wtorek, 23 kwietnia 2019

Święta udane

Jak zresztą widać na załączonym obrazku  :P



W niedzielę przed Śniadaniem Wielkanocnym




I we wtorek, czyli dzisiaj po Świętach


Przed Świętami kupiliśmy w końcu piekarnik.
O Boziu! Nie mogłam się z nim za żadne skarby dogadać. Cztery niedopieczone ciasta wylądowały w koszu, zanim znaleźliśmy wspólny język. 

I wiecie co się okazało? Piekarnik ok, blachy ok, tylko to wszystko przez papier do pieczenia! Gdy wlewam ciasto bezpośrednio do natłuszczonej formy, wszystko się pięknie dopieka, a przez ten papier się uparowuje i spód jest surowy, góra spieczona. Masakra. 

Już myślałam, że cukiernika ze  mnie nie będzie.

wtorek, 2 kwietnia 2019

2 kwietnia- Światowy Dzień Świadomości Autyzmu. Maciuś i jego autyzm.

Jako matka autysty, czuję się zobowiązana do napisania tego postu.






NIE OCENIAJ
WSPIERAJ
SPRÓBUJ ZROZUMIEĆ

Autyzm to nie "ściema".
Dziecko z autyzmem nie znaczy "niegrzeczne".


Fragment zaczerpnięty ze strony niepelnosprawni.pl:
"Niegrzeczne bachory”
"Mimo nielicznych kampanii medialnych, w Polsce temat autyzmu wzbudza ciągle szereg negatywnych emocji. Na forach pojawiają się opinie, że to „ściema” i „wynalazek” współczesności. „Czy dwadzieścia lat temu ktoś słyszał o autyzmie? A teraz co rusz dowiaduję się, że jakieś znajome dziecko to autystyk. Ktoś wie, o co w tym chodzi? Czy to choroba zakaźna?” – pyta internauta.
Zaprezentowane podejście innych ludzi, które jest dość powszechne, sprawia, że rodzice dzieci ze spektrum autyzmu czują się podwójnie zaatakowani. Do zrozumienia trudnej diagnozy, z którą często polemizują, dochodzi bowiem problem porozumienia się z otoczeniem, które często nazywa ich dziecko „niegrzecznym bachorem”, a ich samych „niewydolnymi wychowawczo rodzicami”. Tymczasem spektrum autyzmu to poważne zaburzenie, którego nie powinno się lekceważyć. Im wcześniej podejmie się właściwą terapię, tym większe są szanse na złagodzenie objawów takich jak agresja czy autoagresja, które mu często towarzyszą"/niepelnosprawni.pl/



Jak rozpoznać autyzm u dziecka?

Ja opiszę jak to było u nas. Każdy autyzm jest inny, nie ma dwóch takich samych autystów, ale może dzięki swoim doświadczeniom pomogę komuś zdiagnozować u swojego dziecka autyzm.

Maciuś urodził się 27 stycznia 2012 roku. Początkowo nic nie wskazywało na jego zaburzenia. Był ślicznym chłopcem. 
A jednak... coś było nie tak.
Jedne z pierwszych sygnałów jakie powinny nas zaniepokoić to było: bicie się rączkami po brzuszku i buzi, napinanie się, bardzo częsty, przerażający płacz i częste zachodzenie się, reagowanie panicznym krzykiem na każdą zmianę/inność, chociażby kąpiel czy czynności pielęgnacyjne od urodzenia były katorgą zarówno  dla niego jak i w końcu dla mnie, podobnie jak próby kładzenia  go na brzuszku czy spóźnienie z posiłkiem o minutę. Miał nadzwyczaj rozwinięty zegar biologiczny. Doszło do tego że ustawiłam w nocy budzik co dwie godziny po to abym się obudziła przed jego przeraźliwym krzykiem i mogła przygotować butlę i podać mu ją jak tylko zacznie płakać (drzeć się) skracając tym czas jego frustracji. Ubieranie = krzyk, zmiana pieluszki = krzyk, usypianie = krzyk, noszenie na rękach, bujanie, przytulania = krzyk, budzenie = krzyk, nowa twarz = krzyk. Kładzenie  Maciusia na drzemkę było poprzedzone dwugodzinnym płaczem mimo noszenia go przez cały ten czas na rękach, a może właśnie przez to (prawdopodobnie nie chciał być dotykany), zasypiał, padał spocony, umęczony tym krzykiem po to aby po 20minutch znowu się drzeć i tak w kółko również w nocy. Regulowanie posiłków i drzemek było ogromną walką, ale nie poddawałam się. Spał od zawsze mało. Zasypiał późno, wstawał razem ze wschodem słońca, a  w nocy budził się co chwilę. Wizyta u lekarza = krzyk, lekarstwo = krzyk i wymioty.
A to wszystko dopiero początek - pierwsze tygodnie, miesiące.

Ząbkowanie = krzyk i gorączka, nowe twarze = krzyk , obcinanie paznokci = krzyk, rozszerzanie diety = krzyk  i wymioty, nowe ubranko = krzyk, nowa zabawka = krzyk, zabawka dźwiękowa = krzyk, pierwsze buciki = krzyk (miesiącami próbowaliśmy mu buty założyć, udało się dopiero kilka tygodni po skończeniu przez syna roczku i to na siłę, no bo w końcu musiał mieć buty). Każda zmiana, każda nowość wywoływły przeraźliwy krzyk i zachodzenie, trwający w nieskończoność. 

Maciuś nie nawiązywał kontaktu wzrokowego, nie reagował na imię, był jakby nieobecny, zero zainteresowania czymkolwiek,  nie był ciekawy świata. Gdybym sama nie odwracała go na brzuszek i nie nakłaniała go  do raczkowania czy siadania, a później chodzenia, pewnie do diagnozy by się nie poruszał. A tak to ja nieświadomie od początku byłam jego rehabilitantem. 
Gdy zaczął wstawać na nóżkach, pojawiły się jednoznaczne zachowania autoagresywne - uderzał głową w ścianę, mógłby to robić bez końca, jakby nie sprawiało mu bólu. Bardzo mnie to niepokoiło. Wyczytałam że niektóre dzieci tak mają i że mu przejdzie  (taa... chyba te z autyzmem właśnie). Zabezpieczałam wszystko kołdrami i poduszkami.
Młody zaczął wyskakiwać z łóżeczka na długo przed pierwszymi urodzinami, dlatego wyjęłam  dwa szczebelki dla bezpieczeństwa,  żeby z łóżeczka nie wypadł, wręcz zastawiłam łóżeczko dookoła meblami aby jedynym możliwym wyjściem była ta dziura z boku wprost na nasze łóżko. Walił głową o wszystko, o ściany, o meble, o podłogę. Nie dopuszczałam  do tego, nosząc go cały czas na rękach. Cały czas! Nawet gotując czy korzystając z toalety.

Często machał  rączkami przed oczami i tylko to wywoływało w nim radość. Nie interesowały go zabawki, książeczki, obrazki ani telewizja. Skakał ciągle, jak piłeczka odbijająca się od podłogi. W ogóle się nie męczył. Kiedy zaczął chodzić, nie czuł zagrożeń. Od razu biegał przyprawiając mnie tym o zawał. Nie potrafił normalnie, spokojnie chodzić, dlatego noszenie go na rękach stało się normą. Do wózka nie dawał się włożyć. Często spacerowaliśmy. Był bardzo nadpobudliwy. Wymiękałam przy nim. Udawało mi się go  okiełznać dzięki bardzo długim spacerom i zabawom ruchowym oraz tańcom do jakich go codziennie motywowałam. 

Nie mówił, ciągle nie mówił. Gdy miał półtora roku uczyłam, próbowałam go uczyć prostych słów. Drukowałam, wycinałam obrazki. Mniejsze, większe, kolorowe, czarno-białe...  Bezskutecznie. W ogóle mnie nie słuchał. Gdy coś chciał - darł  się. Nie potrafił inaczej. Ja nie rozumiałam, on się frustrował i był w stosunku do mnie agresywny. Bił mnie, wyrywał mi włosy, rzucał we mnie przedmiotami. On płakał, ja płakałam, brakowało mi już sił. Nie miałam ani chwili wytchnienia. Maciuś był potwornie nadwrażliwy na dźwięki. Nie mogłam użyć blendera, odkurzacza, a nawet suszarki do włosów. Dało się zaobserwować u niego także niesamowicie wyczulony węch. Miał często odruch wymioty na konkretne zapachy, np. produkty, przetwory mleczne. Zauważyłam także wzmożoną nadpobudliwość po spożyciu większej ilości glutenu, dlatego zaczęłam go ograniczać (inna sprawa, że teściowa gdy się o tym dowiedziała  zaczęła robić mi na złość i podkładała mu kromki pszennego chleba z masłem).

Najlepsza zabawa to było wyrzucanie rzeczy z szafek, więc miałam wrażenie, że nic tylko ubrania na okrągło składam. Interesowała go wirująca pralka. Potrafił się zapatrzeć na kilkanaście minut. 
Nie pozwalał się przytulać, dotyk sprawiał mu ból, ubrania sprawiały mu ból. Chodził na palcach. Gdy nauczył się rozbierać, biegał nagusieńki  o każdej porze roku.  Nie czuł zimna  czy gorąca. Co go ubrałam, on się rozbierał. Dopiero w nocy gdy już spał udawało się mu ubrać  piżamkę.
Panicznie  bał się swojego dziadka, na jego widok aż się zachodził od płaczu, a co dopiero przy kimś obcym, nie ważne czy była to osoba dorosła czy dziecko.
Ogromnym problemem okazało się odpieluchowywanie. Panicznie bał się nocnika. Zaczynaliśmy trening czystości gdy miał półtora roku, a trwało to do niemal trzecich urodzin i udało się tylko dlatego, że mąż siłą go wsadził na nocnik mimo darcia  i trzymał na nim ładnych parę godzin,  aż Maciuś się w końcu wysikał , bo już nie utrzymał dłużej. Z kupą problemy były nadal. Trzymał tak długo aż założyłam mu pieluchę i tak przez kolejne pół roku.

Wiedziałam że coś z nim nie tak, ale nie wiedziałam co. A wszyscy pukali mi do łba twierdząc  że wymyślam  i nie mam się czym zająć, bo przeprzecież dwuletnie dzieci  nie mówią.

Nie pokazywał palcem. Zaczął brać moją rękę i nią coś dostawać czy pokazywać. Zamiast słów pojawiały się echolalie i wykrzykniki.

Nie potrafił zaakceptować młodszej siostry. Bał się jej. Reagował płaczem na jej płacz czy nawet gaworzenie, a z czasem nawet agresją. Nie można było spuścić ich z oka nawet na ułamek sekundy.

Podczas pierwszej jazdy autobusem zemdlał ze  stresu.

Kąpiel, czy w wannie czy pod prysznicem powodowała u niego walkę o życie, tak samo jak obcinanie włosów, paznokci, podawanie antybiotyku  czy leku przeciwgorączkowego, wizyta u lekarza, a także zwrócenie na niego uwagi przez obcą osobę, np. w sklepie: "jakiś Ty ładny" - a ten w ryk  i w nogi, aż ciężko było go  dogonić. W ogóle wizyty w sklepie to była masakra, bo on w  długą spierdzielał równo między regałami, a ja za nim żeby go nie zgubić. Zero poczucia zagrożenia. W dużych skupiskach ludzi on po prostu dostawał szału.


Zaczęliśmy szukać pomocy u specjalistów, bo skończył dwa latka i nadal nie mówił, nic nie rozumiał, zero kontaktu.
Pierwsze wizyty u psychologa, logopedy czy psychiatry, to było wdzieranie Maćka siłą do gabinetu, tak się zapierał rękami i nogami i łapał  pazurami  futryny.


Diagnoza - autyzm wczesnodziecięcy.

KOCHAM MOJEGO SYNECZKA NAD ŻYCIE I NIE ZAMIENIŁABYM GO NA ŻADNE INNE, ZDROWE DZIECKO. JEST CIĘŻKO, ALE DAM RADĘ. KTO JAK NIE JA?

Pozdrawiam wszystkich rodziców dzieci niepełnosprawnych, przesyłam pozytywną energię i życzę ogromu cierpliwości i miłości!


WALCZCIE BO WARTO! 

Uczyłam syna liter, bo pogodziłam się z tym, że nie mówi. Chciałam porozumiewać się z nim pisemnie. A on? W wieku 4 lat zaskoczył mnie i powiedział pierwsze słowo: "mama".
Dzisiaj ma 7 lat i mówi zdaniami. Nie do końca poprawnie, ale czym jest błąd gramatyczny  przy  tak wielkim postępie? Pryszczem.  


Uprzedzając negatywne, chamskie, niemiłe komentarze w rodzaju: "jak sobie wychowałaś to tak masz", "wredny, niewychowany bachor"... itp itd, dodam, że moje dzieci są cudowne, grzeczne i bardzo dobrze wychowane, znają i używają słów "proszę/dziękuję/przepraszam". A złe zachowania syna mijają wraz z prpzemijającą frustracją, spowodowaną nieumiejętnością komunikowania się.

środa, 27 marca 2019

Kruca Fiks! Śnieg!

A to nam pogoda spłatała figla - w nocy zaczął padać śnieg i całkiem go do rana sporo przybyło, więc znów wyjęliśmy zimowe kurtki, czapki i szaliki. Za to teraz wyszło piękne słońce i roztapia białą, śniegową pierzynkę. Od jutra planowana znowu wiosna. Jak będzie? Zobaczymy ;)

Chwilę mnie nie było. Jakoś się nie mogłam zebrać do pisania. Maciuś chorował. W ogóle wszyscy tacy zasmarkani chodzimy, że masakra. 

Jakiś czas temu mąż przywiózł mi mojego orbitreka, który został u teściów, więc czasami sobie na niego wskoczę. Już tak długo nie widziałam teściowej - tak mi z tym faktem dobrze, że pojęcia nie macie. Męża też nie ciągnie w rodzinne strony i to mnie bardzo cieszy. Jedzie jak już musi. W końcu jeszcze parę rzeczy tam zostało, chociażby rowery dzieciaków. Teściowa oczywiście kochającą babcię udaje i pyta: "Jak tam moja Faustynka?" <rzyg> 
Którymś razem gdy mąż już stamtąd wychodził, to wypaliła na "do widzenia" do niego tekstem: "Pocałuj mnie", a on na to: "A w dupie cię mam!".
Współczuję bardzo dziewczynom, które mają podobne relacje z teściowymi, ale mąż jest wewnętrznie rozdarty, bo chciałby żeby i tu i tu było dobrze i próbuje to wszystko kleić i nalega na rodzinne spotkania i chce wszystkich pogodzić, jeździć z rodziną do rodziców na święta i udawać, że wszystko jest ok.  No niestety nie zawsze się tak da. A ja jestem w mega dobrej sytuacji, bo mój mąż nie czuje z matką żadnego powiązania. Z resztą przecież ją zna, nigdy nie była dla niego matką, więc czego ona teraz oczekuje? Na pewno jest na mnie gadania: "Bo to ta Ruda Suka mu zabrania", "To wszystko przez te kurwę", "Ona go nabuntowała"... itd. Ale wisi mi to, ja znam prawdę, a teściowa niech sobie tłumaczy jak i czym chce swoją wredność. Innym razem  jak mąż też był u nich coś przewieźć, to akurat im się pralka zepsuła i on się wtedy zaśmiał "Pewnie Ruda zepsuła" i matka z babką się tak popatrzyły na niego zmieszane. Co one sobie myślą? Że my to wszystko puścimy w niepamięć? I nagle będziemy udawać rodzinę? Ooo, co to to nie. 

Tam w ogóle był przez dwa miesiące straszny konflikt między teściami, a babką. Wtedy co teść od nas sępił kasę na prawko dla Agniesi. Jeszcze tak długo się babka nie utrzymała. I tak oczywiście było, że myśmy ją nabuntowali, a przecież ostatnio ją w listopadzie widzieliśmy.  W końcu uległa i dała im te dziewięć stówek, bo w końcu ile można nie mieć wstępu do kuchni. A ile się napłakała i nagadała na swoją córkę "Ta blada kurwa.../Tyle tej bladej kurwie poświęciłam, a ona tak mi dziękuje...", itp. itd. No i hu* z tego. Znowu jest jak było. Babka usługuje królewnie jak zawsze i z kasy nadal wyskakuje.
Szkoda mi babci, ale co mogę zrobić? Chciałam, żeby mąż ją do nas na jakiś czas przywiózł, bo gdy ją widział w jakim jest stanie i mi to opowiadał, to mi serce pękało, ale on sam mi wytłumaczył, że gdy tam jest konflikt, to on się nie chce mieszać, bo i tak jest ciągle na nas gadane, że babkę "buntujemy". A ona przecież też nie była fair w stosunku do nas. Ile się nie raz napyskowała jak ją córeczka ponastawiała? Pierwsza była do wypier*****ia  nas z domu. Nawet jeśli się nawróciła, to niesmak pozostaje. 

W ubiegłym tygodniu odwiedziłam mojego ginekologa. Wyniki badań przebiły moje najśmielsze oczekiwania. Poziom hormonów w normie jak nigdy. Endometrioza uśpiona. I wyjaśniła się przyczyna w miarę bezproblemowej utraty wagi. Przecież ja się od 5ciu lat odchudzam. Dieta "mniej żreć" nie jest już od dawna u mnie dietą, a stylem życia. I w końcu! Najbardziej mnie cieszy, że te 10 kg mniej, udaje mi się bez problemów utrzymywać. Jednak są też minusy. Ostatnio gdy mierzyłam sukienki, musiałam się pozbyć aż trzech sztuk, bo były zwyczajnie za duże. Własnym oczom uwierzyć nie mogłam. Pod jakim kątem nie spojrzałam to w ramionach sterczały, a na brzuchu wisiały jak wór po ziemniakach. Nie żebym się nie cieszyła, ale w styczniu jeszcze pasowały i myślałam, że na wiosnę będą jak znalazł, a tu zonk. Cierpię na deficyt ubrań, szczególnie bluzeczek i sukienek, bo spodni sobie już nakupiłam. 

USG piersi w jak najlepszym porządku, podobnie jak cytologia, więc tylko się cieszyć.
Zaniepokoiła mnie jednak obecna miesiączka. Brzuch pobolewał już od środy, bolesność piersi to u mnie norma w ostatnim tygodniu cyklu, więc spoko, ale biegunki towarzyszą mojemu ostatniemu PMSowi, co jest bardzo uciążliwe. Miesiączka pojawiła się wczoraj. Tak obfita już dawno nie była. Ostatnio przed leczeniem farmakologicznym endometriozy, czyli jakieś 3 lata temu. Wczoraj już po godzinie miałam "przeciekniętą" podpaskę i to tak, że spodnie miałam zakrwawione do połowy ud i znowu te dreszcze z zimna i musiałam położyć się do łóżka, bo myślałam, że zamarznę, a do tego potworne bóle stawów. I to wszystko już akurat po wizycie u ginekologa. Wygląda na to, że muszę się umówić do niego jeszcze raz, co ostatnio jest mega wyczynem, bo moją ostatnią wizytę przekładał kilkukrotnie, gdyż a to miał urlop, a to niby aparat USG był zepsuty. 


Faustynka w ostatni weekend świętowała urodzinki.
Moja Kruszyna skończyła 5 latek! 
Boże, jak ten czas leci...
Moja Mała Księżniczka. Jest już taka samodzielna. 

Czekamy na wywiad w sprawie usług opiekuńczych dla Maciusia. Ciągnie się to i ciągnie. Te wszystkie formalności, ta cała biurokracja. No nic. Jak trzeba czekać, to trzeba. Ciekawe ile godzin tygodniowo mu przyznadzą i ile będziemy musieli za to zapłacić. Swoją drogą, to nie jest do końca fair, bo niby miało być bezpłatnie, a teraz się okazuje, że jest jakiś przelicznik, że w zależności od zarobków trzeba coś dopłacać do każdej godziny. Pani doktor na zaświadczeniu wpisała 15 godzin tygodniowo, więc w skali miesiąca się uzbiera trochę, no ale czego się nie robi dla dziecka :*
Mam nadzieję, że będzie do nas przychodziła sympatyczna Pani, która pokocha Maciusia i będzie chciała mu pomóc. To wspaniały chłopiec, który zasługuje na to. 

Wiecie co? Maciuś zafiksował się na kalkulator. Namiętnie uczy się go... na pamięć. 
Kąpiele wreszcie stały się przyjemnością, a nie męką. Oczywiście pod warunkiem, że nie myjemy głowy, bo z tym ciągle mamy mega problem. Włosy próbujemy obcinać mu "na żywca". Dawniej jakoś się udawało podczas snu mu obcinać, a od dłuższego czasu się budzi przy każdej próbie. W ogóle od przeprowadzki ma mega lekki sen. Budzi się w nocy strasznie często. Ja chodzę jak zombi. Mam wrażenie, że w nocy nic tylko kursuję między pokojami odprowadzając go do jego łóżka i tak w kółko po kilkanaście razy. Cierpię, bo nie potrafię spać w dzień. Teraz mam oczy jak ping-pongi.
A wracając do włosów. Obcinamy go maszynką do strzyżenia, wcześniej obwinąwszy go ciasno wilgotnym ręcznikiem, a drugi mały trzymam mu na oczach. Bo jak się okazało najbardziej bolesne w obcinaniu włosów było opadanie kłaczków, dla Maciusia ostrych jak igiełki, na skórę i to sprawiało ten ból nie do wytrzymania. Teraz buczy, próbuje uciekać, ale bez porównania do tego co było kiedyś - teraz to niebo. Małymi kroczkami idziemy powolutku naprzód.
Paznokcie to wciąż tragedia, ale spokojnie i do tego w końcu dojdziemy. Jestem dobrej myśli. 


Zbliżają się moje 31 urodziny.


Dobrze mi :)

piątek, 8 marca 2019

Dzisiaj Dzień Kobiet!

Z tej okazji wszystkiego najlepszego Drogie Panie!


Z expressilustrowany.pl


Rano poinformowałam Faustynkę o dzisiejszym święcie, co ona skomentowała  z zachwytem:
-"Jestem kobietą bo mam długie włosy i cipkę"!
I z dumą wymalowaną na twarzy pomaszerowała do przedszkola.


A wczoraj mąż wraca z pracy i cytuje szefa:
-"Kurwa, jutro Dzień Kobiet... Ja pierdolę, rok temu zapomniałem, to mi Moja do dzisiaj przy każdej okazji wypomina".
Ja na to mężowi:
-"Widzisz jak masz ze mną dobrze... A ja sama sobie wazon kupiłam" (śmiech).

środa, 6 marca 2019

Zdrowe, energetyczne słodycze domowej roboty - kuleczki orzechowo-daktylowe z kokosem. Gorąco polecam!

Maciuś choruje drugi tydzień.
Wcześniej Młoda przechorowała całe ferie. Tyle że ona wypiła syropek przeciwzapalny z ibuprofenem, zjadła witaminki, nawet udało się jej kilka razy podać niesmaczny Mucosolvan. No a Maciuś jak zwykle nic, tylko czopki i się tak biedak męczy.

Mam nadzieję,  że już wiosna się  na dobre zaczyna i coraz bliżej będzie do lata. Może wreszcie przestaniemy chorować.

Ja mam lenia totalnego, spoczęłam na laurach - ćwiczyć mi się nie chce. Jem ostrożnie,  żeby nie przytyć, ale spaceruję prawie codziennie.

Nareszcie dobrze czuję się w sukienkach. Trochę mam problem, bo wszystkie ubrania na mnie wiszą, ale takie problemy to ja akurat lubię ;)
Cóż, muszę w końcu wymienić garderobę. 

Naszło mnie dzisiaj na wypróbowanie przepisu na domowe słodycze pod postacią kulek brownie z kokosem.
Skorzystałam w tym celu z przepisu ze strony aniafittobe.blogspot.com, odrobinę go modyfikując.


I tak:

Składniki:

200 g orzechów
120 g daktyli bez pestek
garść rodzynek
100g wiórków kokosowych
2-3 łyżki gorzkiego kakao
odrobina przegotowanej wody 

Paczkę orzechów (mix) Alesto z Lidla rozdrobniłam blenderem (ręcznym, bo obecnie taki mam sprzęt, ale napociłam się przy tym strasznie), ale przedtem je utłukłam na drobniejsze, co by mi blender nie zdechł. Następnie pokrojone daktyle zblendowałam razem z rodzynkami i przegotowaną wodą (bez wody ni hu...hu... mi się nie chciało utrzeć, tylko się oblepiłam cała, a z wodą luz). Połączyłam rozdrobnione orzechy z masą daktylową, połową wiórków kokosowych i kakaem. Blender sobie nie radził więc całą masę przełożyłam do gara i wyrabiałam ręką.
Na koniec z powstałej masy uformowałam kulki (powinny być wielkości orzecha włoskiego, ale co ja się tam będę rozdrabniać), które obtoczyłam pozostałym kokosem. Wyszło mi 13 kulek/ciastek różnej wielkości.



Bon appetit!

poniedziałek, 25 lutego 2019

10 kg mniej

To uczucie, gdy strój sportowy kupujesz na dziale z odzieżą dziecięcą 😁





photo by mąż :*



photo by mąż :*


Co tu dużo piiisać...
:D


Ps. Dla jasności - nie photoshopowałam się. Jestem ogromną przeciwniczką tego gówna.
Dlatego #stopphotoshop!