózł mi mojego orbitreka, który został u teściów, więc czasami sobie na niego wskoczę. Już tak długo nie widziałam teściowej - tak mi z tym faktem dobrze, że pojęcia nie macie. Męża też nie ciągnie w rodzinne strony i to mnie bardzo cieszy. Jedzie jak już musi. W końcu jeszcze parę rzeczy tam zostało, chociażby rowery dzieciaków. Teściowa oczywiście kochającą babcię udaje i pyta: "Jak tam moja Faustynka?" <rzyg> 
Którymś razem gdy mąż już stamtąd wychodził, to wypaliła na "do widzenia" do niego tekstem: "Pocałuj mnie", a on na to: "A w dupie cię mam!".
Współczuję bardzo dziewczynom, które mają podobne relacje z teściowymi, ale mąż jest wewnętrznie rozdarty, bo chciałby żeby i tu i tu było dobrze i próbuje to wszystko kleić i nalega na rodzinne spotkania i chce wszystkich pogodzić, jeździć z rodziną do rodziców na święta i udawać, że wszystko jest ok.  No niestety nie zawsze się tak da. A ja jestem w mega dobrej sytuacji, bo mój mąż nie czuje z matką żadnego powiązania. Z resztą przecież ją zna, nigdy nie była dla niego matką, więc czego ona teraz oczekuje? Na pewno jest na mnie gadania: "Bo to ta Ruda Suka mu zabrania", "To wszystko przez te kurwę", "Ona go nabuntowała"... itd. Ale wisi mi to, ja znam prawdę, a teściowa niech sobie tłumaczy jak i czym chce swoją wredność. Innym razem  jak mąż też był u nich coś przewieźć, to akurat im się pralka zepsuła i on się wtedy zaśmiał "Pewnie Ruda zepsuła" i matka z babką się tak popatrzyły na niego zmieszane. Co one sobie myślą? Że my to wszystko puścimy w niepamięć? I nagle będziemy udawać rodzinę? Ooo, co to to nie. 

Tam w ogóle był przez dwa miesiące straszny konflikt między teściami, a babką. Wtedy co teść od nas sępił kasę na prawko dla Agniesi. Jeszcze tak długo się babka nie utrzymała. I tak oczywiście było, że myśmy ją nabuntowali, a przecież ostatnio ją w listopadzie widzieliśmy.  W końcu uległa i dała im te dziewięć stówek, bo w końcu ile można nie mieć wstępu do kuchni. A ile się napłakała i nagadała na swoją córkę "Ta blada kurwa.../Tyle tej bladej kurwie poświęciłam, a ona tak mi dziękuje...", itp. itd. No i hu* z tego. Znowu jest jak było. Babka usługuje królewnie jak zawsze i z kasy nadal wyskakuje.
Szkoda mi babci, ale co mogę zrobić? Chciałam, żeby mąż ją do nas na jakiś czas przywiózł, bo gdy ją widział w jakim jest stanie i mi to opowiadał, to mi serce pękało, ale on sam mi wytłumaczył, że gdy tam jest konflikt, to on się nie chce mieszać, bo i tak jest ciągle na nas gadane, że babkę "buntujemy". A ona przecież też nie była fair w stosunku do nas. Ile się nie raz napyskowała jak ją córeczka ponastawiała? Pierwsza była do wypier*****ia  nas z domu. Nawet jeśli się nawróciła, to niesmak pozostaje. 

W ubiegłym tygodniu odwiedziłam mojego ginekologa. Wyniki badań przebiły moje najśmielsze oczekiwania. Poziom hormonów w normie jak nigdy. Endometrioza uśpiona. I wyjaśniła się przyczyna w miarę bezproblemowej utraty wagi. Przecież ja się od 5ciu lat odchudzam. Dieta "mniej żreć" nie jest już od dawna u mnie dietą, a stylem życia. I w końcu! Najbardziej mnie cieszy, że te 10 kg mniej, udaje mi się bez problemów utrzymywać. Jednak są też minusy. Ostatnio gdy mierzyłam sukienki, musiałam się pozbyć aż trzech sztuk, bo były zwyczajnie za duże. Własnym oczom uwierzyć nie mogłam. Pod jakim kątem nie spojrzałam to w ramionach sterczały, a na brzuchu wisiały jak wór po ziemniakach. Nie żebym się nie cieszyła, ale w styczniu jeszcze pasowały i myślałam, że na wiosnę będą jak znalazł, a tu zonk. Cierpię na deficyt ubrań, szczególnie bluzeczek i sukienek, bo spodni sobie już nakupiłam. 

USG piersi w jak najlepszym porządku, podobnie jak cytologia, więc tylko się cieszyć.
Zaniepokoiła mnie jednak obecna miesiączka. Brzuch pobolewał już od środy, bolesność piersi to u mnie norma w ostatnim tygodniu cyklu, więc spoko, ale biegunki towarzyszą mojemu ostatniemu PMSowi, co jest bardzo uciążliwe. Miesiączka pojawiła się wczoraj. Tak obfita już dawno nie była. Ostatnio przed leczeniem farmakologicznym endometriozy, czyli jakieś 3 lata temu. Wczoraj już po godzinie miałam "przeciekniętą" podpaskę i to tak, że spodnie miałam zakrwawione do połowy ud i znowu te dreszcze z zimna i musiałam położyć się do łóżka, bo myślałam, że zamarznę, a do tego potworne bóle stawów. I to wszystko już akurat po wizycie u ginekologa. Wygląda na to, że muszę się umówić do niego jeszcze raz, co ostatnio jest mega wyczynem, bo moją ostatnią wizytę przekładał kilkukrotnie, gdyż a to miał urlop, a to niby aparat USG był zepsuty. 


Faustynka w ostatni weekend świętowała urodzinki.
Moja Kruszyna skończyła 5 latek! 
Boże, jak ten czas leci...
Moja Mała Księżniczka. Jest już taka samodzielna. 

Czekamy na wywiad w sprawie usług opiekuńczych dla Maciusia. Ciągnie się to i ciągnie. Te wszystkie formalności, ta cała biurokracja. No nic. Jak trzeba czekać, to trzeba. Ciekawe ile godzin tygodniowo mu przyznadzą i ile będziemy musieli za to zapłacić. Swoją drogą, to nie jest do końca fair, bo niby miało być bezpłatnie, a teraz się okazuje, że jest jakiś przelicznik, że w zależności od zarobków trzeba coś dopłacać do każdej godziny. Pani doktor na zaświadczeniu wpisała 15 godzin tygodniowo, więc w skali miesiąca się uzbiera trochę, no ale czego się nie robi dla dziecka :*
Mam nadzieję, że będzie do nas przychodziła sympatyczna Pani, która pokocha Maciusia i będzie chciała mu pomóc. To wspaniały chłopiec, który zasługuje na to. 

Wiecie co? Maciuś zafiksował się na kalkulator. Namiętnie uczy się go... na pamięć. 
Kąpiele wreszcie stały się przyjemnością, a nie męką. Oczywiście pod warunkiem, że nie myjemy głowy, bo z tym ciągle mamy mega problem. Włosy próbujemy obcinać mu "na żywca". Dawniej jakoś się udawało podczas snu mu obcinać, a od dłuższego czasu się budzi przy każdej próbie. W ogóle od przeprowadzki ma mega lekki sen. Budzi się w nocy strasznie często. Ja chodzę jak zombi. Mam wrażenie, że w nocy nic tylko kursuję między pokojami odprowadzając go do jego łóżka i tak w kółko po kilkanaście razy. Cierpię, bo nie potrafię spać w dzień. Teraz mam oczy jak ping-pongi.
A wracając do włosów. Obcinamy go maszynką do strzyżenia, wcześniej obwinąwszy go ciasno wilgotnym ręcznikiem, a drugi mały trzymam mu na oczach. Bo jak się okazało najbardziej bolesne w obcinaniu włosów było opadanie kłaczków, dla Maciusia ostrych jak igiełki, na skórę i to sprawiało ten ból nie do wytrzymania. Teraz buczy, próbuje uciekać, ale bez porównania do tego co było kiedyś - teraz to niebo. Małymi kroczkami idziemy powolutku naprzód.
Paznokcie to wciąż tragedia, ale spokojnie i do tego w końcu dojdziemy. Jestem dobrej myśli. 


Zbliżają się moje 31 urodziny.


Dobrze mi :)

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Teraz już rozumiem

Wracając do tekstu o endometriozie:
Teraz już rozumiem dlaczego wyglądam jak pralka Frania i tak opornie idzie mi odchudzanie. Mimo ćwiczeń i rygorystycznej diety nie jestem w stanie schudnąć więcej niż kilogram miesięcznie. A i nie jestem w stanie tak katować się dłużej niż pół roku. Moje ostatnie odchudzanie tyle trwało i straciłam 5 kg, ale inna kobieta straciłaby w tym czasie z tą dietą i tymi ćwiczeniami 15-20 kilogramów.
Kilogramy szybko wróciły, mimo zdrowej diety. Już brak mi sił na to odchudzanie, a nie potrafię zaakceptować takiego wyglądu. Mam 29 lat, a wyglądam jak kobieta po menopauzie z nadwagą w postaci otyłości brzusznej! Dodam, że jestem niskiego wzrostu i z taką bańką w talii mam wygląd Teletubisia.
I zaczęłam to wszystko rozumieć.
Czuję się ogromnie poszkodowana, gdy czytam na jakimś forum teksty pod tytuł "mniej żryj". I to całe wyśmiewanie grubych ludzi. Osoba z szybką przemianą materii nigdy nie zrozumie, że można przytyć od jednej kanapki, bo sama pochłonie połowę pizzy i jest chuda. Takiej osobie się wydaje, że osoba gruba je całą pizzę na śniadanie, a na kolację 3x Mc Zestaw i stąd nadwaga. Może w większości przypadków tak. A może tylko w połowie.
Mój mąż mógłby zjeść konia z kopytami. Opycha się fastfoodami, słodyczami i nie tyje, choć bardzo intensywnie nad tym pracuje - przez większość życia miał niedowagę. Teraz waży w normie, ale naprawdę się opycha, żeby utrzymać wagę. Ze mnie się śmieje, że tyję od samego patrzenia na jedzenie i namawia, żebym dała sobie spokój i się cieszyła życiem i jedzeniem. On nie rozumie, że jak zacznę normalnie jeść to się w drzwi nie zmieszczę.
Najgorsze jest to, że z endometriozy nie można się wyleczyć, można tylko złagodzić objawy, np. za pomocą leków hormonalnych, które muszę stosować.
Byłam u swojego ginekologa, który zlecił mi badania, bo już pół roku temu miałam podwyższone d-dimery i jak wyniki jeszcze wzrosną, to będę musiała odstawić leki, a wtedy powtórka z rozrywki, czyli te objawy, które opisywałam jakiś czas temu. Boję się znów do tego wracać, ale powiedział, że gdy wrócą bóle, to zrobimy laparoskopie lub jeśli będzie trzeba to laparotomie i usuniemy co się da - tzn ile zrostów się da. One się odnowią po jakimś czasie, ale z doświadczenia innej kobiety z tymi problemami widzę, że to jedyny sposób na pozbycie się brzucha i powrotu do wagi.
No i jakby tego wszystkiego było mało to hormony tarczycowe przy granicy z niedoczynnością, Hashimoto, więc to też ma swój udział w braku efektów odchudzania. Zaczęłam się interesować dietą w niedoczynności tarczycy. Gdy pytałam endokrynologa czy można tu sterować dietą, to powiedział że nie, chociaż można by unikać warzyw kapustnych. Nic nie mówił o selenie, który należałoby uzupełnić, o jodzie, o rybach, które należałoby jeść jak najczęściej, o glutenie, którego należałoby unikać (glutenu unikam już chyba rok - może dlatego waga nie przekracza 66 kg, pewnie gdybym zaczęła jeść bułki i makarony, dobiła bym do 70 kg w mgnieniu oka). Trochę pocztałam i spróbuję w tę stronę. Wprowadzę ryby i orzechy, choć tych drugich się boję, bo są kaloryczne, a za rybami nie przepadam niestety.
Nie jestem otyła, jeszcze nie. Jednak przy moim wzroście powinnam ważyć 49-59 kg. Czyli powinnam zrzucić 10.
Jak patrzę na te wszystkie diety i na to co polecają dietetycy, to mam wrażenie, że bardzo szybko bym przytyła. Dwudaniowy obiad? Haha... Dobre sobie. I jeszcze banan na deser - przecież ja nawet tyle w siebie nie zmieszczę. Ja na obiad jem tylko zupę. Po zjedzeniu kulki ziemniaków czuję się jak ociężały wieloryb. Staram się jeść lekko, a jestem ociężała i wzdęta, do tego zgaga dosłownie po wszystkim.
Jeszcze ten ciągły spadek formy, zmęczenie, stresy, niewyspanie. Podobno od stresów, kiedy poziom kortyzolu jest podwyższony, przybiera się na wadze, chociaż mówią, że z nerwów się chudnie. I jak to w końcu jest?
Pamiętam moją matkę wiecznie na diecie i z wieczną nadwagą. Nadwagą zaczęła się u niej nagle, była szczupła jeszcze po 30stce i nagle stała się bombą przed 40stką, prawdopodobnie po psychotropach, bo zdiagnozowano u niej nerwicę i depresję. Leki odstawiła i schudła, ale już zawsze miała problemy z przybiera iem na wadze. Ona na prawdę mało jadła a w pasie miała metr! I to przy niskim wzroście. Nogi i biodra miała szczuplutkie jak u dziewczynki, a na tym ogromny bembol i biust z obwodem 111 cm. Nie leczyła się mimo zdiagnozowanej niedoczynności tarczycy. Nie chciała brać hormonów, bo bała się że jeszcze bardziej utyje. Tak samo w sprawach ginekologicznych - proponowano jej tabletki hormonalne, ale nie dała się namówić. Co jakiś czas lądowała w szpitalu na zabieg wycinania torbieli, cysty, polipa... Teraz wiem, że to była endometrioza. Niestety to gówno można odziedziczyć w genach.

wtorek, 9 stycznia 2018

Endometrioza – co to jest? Moje doświadczenia.

Endometrium (nie mylić z endometriozą) – posiada każda kobieta w wieku rozrodczym. Jest to błona śluzowa macicy u ssaków, która zmienia się w czasie cyklu i podczas jej złuszczania  – jest wydalana z organizmu pod postacią miesiączki.

Niestety gdy dojdzie do rozrastania się endometrium poza obręb macicy mamy do czynienia z endometriozą. To endometrium znajdujące się poza macicą też się złuszcza, ale nie ma możliwości wydostania się z organizmu kobiety i tak dochodzi do powstawania skrzepów, torbieli i stanów zapalnych. Towarzyszy temu bardzo silny ból (delikatnie mówiąc) i może prowadzić do niepłodności.

Wiele kobiet nie zdaje sobie sprawy, że choruje na endometriozę – tak jak np. ja nie zdawałam sobie sprawy przez większość mojego życia. Jednym z pierwszych objawów jest silny ból miesiączkowy – i tak jak ja miałam wmówione przez moją matkę, że miesiączka musi boleć i ona miała tak samo, tak okazuje się, że miesiączka tak naprawdę NIE BOLI! Może powodować dyskomfort, ale nie utrudniać codzienne funkcjonowanie. Bardziej narażone na wystąpienie tej choroby są kobiety, które wcześnie zaczęły miesiączkować – ja w wieku lat 10. Moja matka w wieku lat 9. Miesiączki od początku miałam bardzo obfite i bardzo bolesne. W czasie „tych” dni, nie chodziłam do szkoły, bo mdlałam z bólu, a krew zalewała mi garderobę w godzinę po zmianie podpaski. Miałam bardzo silne skurcze – tak silne, że nie byłam w stanie się wypróżnić, bo czułam jak rozrywa mi wnętrzności. A najgłupsze w tym wszystkim to, że myślałam, że to jest normalne i nie szukałam pomocy. Poza tym w trakcie miesiączki miałam tak osłabiony organizm, że łapałam wszelkie infekcje i równo z miesiączką dopadały mnie przeziębienia, grypy, aniginy. Co miesiąc byłam chora. W końcu pani doktor rodzinna poleciła mi się udać do ginekologa, bo już nawet ketonal nie pomagał. Gdy powiedziałam o tym matce, to nie zostawiła na mnie suchej nitki, bo wg niej do ginekologa chodzą tylko prostytutki. Zwyzywała mnie wtedy od dziwek i lafirynd i na tym się skończyło. A ja cierpiałam dalej. Pierwszy raz odwiedziłam ginekologa mając 20 lat, ale dowiedziała się tylko tyle, że taka jest moja uroda. Wyszłam za mąż, dalej cierpiałam z powodu uciążliwego PMSu i przerażająco bolesnych miesiączek. Jako osoba wówczas mocno wierząca nie stosowałam antykoncepcji. W końcu zaszłam w pierwszą ciążę. Och jaka byłam szczęśliwa! 9 miesięcy bez okresu! Niestety 6 miesięcy wymiotów. Coś za coś. Ciąża jakby zahamowała, a może i nawet ciut cofnęła rozwój endometriozy, bo pierwsze miesiączki po porodzie nie były bolesne, z czasem pojawiał się lekki, później większy ból, ale zaszłam w drugą ciążę. No i miałam też stałego ginekologa, który wykonał mi dwie cesarki, ale nic nie zauważył. A po ciąży zamiast zaproponować antykoncepcję, to po stosunku kazał robić irygację pochwy, żeby nie zajść w ciążę. Nie robiłam tego rodzaju płukanek, bo przede wszystkim, nie wierzę w ich skuteczność. Zaczęliśmy stosować prezerwatywy, bo panicznie bałam się kolejnej ciąży (tak pierwszą jak i drugą znosiłam bardzo źle, poza tym z synem mieliśmy ogromne problemy).

Z każdym kolejny miesiącem ból był większy i większy. W końcu doszło do tego, że bóle przed miesiączką zaczynały się już w połowie cyklu i towarzyszyły im wymioty, biegunki, migreny, bóle stawów, bóle kręgosłupa, zawroty głowy, ogromne zmęczenie, wieczne niewyspanie, nerwowość, nawracające zapalenia pęcherza oraz infekcje intymne, no i ból podczas stosunku przez który unikałam zbliżeń, a co powodowało kłótnie z mężem, bo on nie wierzył w moje dolegliwości. Przez 3 tygodnie w miesiącu czułam się jakbym rodziła i w tym momencie nie przesadzam, to był ból nie do wytrzymania. Nawet teraz gdy piszę o tym, to łzy cisną mi się do oczu. Czułam się fatalnie. Miałam wszystkie objawy niedoczynności tarczycy – udałam się do endokrynologa. Stwierdził, że niedoczynność to tylko kwestia czasu – jestem na granicy z Hashimoto. Leków nie przepisał, bo wg polskich norm, moje wyniki się jeszcze nie kwalifikowały do leczenia, ale kazał przychodzić do kontroli co 6 miesięcy. Gdy ból nasilił się do tego stopnia, że leżałam wręcz sparaliżowana w dziwnej powyginanej pozycji, a ból był już nie do wytrzymania, ryczałam i gryzłam poduszki nie mogąc się ruszyć, zmieniłam ginekologa. Początkowo myślałam, że to zapalenie przydatków.

To nie było zapalenie przydatków. Lekarz przepisał mi tabletki hormonalne – jakże ja się ich bałam. Z resztą nie widziałam potrzeby antykoncepcji, bo seksu  nie było. Naczytałam się o skutkach ubocznych i nie mogłam się do tego przekonać. Dużo szukałam, dużo czytałam, dużo rozmawiałam z tym lekarzem. Dałam się przekonać i nie żałuję, bo dzięki tym lekom dostałam półtora roku życia. Wszystkie objawy jakie miałam odpuściły, tak po prostu, jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki. Rozumiecie? Migreny nawet nie miałam przez półtora roku.

Dziś  w nocy powtórka z rozrywki. Po półtora roku spokoju dopadł mnie tak cholernie silny ból, biegunki, wymioty. Ciągle jestem obolała, ale mam nadzieję, że to tylko nażarłam się czegoś nieświeżego i to stąd się wzięło. Pojutrze mam wizytę u ginekologa.

Dziewczyny – NIE LEKCEWAŻCIE BÓLI MIESIACZKOWYCH! NIE DAJCIE SOBIE WMÓWIĆ, ŻE BOLESNE MIESIĄCZKI TO CZĘŚĆ NASZEGO ŻYCIA, NIE DAJCIE SOBIE WMÓWIĆ, ŻE TO NORMALNE! Będzie coraz gorzej, więc szukajcie pomocy, szukajcie dobrych lekarzy, nie wahajcie się ich zmieniać, dopytujcie o leki najnowszej generacji. Badajcie się, badajcie się, badajcie i jeszcze raz badajcie.

Endometriozy nie można wyleczyć, ale można złagodzić objawy. Nie czekajcie tak długo jak ja. Ta choroba nie jest tego warta, a skutki mogą być opłakane. Bo co by było gdybym straciła na ulicy przytomność prowadząc niepełnosprawnego syna do przedszkola? Wiecie, że jego niepełnosprawność nie polega na braku ręki czy nogi, a jest to opóźnienie w rozwoju, autyzm – zaburzenie neurologiczne. Co by się z nim stało gdybym zemdlała? Przecież  gdyby nawet ktoś chciał pomóc i wyciągnął pomocną dłoń do mojego dziecka, ten by zaczął biec przed siebie, oszołomiony nie wiadomo gdzie. Nie chcę nawet myśleć co mogło by stać się dalej.

Badajcie się!

piątek, 24 lutego 2017

Mój sposób na trądzik różowaty

Kurcze... gdybym wpadła na to wcześniej wiele bym zaoszczędziła na maściach i kremach na tą nieatrakcyjną przypadłość.

Poszukiwania innych metod niż zalecane przez dermatologa zaczęłam w momencie, gdy prawie półroczna terapia przyniosła znikome efekty, a mój lekarz dermatolog chciał przepisać mi antybiotyk i pewnie bym bez zawahania się na to zgodziła, gdyby nie pytanie lekarza: "Czy wyraża Pani zgodę na leczenie tym antybiotykiem?". Zapaliła mi się czerwona lampka i pytam o skutki uboczne. Pomruczał pod nosem i wypisał skierowanie na próby wątrobowe i jak zwykle receptę na Rozex i Soolantrę, które prawie wcale nie pomagają, a jednak kosztują. O tym antybiotyku poczytałam i stwierdziłam, że za żadne skarby go stosować nie będę. Już wolę mieć ten trądzik do końca życia niż żeby mnie wynieśli nogami do przodu. Zaczęłam szukać innych rozwiązań.

Znalezione obrazy dla zapytania zielona herbata

Twarz przemywam naparem z ZIELONEJ HERBATY. Po dwóch dobach po czerwonych, grudkowatych krostach zostały jasnoróżowe niewielkie plamki, a skóra gładziutka jak pupka niemowlęcia. I tak sobie właśnie stosuję dwa-trzy razy dziennie tonik z zielonej herbaty. Dwie torebki zielonej herbaty zalewam odrobiną wrzątku, czekam aż się zaparzy i przestygnie. W jeszcze ciepłym naparze moczę wacik kosmetyczny i przemywam nim twarz. Drugi i trzeci wacik tak samo. Różnica kolosalna. I pomyśleć że wydawałam stówę miesięcznie na te wszystkie mazidła zalecane przez dermatologa. W ogóle niepojęte jest dla mnie, że nie zlecał badań od razu i nie tylko próby wątrobowe, ale wydaje mi się że jakieś testy np na nużeńca, albo poziom hormonów, to rzeczy jakie powinien na pierwszej wizycie zlecać. Ale lepiej jest przecież przepisać standardowo Rozex, jak nie pomoże to Soolantrę, do tego drogie kosmetyki, a później antybiotyki. Chyba większość dermatologów leczy właśnie w ten sposób - metodą prób i błędów.

Mało tego dotarłam do artykułów również zagranicznych gdzie łączy się trądzik różowaty z endometriozą i mięśniakami macicy.  Wszystko pasuje. Dopóki nie uporam się z rozwichrowanymi hormonami, trądzik nie zniknie. A najśmieszniejsze jest to, że pytając dermatologa czy trądzik różowaty może wystąpić przez zachwianą gospodarkę hormonalną, usłyszałam, że "nie, hormony nie mają z tym nic wspólnego".

Mnie zielona herbata pomogła. Może komuś też pomoże. Prócz zielonej herbaty są i inne naturalne specyfiki, które mogą pomóc, np. rumianek, lukrecja, kurkuma, płatki owsiane, olejek z drzewa herbacianego, olejek lawendowy...

Moim pierwszym wyborem była zielona herbata i akurat mi pomogła. Jak pisałam - plamki zostały, ale to nic w porównaniu do tego co było wcześniej.

wtorek, 27 grudnia 2016

I po Świętach

Święta minęły bardzo szybko, a dodatkowe 2 kg zostały oczywiście. Jednak jestem dobrej myśli, że zrzucę ten niepotrzebny balast ;)

Dziwne rzeczy się dzieją ostatnio. Teściowie po raz pierwszy podzielili się z nami opłatkiem podczas Wigilii. Nadzwyczajnie mili byli przez całe święta, jak nigdy. Coś mi tu strasznie śmierdzi, tylko jeszcze nie wiem co. W ogóle babcia mojego męża kupiła moim dzieciom upominki pod choinkę czego też nigdy nie było. Maciuś niedługo skończy 5 lat, Mała ma ponad 2,5 i nigdy przez ten czas nic nie dostały, nawet czekolady a co dopiero prezentu na urodziny, chrzciny czy święta. W cudowną przemianę tych ludzi na pewno nie uwierzę. Może udają wspaniałą kochającą rodzinę. bo im ktoś coś dowalił nieprzyjemnego, aczkolwiek prawdziwego i stąd to całe przedstawienie, zdjęcia... pewnie na Facebooka jaką to kochającą rodziną jesteśmy.

Zmieniając temat - zakończyłam kurs nauki jazdy wewnętrznym egzaminem - pozytywnym. Zapisałam się na egzamin teoretyczny - zdałam za pierwszym razem - 72/74 punkty. Zapisałam się na egzamin praktyczny i czekam.

Dokupiłam sobie też kilka godzin jazdy w innej szkole, bo uważam że 30 to dla mnie za mało. Pierwsze wrażenia - kurs który robiłam to była strata czasu i pieniędzy. Gdybym od razu trafiła na tą szkołę jazdy co teraz to po 30 godzinach bym o wiele lepiej jeździła. Szkoła szkole nie jest równa, mało tego instruktor instruktorowi nierówny. W tej szkole są fajni instruktorzy - tacy normalni. Jazdy nie są stresujące i chętnie się na nie idzie. Nie wiadomo nawet kiedy zleciała godzina czy dwie. A poprzednio to była jakaś masakra. Instruktorem był starszy pan. Na początku wydawał się w porządku więc na kolejne jazdy zapisałam się do niego. W miarę upływu kolejnych lekcji stawał się coraz bardziej bezpośredni i odważny i uważam że swoim zachowaniem przekroczył granicę. Pan instruktor na oko siedemdziesięcioletni, posiadający gromadkę wnuków, a trzymają się go głupie, zboczone teksty. Może kiedyś rozpiszę się na ten temat w oddzielnym tekście. Ale tej szkoły kompletnie nie polecam, szczególnie dziewczynom. Współczuję szczególnie tym osiemnastoletnim, które pewnie nawet nie wiedzą jak zareagować na te końskie zaloty instruktora. Teraz w tej nowej szkole jest ok, przynajmniej jak na razie. Dokupię sobie jeszcze kilka godzin przed egzaminem i zobaczymy. Może się uda - jestem dobrej myśli.

Tabletki chyba przestają działać. Może organizm się przyzwyczaił, bo wracają bóle głowy i to okropne zmęczenie. Po nowym roku muszę się umówić do ginekologa i porozmawiać, może trzeba będzie zmienić leki.

Od tygodnia stosuję Rozex na trądzik różowaty. Efektu wow nie widzę, ale rano buzia nie jest czerwona, a krostki są dość złagodzone, więc wystarczy lekki makijaż i jest super. Jednak po całym dniu pod wieczór na policzkach widać rumień z czerwonymi grudkami. Może w miarę regularnego stosowania coś ta maść pomoże.

Znalezione obrazy dla zapytania choinka gif
WSZYSTKIEGO DOBREGO W NOWY ROKU!

Bawcie się dobrze w Sylwestra ;)

sobota, 12 listopada 2016

Zmiany

Długo mnie tu nie było. Już listopad. Ostatnio pisałam w sierpniu. Jakoś kompletnie nie mogę znaleźć czasu na bloga i w ogóle na komputer. Laptopa oglądam przeważnie wyłączonego lub jak siedzi przed nim mąż. Ciągle jest coś do zrobienia. OD poniedziałku do piątku terapia syna, a weekendy spędzam na sprzątaniu, praniu, prasowaniu i gotowaniu. Standard. Mam wrażenie że doba trwa zbyt krótko.

U mnie się wiele zmieniło. Odnośnie endometriozy. Leki przyniosły mi ogromną ulgę. Tak bardzo się bałam, czytając ulotkę tabletek hormonalnych, a u mnie wszystko odwrotnie. Od kiedy stosuję te tabletki, nie wiem co to ból miesiączkowy. Wcześniej PMS przechodziłam strasznie i z miesiąca na miesiąc coraz gorzej, ból był nie do wytrzymania, w krzyżu mnie niemal rozrywało, krwawienia obfite, migreny, biegunki, wymioty, bóle stawów i to wszystko już przez kilka dni przed okresem i 3-4 dni w trakcie. Doszło już nawet do omdleń bo nie mogłam wytrzymać bólu, a środki przeciwbólowe nie pomagały. Męczyłam się w zasadzie od zawsze, ale nikt mi nie powiedział że to nie jest normalne. Matka mówiła że też tak miała, a ginekolodzy twierdzili że taka moja uroda i że przejdzie po porodzie. Miałam dwie cesarki, a miesiączki po drugiej ciąży z cyklu na cykl coraz bardziej bolesne. Gdy ból stał się tak silny jak wtedy gdy próbowałam syna urodzić naturalnie, a nawet większy, to umówiłam się do ginekologa. Lekarza którego nie znałam w całkiem innej przychodni i to był strzał w dziesiątkę. Na drugiej wizycie przepisał mi tabletki Aidee i powiedział, że pomogą na moje dolegliwości. Podchodziłam do tego sceptycznie, ale faktycznie okazało się że to był bardzo dobry wybór. Jestem w trakcie trzeciego opakowania i nie wiem co to migrena. Czasami miewam lekki ból głowy właśnie w trakcie okresu. Ból miesiączkowy? Lekkie pobolewanie w podbrzuszu na godzinę przed krwawieniem. To wszystko. Żadnych wymiotów, biegunek i żadnych omdleń! Panicznie się bałam o mojego niepełnosprawnego syna co się stanie jeśli ja stracę przytomność w autobusie lub na ulicy prowadząc go do lub z przedszkola.

TE TABLETKI ODMIENIŁY MOJE ŻYCIE!

Moje samopoczucie się znaczenie poprawiło. Po objawach depresji ani śladu. Nie jestem już tak nerwowa i nie trzęsie mnie już na widok mojej teściowej. Mam tą kobietę i to co wyprawia gdzieś. Choć jak wyganiała mojego syna gdy zszedł na dół i Młody uciekał po schodach, ale wracał i go ta pogoniła że się potknął i buzię rozbił, to miałam ochotę ją zatłuc. Jeszcze udała, że to się przewrócił, bo za duże pantofle mu kupiłam, a słyszałam że go goni na dole w przedpokoju, bo właśnie po niego schodziłam. Wrrr...

Stałam się bardziej pewna siebie. I uwaga uwaga! ZAPISAŁAM SIĘ NA PRAWO JAZDY! W końcu się odważyłam, ale już nie miałam wyjścia, bo widzę jak moja córeczka się zmieniła, gdy zostaje pod opieką prababci jak ja muszę zawieźć i przywieźć Maciusia, a autobusami to i trawa o wiele dłużej niż jakbym jeździła samochodem. Z resztą gdybym jeździła samochodem to Małą bym brała ze sobą i by cały czas była przy mnie. Widzę po niej, że jest bardzo rozkrzyczana i wymusza płaczem strasznie, bo nie dość że się nasłucha co siostry mojego męża wyprawiają, darciem wymuszają wszystko czego chcą i osiągają swój cel, a Mała to naśladuje, to jeszcze się nauczyła, że wystarczy się rozpłakać ("rozedrzeć") i prababcia da wszystko żeby tylko był spokój. Ale jak jest ze mną i tylko zemną kilka dni to widzę, że się uspokaja, dużo rozmawiamy, dużo jej tłumaczę i jakoś się ją daje naprawić, ale nie wiem jak długo to jeszcze będzie działać, bo  jest coraz trudniej.

Nie spodziewam się że egzamin na prawko zdam za pierwszym razem, bo 5-6 podejść to ponoć norma, a nawet niektórzy zdają kilkanaście razy. Mam jednak nadzieję że za drugim, trzecim razem się uda. Na razie jestem w trakcie kursu i wcale to nie takie straszne i trudne jak myślałam. Bałam się zacząć, bo nigdy wcześniej nie jeździłam, nikt mnie nie poduczał i instruktor musiał zaczynać od samego początku. Kilka pierwszych godzin to było u mnie wyczajanie sprzęgła i nauka ruszania bez "żabki". No trochę mi było wstyd, bo chłopaki siadają i jadą, a ja taka zestresowana, żeby prosto jechać i się na pasie swoim mieścić, ale już jest ok i myślę, że dość dobrze mi idzie.

Żeby nie było tak różowo - endokrynolog poinformował mnie, że mam początkowe stadium Hashimoto. Na razie nie przepisał leków, ale musimy kontrolować wyniki badań i mam się regularnie zgłaszać do niego po skierowania.

Z medonet.pl:

"Kiedy już zostanie postawiona diagnoza – choroba Hashimoto – lekarz zleci odpowiednie leczenie. Czasem na początku kuracji zaleca przyjmowanie leków przeciwzapalnych, następnie przepisze przyjmowanie hormonu tarczycowego, lewotyroksyny. Przyjmuje się ją w postaci tabletki, którą należy połknąć na czczo i popić wodą. Ważne, by na dwie godziny przez tabletką nic nie jeść i przez 20 minut po jej przyjęciu również powstrzymać się od jedzenia.

Dobra wiadomość: lek jest na ogół dobrze tolerowany i jeśli zostanie odpowiednio dobrana dawka, organizm będzie zaopatrywany we właściwą ilość tyroksyny i będzie funkcjonował normalnie. I wiadomość gorsza: leczenie trzeba będzie kontynuować już do końca życia, w miarę zniszczenia tarczycy zwiększając dawkę tyroksyny. Dlatego raz na 3–6 miesięcy trzeba wykonać badanie i sprawdzić poziom tyroksyny we krwi, co pozwoli skorygować wysokość podawanej dawki leku.

Jeśli nie poddamy się leczeniu, mogą pojawić się poważne kłopoty kardiologiczne, nadwaga, nadmiar cholesterolu, obniżona aktywność fizyczna i intelektualna, lęki, wahania nastroju, a nawet depresja".

Dermatolog stwierdził trądzik różowaty. Wątpię, że cokolwiek mi na niego pomoże. Czerwone grudy co prawda zniknęły, ale plamki zostały. Cerę naczynkową mam od zawsze, ale dopóki mnie twarz nie piekła i te grudy się nie pojawiły, to po prostu stosowałam kosmetyki do cery naczynkowej np. Lirene i pudrowałam buzię. Gdy stan skóry na twarzy się pogorszył pędem pogoniłam po skierowanie do odpowiedniego lekarza. Stosowałam kosmetyki Mixa i jak dla mnie ok, następnie Pharmaceris - myślałam, że droższe będą lepsze - dla mnie nie. Wróciłam do Miksy i widzę poprawę. Do mycia buzi tylko i wyłącznie płyn micelarny, zero kontaktu z wodą, chyba że z naparem z rumianku. Zaczęłam dbać także o paznokcie i włosy, bo przez te moje choroby i stres ich stan się znaczenie pogorszył.  Dermatolog zapisał mi Amocon forte, ale skład nie powala. W aptece farmaceutka poleciła mi tabletki skrzyp polny z bambusem, cynkiem i witaminami oraz odżywkę z ceramidami Pirolam. Po paznokciach widać ogromną poprawę. Zawsze miałam krótkie, słabe, a w dzieciństwie i wieku młodzieńczym także obgryzione. Raz udało mi się jedynie zapuścić na mój własny ślub. Później ze względu na grę na fortepianie musiałam obciąć, ale już były mocniejsze, bo oduczyłam się je obgryzać. Teraz moje paznokcie są mocniejsze i długie. A dzięki odżywce nakładanej pod lakier do paznokci na który z kolei nakładam Wibo, Gel - Like Top Coat, lakier nie odpryskuje i utrzymuje się na paznokciach nawet 5 dni pomimo codziennego mycia garów, kąpania dzieci, mycia włosów. Gdy stosowałam sam lakier to już po jednej dobie były odpryski a paznokcie wyglądały fatalnie. A teraz jestem bardzo zadowolona.

Tyle o mnie. Co poza tym napiszę kolejnym razem.